Tuesday, 21 December 2010

nieprawidlowa postawa zimowa

dzis mamy trzeci dzien sniegu w Londynie. wielu moich znajomych smieje sie z pogarda w domysle, ze 3 cale sniegu paralizuja tu wszystko, ale nie oszukujmy sie - w Polsce drogowcy tez sa co roku 'zaskoczeni'.. ;)

poniedzialek..
Bibsztyl sprawdzil w internecie informacje o pociagach i.. nie pojechal do pracy. troche go wypychalam, bo przeciez trzeba, ale byl nieugiety na szczescie. powiedzial, ze nie bedzie ryzykowal.
i dobrze, bo pociagi buntowaly sie w polowie drogi. jesli by mnie podluchal, od 10:30 siedzialby w dworcowym pubie 100 kilometrow od punktu docelowego i czekal nie wiedomo ile, na nie wiadomo na co, bo tory odsniezyli skutecznie dopiero w nocy, a autobusy..? sytuacja na drogach wygladala podobnie...
w moim biurze nie pojawily sie 3 osoby

wtorek..
Bibsztyl pojechal dzis do pracy. dojechal, choc dopiero na 11:15.. w moim biurze nie pojawila sie 1 osoba, a prawie cala reszta byla spozniona..

a ja moim przekletym rowerem wszedzie dojade i to zawsze na czas! raz - dwa razy w roku spozniam sie kilka minut, kiedy zlapie gume po drodze..

i wszyscy wiedza, ze sie pojawie, chocby sie walilo i palilo. a wtedy, kiedy sa trudne warunki dojazdu, to juz na 100% bede pierwsza w drzwiach!
w liceum kaganek oswiaty, a teraz medal etyki zawodowej na piersi i pedaluje, az jezyk wisi na brodzie, zamiast, jak czlowiek, wstac sobie pol godziny pozniej, wypic dodatkowy kubek kawy i wyslac smsa szefowi, ze moje metro tez ma opoznienia..
bo jego metro zawodzi czesto - czy to przez snieg, czy przez deszcz, czy tez przez jakies roboty na torach..

no co za bezsensowana postawa! az sama sie sobie przygladam ze zniesmaczonym niedowierzaniem..! stara i glupia.. czas zaczac nad tym pracowac..

Tuesday, 14 December 2010

swiatelko do nieba

jedna z bardzo bliskich mi kobiet napisala dzis do mnie maila..
"..musze Ci powiedziec bo glupio ze Ci jeszcze nie powiedzialam a stalo sie to tak nagle. Miesiac temu.."

zadna dzielaca odleglosc nigdy nie zmieni przyjazni, ciepla i zrozumienia, ktore polaczylo nas juz ponad 10 lat temu.. zadna odleglosc, ani w czasie ani w przestrzeni nie zachwieje pewnosci, ze ta druga osoba, Przyjaciel, jest blisko.. czesto nawet blizej, niz myslimy.. przezywajac podobne rozterki, dotykajac swiata podobna, tak doskonale nam znana wrazliwoscia..
to na co jednak odleglosc ma wplyw, to dostep do informacji.. nie lacza nas juz dlugie minuty przewisiane na telefonie.. ginie wiele spraw blachych, codziennego uzytku i wiele spraw waznych.. czasami gina tez sprawy najwazniejsze.. zbyt wazne, zeby yslac o nich informacyjnego maila, jezeli ta druga osoba telefonem nie trafi w czas, kiedy sie dzieja..

dzisiaj minal miesiac, od dnia, kiedy umarl Tata mojej Przyjaciolki.
przeczytalam jej maila w pracy, potem sama zaskoczona swoja reakcja, przeplakalam 20 minut w lazience.. do pewnego momentu razem przechodzilysmy przez choroby naszych ojcow.. trzecie / czwarte pytanie w kazdym telefonie brzmialo: a jak sie czuje Twoj Tata? dopiero po Tacie padalo pytanie o Mamy, bo Mamy sie zawsze dobrze trzymaly, na szczescie..
obie przezywalysmy kolejne operacje i leczenia naszych ojcow.. przejmowalysmy sie nimi, trzymalysmy kciuki, zeby wszystko szlo pomyslnie..
niedawno jej Tata uslyszal wyrok..

choroba zaatakowala znienacka, zdecydowanie i nieodwracalnie..
a jednak dosc litosciwym scenariuszem - po nieskutecznej probie leczenia jej Tata nie cierpial bardzo.. a moze cierpial tylko trzymal sie dzielnie, zeby im wszystkim bylo latwiej? wiedzeli, ze nadchodzi koniec, ze zostalo tylko kilka tygodni..
spedzili ten czas razem.
bardzo blisko.
po 2,5 tygodniach Tata mojej Przyjaciolki bardzo oslabl.. powiedzial, ze w takim stanie nie chcialby juz dlugo zyc. 2 dni pozniej umarl. umarl spokojnie.. wsrod najblizszych.

i nie wiem, dlaczego az TAK mna to wstrzasnelo.. bardzo dotkliwie poczulam, ze nie bylo mnie wtedy przy Niej, jesli kiedykolwiek bylam potrzebna do wysluchania lez przez telefon.. i ze nie bylam na pogrzebie, zeby postac w ciszy i zostawic wiazanke kwiatow czlowiekowi, ktorego zawsze bardzo szanowalam i dzieki ktoremu mam Przyjaciolke..


..w moim oknie plonie dzis swieczka.. malutkie swiatelko do nieba.. niezaleznie od tego, czy tam gdzies jest wszechwiedzacy kosmos, bog ktorejkolwiek religii, drzwi do kolejnych zyc, czy gluchy koniec swiadomosci, mam nadzieje, ze tam, w tamtym miejscu, widac moje migoczace nad Tamiza swiatelko.. i ze zrobilo sie tam od niego odrobine cieplej i przyjemniej, nawet jesli tego zupelnie nie potrzeba..

Thursday, 9 December 2010

Laczki..

Wieki temu dostalam w prezencie od Mamy kapcie.. plastikowe laczki z bazarku, zgrabne, z pieknie wytloczonymi listkami, dobry rozmiar.. I wszystko by bylo w porzatku, gdyby nie to, ze te kalapki byly w najpiekniejszym kolorze swiata.. Najpiekniejszym kolorze swiata mojej Mamy, oczywiscie.. czyli niebieskim..
Ja nie wiem, kiedy to sie zaczelo i czy to kwestia innego gustu, czy buntu przeciwko Matce – blekitnemu aniolowi (!), ale ja ten kolor trawie TYLKO na kims innym.. i lepiej, zeby ten ktos nie siedzial na linii mojego wzroku.. ;)
Chyba nie musze opisywac moich mieszanych uczuc na widok tego bardzo praktycznego, bylo nie bylo, i bardzo niebieskiego prezentu..
To byly czasy studiow, a ze prezentow sie nie wyrzuca + ze te klapki byly naprawde wygodne, zaczelam je nosic liczac na to, ze sie szybko zedra, porwa, czy cokolwiek jeszcze standardowe platikowe laczki maja w zwyczaju robic.. 
..wiec..
...laczki okazaly sie niestandardowe. Przezyly w zdrowiu zeby i pazury mojego Cyryla (Kota nad Kmojotami), ktory bez skrupulow uzewnetrznial na nich moje podswiadome pragnienia, przezyly zeby Geralta, bialego wilka, ktory w szczeniectwie uzwenetrznial na nich wszystko – i milosc do swiata i nienawisc..
Cyryl juz od kilku lat podrozuje po swoim kolejnym zyciu, od kilku lat nie ma przy mnie rowniez Geralta.. :(
A klapki sa. Tak samo plastikowe i tak samo niebieskie, jak w dniu kiedy je zobaczylam po raz pierwszy. ;)

Wczoraj przezylam chile zwatpienia. Wrocilam ze sklepu, zdjelam buty i.. nie ma klapek. Obeszlam caly dom, sprawdzilam wszystkie standartowe i nie standartowe miejsca i.. nie ma! Pomyslalam, ze jak przestane szukac, to sie same znajda (!) i zaczelam czytac ksiazke.. Po kilku minutach wrocilam do szukania. Jeszcze raz obeszlam caly dom – no przeciez MUSZA GDZIES BYC!! I znowu sie poddalam.. ;) 

To prawda, nigdy ich nie lubilam, ale przeciez nie zamierzalam sie ich tak po prostu pozbyc!!?? Byly jak plama na ulubionym polarku, ktorej (wiesz to na pewno) nikt oprocz Ciebie nie widzi.. skoro tylko Ty wiesz, ze na polarze jest ten (niebieski) feler, nosisz go, bo w sumie jest wygodny i praktyczny i przyzwyczailas sie juz.. Nie ma potrzeby kupowania nowego. Bedziesz go nosic poki smierc Was nie rozlaczy.. ;)
Wiec gdzie sa moje niebieski laczki?!

Nagle poczulam, ze moje zrenice sie rozszerzaja.. moj wzrok skoncentrowal sie na wielkich bosych stopach Bibsztyla. Bibsztyl czytal cos zawziecie w komputerze, zupelnie nie czujac mojego spojrzenia. Na podlodze pod stolem z komputerami w moich niebieskich laczkach kurczyly sie i garbily ogromne paluchy Bibsztyla!!! 

Starcie z Bibsztylem laczki przeszly ze sporym uszczerbkiem na zdrowiu. Po kilkunastu latach, podrozach i przeprowadzkach, wielkich zwiazkach i ich upadkach, psu, kocie i swince morskiej, moje niebieskie laczki wykonczyl nieswiadomy popelnianej zbrodni Bibsztyl! :o
Naderwane klapki zaczely sie wywijac i zahaczac.. Powoli zbliza sie dzien, w ktorym jeden z nich sie ostatecznie rozerwie.. I jakos zaczelam czuc przywiazanie do nich.. I zaczelo mi byc ich troche szkoda.. Kilkanascie wspolnych lat, choc nie wypelnionych miloscia i zachwytem, a surowym praktycznym szacunkiem, wlasnie dobiega konca.. Co nastapi po nich? Nie mam pojecia.. Pytanie o kapcie nigdy nie bylo obecne w moim zyciu. ZAWSZE mialam moje niebieskie laczki od Mamy..

Cos sie konczy, cos sie zaczyna..
I tak jakos dziwnie jest, choc to glupie klapki.. w dodatku plastiowe.. i niebieskie..

Thursday, 2 December 2010

Pan Hilary by Julian Tuwim i.. by aga

Biega, krzyczy pan Hilary:
"Gdzie są moje okulary?"
Szuka w spodniach i w surducie,
W prawym bucie, w lewym bucie.
Wszystko w szafach poprzewracał,
Maca szlafrok, palto maca.
"Skandal!-krzyczy. Nie do wiary!
Ktoś mi ukradł okulary!"
Pod kanapą, na kanapie,
Wszędzie szuka, parska, sapie!
Szpera w piecu i w kominie,
W mysiej dziurze i w pianinie.
Już podłogę chce odrywać,
Już milicję zaczął wzywać.
Nagle- zerknął do lusterka...
Nie chce wierzyć... Znowu zerka.
Znalazł! Są! Okazało się,
Że je miał na własnym nosie.

no wlasnie.. zakupy w Tesco robie zawsze w kasie samoobslugowej.. ja sama najlepiej wiem, co chce wlozyc do plecaka, co do 'torby z drzewem' od Lenia, a co do reklamowki. nikt mi nie bedzie w pakowaniu pomagal, spowalnial do ani przyspieszal. koniec. a ze przy tym potrzebne mi sa obie rece, kask rowerowy zazwyczaj laduje po stronie koszyka z zakupami. juz 2 razy sympatyczny kudlaty pan tescowy gonil mnie do drzwi wyjsciowych z kaskiem w rekach. przy lysiejacym panu tescowym jeszcze mi sie nie zdazylo o kasku zapomniec.. hmm.. ciekawe.. ;)

wczoraj nie zapomnialam kasku. zapomnialam rekawiczek. uswiadomilam to sobie dopiero podczas odpinania roweru.. nawet si przez chwile zastanawialam, czy na pewno mi te rekawiczki sa potrzebne, alejednak. gore nad lenistwem wzial rozsadek. wrocilam do sklepu. obejrzalam kasy, spytalam pana tescowego. nie ma. nie ma i nie bylo.    ????
ha! ktos mi zwinal rekawiczki! prosiak jakis zobaczyl moje stare rowerowe rekawiczki i sie skusil! pewnie zobaczyl, ze jak je wypierze (blagaja o pranie od 3 tygodni), to beda miekkie i cieplutkie! :(
zrezygnowana zrobilam z ostemplowanymi zakupami rundke po sklepie i poczlapalam w strone roweru.
po chwili zlosci przyszla refleksja..
a co tam! trudno, to tylko rekawiczki.. fakt, lubilam je, ale moze ten nowy wlasciciel nie mial rekawiczek i marzly mu rece? moze to byl akt desperacji. i moze on je w koncu wypierze i beda z nim szczesliwsze..? dobra. bylo-minelo. koniec.

i w tym momencie poczulam, ze moja podswiadomosc podrzuca mi jakas wskazowke..na pol sekundy dotarlo do mnie wspomnienie.. a w zasadzie uczucie (?) czy odczucie, towarzyszace wspomnieniu.
kiedy wkladalam kask na glowe, przez chwile poczulam, ze byl jakby ciasniejszy.. jakby bylo w nim mniej miejsca (inaczej miejsca!) niz zwykle! zmysly zarejestrowaly roznice, choc juz nie przerzucily jej do przeanalizowania..

no tak.. wewnatrz nalozonego na moja glowe kasku popiskiwaly z radosci szczesliwe wykreconym mi numerem rekawiczki!

Tuesday, 23 November 2010

Jack Daniels

w zeszly weekend byly u nas Dziabcie z Irlandii..
Dziabcie mialy, co prawda swoj plan na zwiedzanie Londynu, ale byly otwarte na sugestie i podpowiedzi, wiec moglam sie troszke wykazac. dziwnym zbiegiem okolicznosci kilka moich glownych pomyslow Dziabcie mialy w swoim planie uwzglenionych - za cos sie w koncu lubimy.. ;)

jednym z pomyslow byl Greenwich Market, na ktory wskoczylismy w drodze z Muzeum Morskiego i poludnika 0.. Greenwich Market juz sie zamykal na cztery spusty, ale zdazylismy poczuc choc odrobine roznorodnosci tych kolorow, wzorow, smakow i zapachow, ktore za dnia Market oferuje oszolomionym turystom probujacym w siebie wcisnac trzy egzotyczne potrawy na raz..
no wlasnie.. zapachy.. nagle oblednie zapachnialo kawa.. odwrocilam sie i zobaczylam wciaz jeszcze otwarte stoisko, pokryte kilkudziesiecioma woreczkami magicznych ziarenek. na widok mojego wydluzajacego sie nosa i wygladajacych zza niego zachwyconych oczu, Pan od Kawy sie usmiechnal i podal mi szufelke do wachania.. tzn, do nabierania kawy, ktora sie chce powachac.. ;)
po minucie wachania kawy bylam cala wypelniona jej aromatem.. (wlasnie mi sie skojarzylo, ze chyba podobnie wygladaja zasady wachania kleju.. jeszcze nigdy nie mialam 'przyjemnosci' sprobowac, ale mysle, ze jakby ktos mi dal klej o zapachu kawy, to bym sie niezle nasztachala! ;) O! niespodzianka! nie mam pojecia skad ja wiem, ze klej sie sztacha! ale ze sie sztacha, to wiem na pewno! ;P ) ..Pan od Kawy z arabskim usmiechem zmielil mi ziarenka o zapachu Belgijskiego Cynamonu, a dla Bibsztyla - milosnika whiskey, Jack'a Daniels'a.
kawa pachniala przepieknie i tak mocno, ze w drodze do domu Dziabcie czuly ja przez wszystkie opakowania i moja torbe..

w domu bylo cieplo i przyjemnie, Bibsztyl gotowal obiad.
radosnie oderwalam go od przypraw i powiedzialam, ze kupilam mu kawe Jack'a Daniels'a. Bibsztyl niewinnie spytal, czy w butelce...
 - "nie! w papierowej torebce, baranie!" :D
rozesmialismy sie oboje i zostalam odprawiona z naszej kuchni..

i w zasadzie nie bylo by w tym zadnej historii, gdyby nie to, ze Bibsztyl i BBdlugo siedzieli tej nocy..
i, ze kiedy ja oraz oba Dziabcie juz dawno spalismy snem spokojnym, Bibsztyl i BB dopili ostatnia krople alkoholu..  i wtedy Bibsztyl zaczal szukac butelki.. bo przeciez Aga kupila mu Jack'a Daniels'a na Greenwich Market..

ale ze kupila KAWE O ZAPACHU Jack'a Daniels'a Bibsztyl po prostu zapomnial..
:D

Friday, 19 November 2010

zycie.. :)

..piatkowy wieczor.. U2 w tle.. U2, ktore oboje kochamy, a ktorego oboje nie sluchalismy od wiekow.. "Joshua Tree".. U2 nieskonczenie boskie.. niezmiennie.
(kto mysli inaczej, niech spojrzy Kini w oczy i niech sam zacznie swoje rozprute tepym nozem cialo napychac nadzieniem, zeby je upiec i oddac psom na pozarcie! i niech udzwignie pogarde spojrzenia Kiniowych oczu.. pieknych i nieujarzmionych, jak bladozielone, pelne muszelek morze.. i cieple i zimne zarazem.. i bliskie i zawsze dalekie.. i zawsze dzikie i zawsze rozmarzone..

..i w takim klimacie Kiniowych oczu, z "Joshua Tree" w tle, dokonczylam jakies pol-rozzartowane zdanie i wciaz rozesmiana pobieglam do lazienki...
z resztka smiechu na ustach sciagnelam dresiki i gola pupa usiadlam na mokrej (urgh!) muszli toaletowej.. czyli na sedesie z podniesiona klapa!

i pomyslalam: $@%^@$@!!!!!
w politycznie poprawnym tlumaczeniu: kocham moje zycie, niezaleznie od podniesionej klapy toaletowej! :)

czyli, jakby powiedziala Mama Kasi: No do jasnej cholerki!!!!!

:D

Wednesday, 17 November 2010

Czeremszyna

dzis, nietypowo dla siebie, wracalam z pracy autobusem a nie rowerem.. w drodze na przystanek wsadzilam w uszy sluchawki i wlaczylam w telefonie muzyke na rozruch nog i serca. chyba sie naprawde rozruszalam, bo po minucie przypomnialo mi sie, ze M miala dzis wazny dzien i wlasnie powinna byc w drodze do domu, pelna informacji i wrazen!
szybko zadzwonilam na przeglad tematow wyzszych. pozegnalysmy sie po 15 minutach, kiedy juz siedzialam na gornym pokladzie autobusu z wyciagnietymi z plecaka materialami coachingowymi.
rozlaczylam rozmowe z M i wlozylam telefon do kieszeni wyszarpujac z niego kabelek od sluchawek.
nagle, na pol autobusu rozniosl sie wykrzykiwany pelnymi piersiami Czeremszyny i bateria mojego Sony Ericcsonna bialoruski folklor! :o

zaskoczona nagla muzyka zaczelam wyszarpywac telefon z kieszeni i na zmiane prawie go upuszczac i prawie lapac nad wlasnymi kolanami.. kiedy juz go zlapalam na dobre niezla chwile zajela mi walka z odblokowaniem drania i sciszeniem go na tyle, zeby na spokojnie wylaczyc muzyke.. jeszcze kilka sekund nioslo sie w autobusie (a moze to tylko w mojej glowie) rytmiczne echo "Oj na hory dwa dubki"..  zdziwieni nagla nieznana muzyka kolorowi pasazerowie pochadzacy z tak roznych miejsc swiata, na pierwszy rzut oka polaczeni niewieloma rzeczami oprocz tego miejsca, jezyka angielskiego i usmiechu na widok mojej nieporadnej 'akcji ratunkowej', wrocili do patrzenia sie na swoje odbicia w zadeszczonych lustrach szyb..
Nagle zrobilo mi sie dziwnie cicho i pusto.. tak, jakby ktos wylaczyl zrodlo ciepla..

wlozylam sluchawki w uszy i znow wlaczylam Czeremszyne. tym razem juz tylko dla siebie..
po chwili czerwony pietrowy autobus mknacy mokrymi ulicami poludniowego Londynu wypelnil sie radoscia gluchego bebna, swidrujacej dusze fujarki i charakterystycznego spiewu, ktory chyba juz zawsze bedzie mnie przyprawial o dreszcze.. i nagle stalo sie jakby cieplej, jakby suszej i jakby przytulniej.. na pierze autobusu w mokrym listopadowym Londynie..

"Hej diwczyno czyjaz Ty
Hej diwczyno czyjaz Ty
Hej diwczyno czyjaz Ty czyjaz Ty
Czy Ty wyjdisz hulaty.."
..

Thursday, 11 November 2010

ufoludek

mialam dzis isc z Flo na roller disco!
mialam zalozyc czerwone rajstopy i kolorowe podkolanowki - zawsze w paski (wlasnie mi przyszlo do glowy, ze Flo jest cala w kropki.. kazdej jakos odwalilo, choc kazdej w inny desen! ;P - przepraszam Flo, nie moglam sie powstrzymac! ;P)
mialam na nie naciagnac moje fioletowe getry z primarka
do tego miala byc kolorowa koszulka, czarna mini i .. wrotki, oczywiscie!
i tak sie mialam z Flo i Kotletem krecic dookola sali przez kilka godzin

sala by pewnie byla ubranych sztampowo, jak ja, wrotkowiczow
(jak roller disco, to roller disco, nie wierze, zeby komus starczylo inwencji tworczej na styl gotycki czy business smart..)
muzyka na najwyzszym discowym poziomie ;) , kilka przewrotek, mnostwo smiechu i w ogole bylo by zabawnie


tymczasem zostalam w domu.
po wysprzataniu mieszkania i prawie godzinnym skype'owaniu z Mama postanowilam zafarbowac wlosy..

i siedze sobie teraz w dresach, rozciagnietym dziurawym swetrze i z szaro-blekitnym parujacym od utleniania lbem zerkajac co chwila na zegarek.. i czuje, ze az rozsadza mnie wewnetrzna energia, choc nie wiem, co z nia zrobic.. jakbym miala teleport to wskoczylabym na chwile do Flo i Kotleta zrobic kosmiczne wrazenie na roller parkiecie.
albo do M bym wskoczyla na chwile (to by byla lepsza jazda niz wrotki!!!), bo M wlasnie ociera lzy wzruszenia po ostatnim akcie Romeo i Julii w Royal Opera House..
taki ufoludek jak ja zrobilby niezle zamieszanie!
:D

a w tle moich przemyslen, zatopiona w czekaniu na pore zmywania z glowy tego cennego wynalazku XX wieku, za ktory polowa zenskiej populacji 'blondynek' sprzedalaby dusze, koncze wlasnie kolejny rozdzial ksiazki: Co powinienem zrobic ze swoim zyciem? ("Whay should I do with my life?") Po Bronsona.. i co spojrze w lustro przychodzi mi do glowy mysl, ze z moim to w tej chwili niewiele sie chyba da zrobic.. ;P

hi hi..

Monday, 1 November 2010

praktyczne rady i wyjasnienia.... cz.1

kilka dni temu odkrylam, ze blogi maja statystyki.. Eureka!

ze statystyk mojego bloga wynika, ze najwiecej osob zajrzalo na niego google'ujac pytanie: dlaczego moj stanik skrzypi?
a ja tu gornolotnie o niepokojach duszy, o tesknocie za kawatem paproci z Puszczy i o Herbercie maszerujacym z Konopnicka.. w wyproscie i na kolanach.. ;-P

no coz.. polot polotem, a tu najwyrazniej wychodzi na to, ze istnieje zapotrzebowanie na porady praktyczne i wyjasnienia zjawisk dziwnych..

skrzypienie biustonosza niech wiec pojdzie na pierwszy ogien..
Pani Ala z Bialorusi powiedziala, ze wcale nie skrzypia druty, jak to z Mama wydedukowalysmy otumanione skrzypiacym zdziwieniem.. bo wlasnie, ze skrzypi material. przeprowadzilam dwudniowy test. zgadza sie. wyglada na to, ze to wlasnie material skrzypi.
tylko co z tego? co za roznica?
niestety, co z takim, za przeproszeniem, materialem mozna zrobc, zeby nie skrzypial, Pani Ala juz nie powiedziala..

opcja wyrzucenia jest wciaz jedyna dostepna praktyczna rada..
no chyba, ze ktos inny ma jakis pomysl na pozbycie sie skrzypienia...


*   *   *

Thursday, 21 October 2010

Herbert

zaczelo sie od Herberta, ktorego uwielbiam pasjami i o ktorym pisalam probna mature..
“Ktoremu z polskich poetow przyznalabys literacka Nagrode Nobla – Zbigniewowi Herbertowi czy Wislawie Szymborskiej”.. pomimo milosci do Szymborskiej wybralam Herberta. mature probna napisalam na 5+. kilka miesiecy pozniej Nobla otrzymala Szymborska.. ;-)

potem byly studia filologiczne.. glowa w chmurach, tomy madrych ksiazek pod pacha, oniesmielajace i pelne pasji dyskusje o epokach, o powiesciach, poezji.. i byl pozytywizm, ktory odkrylam i pokochalam miloscia wieksza niz romantyzm i Mloda Polske, ktore wczesniej wydawaly mi sie najpiekniejsze z historii slowa polskiego..

lata minely od tamtych czasow..  milosc do literatury i dzieleniem sie myslami o niej zostala.. od czasu do czasu o niej myslalam, od czasu do czasu mowilam przyjaciolom, ze jesli by bym dowiedziala sie o czyms na ksztalt konwersacyjnego kola literackiego, to od razu bym sie do niego zapisala.. ze brak mi rozmow o historii mysli i slowa pisanego..

pierwszego dnia w nowej pracy dostalam kartke z haslami do komputera i programow.. haslo nr 1: ‘Sherbert’, blyskawicznie skojarzylo mi sie z Herbertem i przypomnialo chyba najbardziej oczywisty cytat z Pana Cogito, ktorego nawet nie mam na polce: ..idz wyprostowany wsrod tych, co na kolanach.. 
wzburzyly sie fale przemyslen..

wczoraj wieczorem zobaczylam na facebook’u link do artykulu o Marii Konopnickiej. artykul napisany byl w duchu moich dawnych konwersatoriow.. ze ona wciaz nie odkryta ani literacko ani jako czlowiek, ze wrzucono ja do szufladki pisarki dla dzieci i nowel ’u podstaw’ i nikt nawet nie siega glebiej.. mala, puszysta, piegowata, matka mnostwa dzieci, dla ktorej o 22 lat mlodszy mezczyzna (mlody, inteligentny chlopak!) z milosci popelnil samobojstwo.. oficjalnie.. na schodach ratusza.. 
kobieta pelna pasji, patriotka, niespokojna dusza, podrozniczka szukajaca swojego miejsca na ziemi i w zwiazkach..

w nocy snila mi sie rozswietlona jarzeniowkami sala w 1/3 zapelniona ludzmi.. siedzialam przed nimi na krzesle.. na biurku obok mnie lezalo kilka ksiazek.. ktos cos mowil.. sluchalam.. pokoj byl wypelniony przeplatajacymi sie myslami.. moja noc rowniez..

dzis nie moge sie odnalezc w pracy.. ide wyprostowana jak struna, patrze ludziom w oczy i mowie, co mysle.. tylko dokad ja ide..?


“idz wyprostowany wsrod tych, co na kolanach” .. coraz bardziej bardziej umacniam sie w przekonaniu, ze czasami warto nie isc wlasnie.. pomimo, ze wszyscy inni ida.. moze chodzi o to, zeby zawrocic i pojsc inna droga..?
..i zgarbilam sie myslac..
..i przykleklam..

Tuesday, 19 October 2010

Dilute before use..

na czubku nosa zrobil mi sie pryszcz.. male denerwujace zaczerwienienie, ktore o kilku dniach czekania sprobowalam zlikwidowac metoda jak najbardziej tradycyjna..  w wyniku 5minutowych tortur nosa powsytala ranka.. wygladalo na to, ze pryszcz zostal usuniety, ranka sie zagoi i zycie wroci do normy..
niestety tak sie nie stalo..
przez nastepne 2 tygodnie, co drugi, trzeci dzien pryszcz rzucal mi w twarz obietnice, ze tym razem sie juz wyprowadzi na dobre i zostawi mnie w spokoju, jesli tylko..
no wlasnie..
przez nastepne 2 tygodnie, co drugi, trzeci dzien wychodzilam z lazienki z czerwonym nosem i coraz wieksza ranka na owym. zostawic natury naturze nie potrafilam, bo ranka sie nie goila, dopoki swinstwo sie w niej plenilo i bakterie!

no i wlasnie! po drugin tygodniu stwierdzilam juz na pewno, ze musi w nim byc tam jakas infekcja, ktora trzeba zdezynfekowac.. przegrzebalam w apteczce domowej ze swiadomoscia, ze nie mam zadnej wody utlenionej ani spirytusu, pomyslalam troche, po czym poszlam do lokalnej apteki i kupilam najbardziej zblizony do spirytusu kosmetycznego plyn odkazajacy..
wieczorem pomarowalam ranke plynem czujac dobroczynna sile odkazania i zapowiedz przyszlego pieknego zycia..
przed snem posmarowalam ranke ponownie.. plus, oczywiscie, wszelkie inne miejsca na twarzy, ktore moglyby sie potencjalnie zaczerwienic, zarozowic, czy cokolwiek im by tam nie przyszlo do glowy - nos, policzek, broda. niech gina wredne bakretie! smierc najezdzcom!
zasypiajac, szczesliwa myslalam o tych wszystkich bakteriach i wirusach, ktore teraz sie wyprowadzaja obrazone..
moj nos zacznie sie w koncu goic! nie bedzie juz zadnych ran ni pryszczy..  same zmarszczki zostana na twarzy, jak przystalo na kogos, kto sie przestawil na kremy '30+'.. zasnelam w tumanie blogich mysli o pieknym zyciu z dojrzala cera, na ktorej pryszczy NIE MA, BYC NIE POWINNO i NIE BEDZIE!!

rano budzilam sie powoli i z niedowierzaniem.. okrutny bol skory twarzy. bol dziwny, nie przypominajacy niczego, co do tej pory przezylam..
kiedy juz wybudzialm sie ze snu i zrozumialam, ze mnie naprawde boli skora, pobieglam do lazienki.
..lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiekniejszy w swiecie?..

skore mam ksiazkowo spalona i poparzona. mozna by zdjecia do podrecznikow skauta robic. wszystkie posmarowane na twarzy miejsca - czerwone, bolace i spuchniete! O zgrozo, przeciez nie poprzestalam na czubku nosa, ktoy ma sie stosunkowo najlepiej.. czolo, policzek, broda.. pieknie!
prawie wyszarpalam z szafki buteleczke z plynem odkazajacym. na naklejce, obok nazwy plynu, widnieja zastanawiajace 3 slowa:

DILUTE BEFORE USE (rozcienczyc przed uzyciem)

oczywiscie, ze nie rozcienczylam plynu do odkazania woda!

po tylu latach w anglojezycznym kraju nie znalam slowa 'dilute', wiec w ogole mi sie nie rzucil w oczy wytluszczony napis na opakowaniu! i, oczywiscie, nie czytalam 'instrukcji' uzywania plynu! no przeciez to jest 'to samo', co spirytus kosmetyczny! czy ktokolwiek rozciencza wode utleniona przed odkazeniem rany?

..po 2 dniach przyciagania speszonych spojrzen na ulicach moja twarz zaczyna wracac do normy.. prawie wszystko juz odpuchlo.. na buzi mam plaskie, brazowe plamy, pokryte skorupka zeschnietej, spalonej matki skory.. smaruje ja delikatnym zelem nawilzajacym z aloesem i bardzo marze, zeby w nagrode za naiwna i nieswiadoma glupote, spod starej skorupki wyjrzala do mnie piekna i usmiechnieta mloda skorka..
taka o 10 lat mlodsza, jesli to mozliwe.. ;)

Wednesday, 13 October 2010

dobra strona

..dobra strona nadchodzenia zimy i pozniejszych switow jest mozliwosc ogladania wschodow slonca.. :)

Saturday, 9 October 2010

list milosny

mam kubek ze sloniem. dostalam go od Anity na 18ste urodziny, czyli bardzo dawno temu.. ;)
kubek jest bialy, slonie na nim trzy, zolte
2 wieksze, 1 mniejszy
jeden trzyma w trabce kwiatka, jeden ma na sloniowej pupie czerwone serce..
kubek jest MOJ.

przez pierwsze kilka tygodni od przyniesienia go do pracy, moj kubek rano znikal. ktos sobie w nim robil kawe zanim ja zdazylam sie zorientowac. za kazdym razem na glos odgrazalam sie w kuchni, co zrobie, jak tego kogos zlapie.. ale jutro, bo dzis rano jeszcze pozwole mu wypic kawe z MOJEGO kubka.. zartowalam na ten temat, zeby wiesc sie radosnie rozniosla: "Oh man.. jak Aga Cie zobaczy z tym kubkiem, to Ci nogi z ... powyrywa!" ;)

i tak mijaly kolejne dni.. jezeli nie bylam w pracy w pierwszej trojce-piatce, to nie zdazalam przechwycic wlasngo kubka. historia sie powtarzala co drugi, trzeci dzien..
pewnego dnia po przyjsciu do pracy, zamiast w kuchni zobaczylam kubek na moim biurku! wymyty, postawiony do gory dnem na kawalku papierowego recznika..
jak milo! jaka mi ktos niesodzianke zrobil! :)
ktos nade mna zlitowal i przyniosl mi kubek na biurko zanim ktos inny z niego skorzystal! :)
chcialam podziekowac za taki cieply gest, ale nikt sie do niego nie przyznawal.. od tego dnia kubek byl na moim biurku codziennie rano. :)

tajemnica pomocnej dloni zostala niewyjasniona przez ponad miesiac..

mniej wiecej po 4-5 tygodniach musialam przyjsc do pracy na jakas nieludzko wczesna godzine. kiedy weszlam do biura zobaczylam ogromnego mezczyzne idacego ku mojemu biurku z kubkiem ze sloniami i z papierowym recznikiem w dloni.. szczeka mi opadla ze zdziwienia.. czlowiek, ktory robil mi codziennie rano tak ciepla przysluge, to byl nasz 'sprzatacz'.. podeszlam do niego i podziekowalam wylewnie, opowiadajac, jak duzo to dla mnie znaczy i jakie to mile, ze on to dla mnie robi i jak bardzo walczylam o nieuzywanie mojego kubka wczesniej i.. a on, zawstydzony, kiwal glowa i od czasu do czasu wybuchal cichym, niesmialym smiechem.. po minucie slowotoku zrozumialam, ze.. ze on chyba nie mowi po angielsku..
zrobilo mi sie glupio.. podziekowalam mu wiec ostatni raz i uwolnilam od trudnej dla niego rozmowy..
ja usiadlam do komputera, a on wrocil do sprzatania biura..

kubek ze sloniem codziennie rano pojawial sie na moim biurku, a ja sie codziennie dziekczynnie usmiechalam do niesmialego znajomego, ktory zawstydzal sie jeszcze bardziej..

skad on wiedzial, ze to moj kubek?
skad? jak? kiedy uslyszal, ze ktos mi go podbiera i ze tak bardzo zalezy mi na piciu z mojego wlasnego kubka? kilkanascie pytan, kilkadziesiat luzno krazacych mysli.. jakim to musi byc dobry czlowiek, skoro przelaj sie tym i codziennie, bezinteresownie robil tak mily gest..

jedna z moich kolezanek z pracy powiedziala: wiesz, stara sie po prostu, bo chce, zebysmy go chwalili..

a ja wiem, ze to nieprawda.. jego obowiazki koncza sie na wstawieniu czystych kubkow do szafki. i koniec.
i tak sobie czasami mysle, ze moze to taki cichy biurowy list milosny.. taki bez slow i zupelnie platoniczny.. list serdecznosci i milosci do drugiego czlowieka..

Wednesday, 6 October 2010

garden leave..

..to specyficzna sytuacja, kiedy pracownik odchodzi z firmy, a pracodawca decyduje, ze pracownik ma do konca swojego okresu wypowiedzenia nie przychodzic do biura.. dzieje sie tak np. w sytuacjach, kiedy pracownik ma dostep do danych, ktore firma chce chronic przed wydostaniem sie z obiegu wewnetrznego lub kiedy Twoja praca wymaga 120% pasji, a w zaistnialej sytuacji wiadomo, ze ta pasja wygasla..

garden leave oznacza, ze odrowadzaja Cie do biurka, pakujesz sie, wychodzisz i nie przychodzisz juz wiecej do pracy..

i ja go wlasnie, z ogromna przyjemnoscia doswiadczam! :D

co prawda nikt mnie nie odprowadzal do biurka i IT nie pilnowalo, co robie w komputerze (wrecz odwrotnie! poproszono mnie, zebym zostala do konca dnia i odeszla dopiero wieczorem!), ale.. chodzic do pracy juz nie musze!

tak wiec w poniedzialek wieczorem wyslalam maila z podziekowaniem za miesiace smiechu, energii i codziennej radosci unoszacej sie ponad spracowanymi ramionami moich kolegow.. i za dzielona kazdego dnia pasje do pracy i zycia, ktora sprawiala, ze To Miejsce i Ten Czas mial dla mnie znaczenie..

wyslalam maila, wyszlam i .. zrobilo mi sie smutno..
..cos sie konczy, cos sie zaczyna.. cos sie konczy..

po drodze do domu kupilam pizze i butelke przepysznego Shirazza - bordowego jak czarne wisnie, cierpkiego, jak niedojrzale maliny, ktore przemieniaja jezyk w papier scierny.. poczulam sie tak bardzo sama. na wlasne zyczenie, ba! wrecz wlasnorecznie (!!!!) przecielam pepowine laczaca mnie z firma, w ktorej ludzie sa tak wyjatkowi i piekni..

2 filmy i 2 lampki wina pozniej zorientowalam sie, ze jest 1:38 w nocy.. uswiadomilam sobie, ze nie musze rano wstawac do pracy! mam 'wakacje'!
i znienacka dla samej siebie zaczelam sie smiac z ulga! fizycznie poczulam schodzace z ramion i plecow napiecie! jak dobrze.. tak, prawda, troche szkoda, ale.. JAK MI JEST DOBRZE!!!! :)

przeciez Ci magiczni ludzie zostana ze mna i we mnie na zawsze! :)

a ja zrobilam kolejny krok! wielki i niesamowity! w grze mojego zycia wskoczylam na nastepny poziom! pelen przeszkod i wyzwan, pelen ciezkiej pracy i smiechu..
ale na nim tez sa ludzie. kolejni ludzie do mojej zyciowej ukladanki! :)

przed rozpoczeciem nastepnego etapu mam jeszcze kilka dni odpoczynku w ogrodzie mojego odejscia.. moze wyhoduje tam jakas piekna rosline i zrobie jej oblednie piekne zdjecie? a moze mysl, ktora pomoze z radoscia i energia przetrwac zblizajaca sie zime..?

moj garden leave..

cieply i przytulny..

Thursday, 23 September 2010

histeryczne plecy

Od jakiegos czasu bola mnie plecy.
Bola regularnie, konsekwentnie i wytrwale. I bardzo.

Co pocieszajace, w tym bolu jest schemat, wiec jest to wyleczalne! (Juuuhuuuu! Malo, ze nie umre od tego, to jeszcze przestanie bolec!)
Co niepocieszajace, boli jak cholera i zawsze w pracy.. Hmmm.., czyzby to bylo rozwiazanie..? ;-)

Bylam u lekarza: Ludzie skarzacy sie na tego typu bol plecow czesto skarza sie rowniez na wysoki poziom stresu i wedlug niego to moze miec tutaj duzy wplyw. Zrobimy badania krwi, zeby wykluczyc reumatyzm, a potem wyslemy na wszelki wypadek do specjalisty od kregoslupa. To potrwa kilka tygodni, ale wykluczy schorzenia kregoslupa. I trzeba bedzie w pracy spytac o specjaliste od BHP albo zdrowia, czy moje krzeslo i komputer sa odpowiednio ustawione.
- A co w miedzyczasie, Panie Doktorze?
- Tabletki przeciwbolowe..
- A co jesli po tych kilku tygodniach okaze sie, ze nie ma schorzen koscca?
- Wtedy zobaczymy, ale tabletki przeciwbolowe X i Y moze Pani brac na raz, maksymalne dawki. One inaczej dzialaja, wiec nie ma obawy przed przedawkowaniem. No i moze trzeba bedzie przeorganizowac zycie..

&#$%#^$&*!!! ;-( - ja nie poszlam po tabletki przeciwbolowe, ktore juz i tak 'nie dzialaja. Poszlam po odrobine medycznej magii, ktora zamieni moje plecy w mlode i sprezyste kielki fasoli!

W pracy obiecano specjaliste do przejrzenia, czy moje biurko i krzeslo sa odpowiednio ustawione, w ciagu najblizszych 2 miesiecy. Krew pobrana, wyniki za tydzien, czyli jutro, potem pokorne i pelne nadziei czekanie na zaproszenie do lekarza od kregoslupa...

Wczoraj znienacka moje plecy zupelnie odmowily posluszenstwa. od 10 rano bol urosl do rozmiarow, ktorych nie osiagnal nigdy wczesniej. Po bezskutecznym wyprobowaniu tabletek przeciwbolowych mojego managera (na niego zawsze dzialaja! co za bzdura, lykac czyjes tabletki?? ale coz.. czasami robi sie takie rzeczy, zeby wykazac dobra woli i zaangazowanie.. szczegolnie przed otrzymaniem 'zgody' na wykustykanie do lekarza..) i obejrzeniu, czy mi przypadkiem klimatyzacja nie dmucha na plecy (wylaczona!) poszlam do najblizszej przychodni otwartej na przypadkowych polamancow.

Okazalo sie, ze miesnie moich plecow wpadly w spazm..
Biedne, silne zazwyczaj tkanki, tak zawziecie polerowane i wzmacniane codzienna jazda na rowerze, zbuntowaly sie histerycznie.
Wyglada na to, ze od kilku miesiecy codziennie siadalam przed komputerem w nieodpowiedniej pozycji. I one mi probowaly o tym powiedziec.. Tylko, ze ja nie rozumialam zupelnie ich jezyka.

Najblizsze kilka dni bedziemy siedziec w domu. Moje rozhisteryzowane plecy dostaja lekarstwa i ogromne dawki masci z kotkiem na rozgrzewke i rozluznienie, zeby ten dziwny skurcz sie wreszcie skonczyl.. No przeciez zle ustawione krzeslo w pracy, to nie koniec swiata! Ile czasu mozna przez to histeryzowac!.. Wrocimy do pracy i wszystko ustawimy, jak trzeba!

Zeby pomoc moim miesniom wyjsc z depresji postanowilam robic rzeczy przyjemne.. Za chwile, w ramach antysmazmowej terapii, pojdziemy pokarmic labedzie! :)
Terapia przez kontakt z natura..

I naszym dawno nie uzywanym aparatem bedziemy im robic zdjecia.. Na szczescie spazm jest lo lewej stronie, wiec prawa reka utrzyma ciezar aparatu..
Terapia przez sztuke! ;)

Sunday, 19 September 2010

moje urodziny

tak, minal kolejny rok mojego zycia
nie byl to rok latwy, nie byl pelen sukcesow, ale i nie byl zmarnowany.
zreszta jak mozna by oczekiwac lekkosci, kiedy przechodzilo sie przez wiek chrystysowy..? ;)

wciaz jestem..

nadszedl kolejny rok.. cos sie konczy cos sie zaczyna..
a moze to po prostu waz, ktory trzyma w pysku swoj wlasny ogon, zatoczyl kolejny bezszelestny krag? bezszelestny, bo przeciez od wczoraj nie pojawily sie kolejne zmarszczki, nie posiwialy wlosy, ani nawet nie urosl brzuch.. wnioskuje, ze punkt graniczny pomiedzy latami mojego zycia istnieje tylko w mojej glowie..

niezaleznie od wszystkiego wiem, ze ten rok bedzie lepszy. bedzie to rok wielkich zmian i wielkiej podrozy.. a ja zawsze chcialam podrozowac.. moze troche inaczej niz robie to teraz, ale jednak!
nowy rok, te same wyzwania.

Let's make it happen!

PS. Biedny Bibsztyl, ktory na smierc zapomnial o moich urodzinach, gotuje teraz jakies przecudne, wegetarianskie, low GI, jedzonko.. Na deser mamy pyszny czekoladowy tort ze smietana.. Cos sie do jutra zmieni.. Brzuchy urosna.. tak na dobry poczatek! :)

Thursday, 16 September 2010

serduszko asystentki

wczoraj zadzwonilam do firmy A porozmawiac z Panem Dyrektorem na bardzo wazny temat..
Przemila Asystentka Dyrektora poprosila o moje dane: nazwe firmy i nazwisko:
- Nazwa Firmy, Agnieszka Biegluk
- Agnieszka Biedluch?
- Biegluk, prosze Pani, od biegania.. - podpowiedzialam moja standardowa regulke.. :)

Dyrektor, jak to na takim szczeblu bywa, mial spotkanie za spotkaniem i totalny brak czasu. Podziekowalam przesympatycznej Asystntce i powiedzialam, ze zadzwonie jutro, czyli dzis.

Kiedy Asystentka Dyrektora odebrala telefon, ponownie poprosilam o przelaczenie. Po pytaniu o nazwe firmy automatycznie odpowiedzialam:
- Nazwa Firmy, Agnieszka Biegluk, od biegania..
Na co uslyszalam usmiechniety glos:
- Wiem Pani Agnieszko, pamietam, mam Pania na serduszku.. - I zaczela przelaczac rozmowe.
A mi jakos tak sie cieplo zrobilo i zastanawialam sie, w jaki sposob zaskarbilam sobie az tyle zyczliwosci kobiety, ktora do wczoraj nie miala pojecia o moim istnieniu? Czy moze ona jest tak dobra osoba, ze do wszystkich ma indywidualne i serdeczne podejscie?
A moze to jednak ja czms przyciagnelam jej uwage..?

W dzisiejszych komputerowo - pocztowo - glosowych czasach bardzo dziwne jest az tak cieple traktowanie przypadkowej osoby.. "mam pania na serduszku.." Dziwne i mile..

Kiedy kilka minut pozniej przechodzilam obok Niki, naszej asystentki, w biegu opowiedzialam jej te dziwna i ciepla historie..

W momencie, kiedy zacytowalam "pamietam, mam pania na serduszku.." Niki sie zaczela smiac.. Zakrywajac papier dlonia napisala szybko kilka slow i wciaz zakryta tresc podniosla mi przed oczy.
Kiedy odsunela dlon, zobaczylam rozowe samoprzylepne karteczki biurowe w ksztalcie serca..
Na karteczkach bylo napisane..
"Aga, I love you! You are so funny! :D"

Friday, 27 August 2010

moja nadopiekuncza podswiadomosc..

z kilku powodow, z ktorych doskonale zdaje sobie sprawe i pewnie jeszcze kilku, o ktorych nie mam zielonego pojecia, ostatnio bylo mi dosc nieswojo..
nagle ocknelam sie, rozgalopowana, z poczuciem, ze nie wiem DOKAD i PO CO biegne, a sily sa juz na wyczerpaniu..
nadszedl wewnetrzny krach
zepsula sie nawet pogoda
cieple poranki zastapil wiatr i deszcze
w przyrodzie dominacja lata oslabla, zaczal nadchodzic czas jesieni
w mojej glowie czas analizy sytuacji i przemyslen..
..co ja mam z tym wszystkim zrobic?

w moim codziennym zabieganym zyciu nie ma zbyt wiele czasu na spokojne myslenie, nie mowiac juz o wewnetrznym dojrzewaniu mysli w warunkach ciut bardziej komfortowych niz manewrowanie rowerem pomiedzy rozpedzonymi samochodami.
tydzien temu poskarzylam sie M, ze nie mam czasu na spokojne zrozumienie, o co mi tak naprawde chodzi..? co jeszcze sklada sie na ten dziwny stan..?
a jesli nie wiem, ktore elementy sa uszkodzone, to co mam modyfikowac i naprawiac..?
i tak jeknelam, rozzalona, w outlookowe ucho M., nie zdajac sobie sprawy z tego, ze jestem uwaznie sluchana nie tylko przez nia..

moja madra i pomocna podswiadomosc przyszla mi z pomoca w najlepszy sposob, jaki potrafila wymyslec.. od 2 dni jestem chora.. chyba grypa, bo miesnie plecow bola mnie, jakby po nich ktos wozem pelnym siana przejechal. pierwszy dzien wytrzymalam w pracy twierdzac, ze nieskuteczna to pomoc, bo przeciez i tak nie wezme wolnego.. drugiego dnia rano nie dalam rady wstac z lozka. ;)

droga podswiadomosci.. najmadrzejsza z madrych, ktora dokladnie wiesz, co sie dzieje we wszechswiecie mojej duszy.. dziekuje za opiekunczosc, dobre intencje i chec pomocy.. czy moglabys jednak podsunac mi kilka dodatkowych mysli, zamiast knock-out'owac mnie z zycia zawodowego? ja wiem, ze swiat sie beze mnie nie zawali, ale kilka spraw sie skomplikuje, co na dluzsza mete moze mi jednak utrudnic zycie..

Podpisano

Aga B

Wednesday, 18 August 2010

swinia na szesciu nogach

Rok temu dostalam od Kasi niewielka ksiazke pelna magicznych zdjec.. ksiazke, ktora zajela bardzo duzo miejsca w moim zyciu.. :)
"Swinie z szescioma nogami" wydana przez Towarzystwo Milosnikow Chmur.. :)

I tak sie zaczela Wielka Przygoda.. Przygoda, ktora kazdy przezywa w dziecinstwie, a ktora po okresie dojrzewania juz tylko od czasu do czasu przynosi
chwile wzruszenia.. Wypatrywanie ksztaltow na niebie. :)
I wlasnie niedawno, po wypatrzeniu na niebie najprawdziwszej foki, bardziej niz zwykle zachcialam, zeby do tej mojej przygody Bibsztyl dolaczyl w sposob, na ktory ja ja przezywam.. lub moze odwrotnie, zebym ja zaczela przezywac ja podobniej do niego.. zeby stala sie bardziej wspolna po prostu..

..bo Bibsztyl chmury kocha inaczej. Kocha je bez humanistycznego uniesienia. Jego milosc jest matematyczna, wyliczona i wysrodkowana w szarych komorkach Bibsztylowej glowy.. matematyczna, nie znaczy mniejsza..
Bibsztyl od zawsze lubil chmury, a szczegolnie zafascynowaly go kiedy po raz pierwszy, podwieszony na paraglidarskim skrzydle, poczul wolnosc przestworzy.. urodzily sie emocje.. ogromne, choc inne niz moje.

Kiedy ja dostaje wypiekow radosci na widok wylaniajacego sie z chmury pyska malpy, Bibsztyl widzi cumulusy i kominy termalne, ktore moga go wyniesc wysoko ponad swiat, ponad wszelkie szarosci dnia powszedniego i nawet ponad wlasne marzenia..
Ja widze swiat bajek i wate cukrowa, on analizuje sile wiatru i czyta pogode.. ;)

* * *
Wczoraj kupilam Bibsztylowi ksiazke o chmurach.. W prezencie i zupelnie
znienacka dla niego i dla samej siebie. I juz sie nie moge doczekac listonosza. Niecierpliwie sie, czy zdazy ja dostarczyc w tym tygodniu..?

I mam nadzieje, ze po jej przestudiowaniu, trzymajac sie za rece poszybujemy wysoko miedzy chmurami.. On ciut bardziej dziecinnie niz zwykle, ja zdecydowanie bardziej naukowo.. oboje szukajac ukrytych kszatltow zwierzat i zapowiedzi jutrzejszej pogody..

..az ku podnozu Alp, gdzie Bibsztyl zostawil swoje paraglidarskie serce.. i gdzie tak bardzo chce wrocic, zeby jeszcze choc raz poglaskac puszystego baranka cumulusa wyteskniona dlonia.. :)

Wednesday, 28 July 2010

glupie kutafony

..moja czysta dusza feministki, wierzaca w prawde, dobro i wyzszosc tresci nad forma wyje z oburzenia..

i nawet slow znalezc nie potrafie, zeby spokojnie i pewnie powiedziec: nie.

i ten jek chyba rowniez zostanie niewyjasniony..

Wednesday, 7 July 2010

Zew Puszczy

krotki telefon do Taty, zeby powiedziec, ze co prawda polacze sie z nimi wieczorem przez skypa, ale nie moge przestac myslec o tym, ze to jego imieniny i dzwonie teraz tylko na chwile, zeby zlozyc mu zyczenia..
bo w tym roku mnie z nimi nie bedzie..

Tata odebral, podziekowal. Spytalam, czy cos planuja na wieczor, czy spodziewaja sie gosci..

"No wlasnie zlapalas mnie w ogrodku.. Zrywam szczypior na salatke.."

I znow trudno mi myslec o czymkolwiek innym niz zapach powietrza w Puszczy i szelest wiatru na pelnych ziol, nieskoszonych lakach Podlasia..

jak to mozliwe, ze wyrwalam siebie tak bardzo, bez korzeni.. to znaczy, korzenie sa.. tylko, ze one zostaly TAM..
chociaz wyrwac sie Puszczy, z korzeniami, chyba nie jest mozliwe..
bo jesli sie ja raz pokocha, to juz na zawsze zostaje w czlowieku..
i czlowiek zostaje w niej na zawsze..

usiade dzis z Rodzicami i ich goscmi na skypie.. posmieje sie, pozartuje..
a potem wyjde przed dom i bede wyla do ksiezyca, jak wyja psy na lancuchach pilnujace upraw pod tamtym lasem..

Monday, 5 July 2010

..kazdy taki pomysl na zycie ma swoj czas..

"Wie Pani, troche pouczajace doswiadczenie to bylo..

..trudno jakby (juz bylo) zachowac tutaj ten taki entuzjazm, a sama Pani wie, ze w takich korporacjach to jest jakas taka gra pozorow.. trzeba po prostu pokazywac niewzruszona gotowosc ponoszenia wszelkiego rodzaju poswiecen.. byc moze jestem za stary na to i moze po prostu uplynal juz ten czas..

..bo wie Pani, kazdy taki pomysl na zycie ma swoj czas.."

Thursday, 1 July 2010

moje mysli

A co z pisaniem na blogu o myslach niecnych? Czy takie rzeczy przewiduje blog, ktorego czytaja znajomi?
Ale przeciez skoro wracaja tu, zeby przez chwile spojrzec na rzeczywistosc moimi oczami i poslychac urywkow moich mysli, to przeciez (zakladam!) mnie akceptuja taka, jaka jestem..

Wiec co z pokazywaniem mysli zlych..?
Co z niemoralnoscia, zloscia, z brakiem etyki i z pragnieniami, ktore ze szkieletu naszej kultury, opartej na przykazaniach chrzescijanskich, wystaja jak ogromne narosle.. moze chropowate i odrazajace, ale zarazem przyjemne, kiedy sie po nich przejedzie palcem..
dla mnie przyjemne.
moim palcem.

Bo jesli ja mam bardzo nieetyczne wnetrze, to co z tym zrobic?
Wstydzic sie moich mysli zlych i niemoralnych?

Ale przeciez ja je lubie.. przeciez to od nich dostaje w pracy rumiencow.. tych znienacka, nad kolejnym plikiem .doc

Zawekowane mysli niecne cicho czekaja na odnalezienie formy, w ktorej mozna bedzie pokazac je swiatu..

Mam nadzieje, ze zdaze ja znalezc, zanim wybuchna.

Wednesday, 30 June 2010

piekny swiat..

w niedzielne popoludnie, po rozmowie z C wracalam z troche podpuchnietymi oczami z kafejki internetowej do hotelu.. tylko kilka tysiecy kilometrow, tylko na kilka dni, a jednak..
upal, Ibiza pachnaca tysiacami kwiatow, co chwile krzyki z pobliskich pubow - Niemcy graja z Anglia. jakis podpity kark zlapal mnie za glowe i z rozmachem dal siarczystego buziaka w policzek.. siarczystego, mokrego i smierdzacego kilkoma kuflami piwa.. zastanawialam sie, czy nie bede miala siniaka.. 2 pitbulle obok pubu lizaly sie po pyskach. coz.. pewnie wygrywa Anglia.. ;)

kiedy doszlam do hotelu moi kumple palili papierosy przy stolikach na zewnatrz budynku.
- co tam? przerwa na papierosa? - spytalam..
- aga.. kilku anglikow siedzi wkur***nych i pali fajki, Niemcy skacza z radosci przed telewizorem.. jak mozesz zadawac takie gupie pytania??

spojrzalam na nich z niedowierzaniem - noralnie grupowa depresja. zachichotalam.. ale niezbyt glosno. przypomniala mi sie reklama telewizyjna sprzed kilkunastu lat
smutny chlopak siedzacy na stadionie z pomalowana twarza i ze lazmi w oczach..
i haslo:
"nie smiej sie z czyichs marzen"

po przegranym meczu chlopcy uscisneli dlonie 'naszym' firmowym Niemcom..
Niemcy, z szacunku dla nich, nie swietowali zwyciestwa tak, jakby sie tego mozna spodziewac..


madrzy, dobrzy ludzie, piekny swiat pelen zapachow i emocji.. nawet jesli ich za grosz nie rozumiem.. ;)

Jezus Maria!!! no przeciez to tylko football!!!!!!

:o

Wednesday, 23 June 2010

dowod zbrodni - reportaz z wczorajszego wieczoru

Wczoraj wieczorem wpadli do mnie sasiedzi.

W tym szalonym, totalnie zakreconym swiecie, gdzie nie ma czasu na czytanie ksiazek i kontemplowanie wlasnych mysli, chyba udaje mi sie stworzyc sasiedzka przyjazn.. przy ogromnym udziale moich sasiadow..

jakies 4 tygodnie temu Julian przyslal mi smsa, ze posial wszystkie nasiona, bo myslal, ze nie wykielkuja, a one wykielkowaly i wyrosly.. w zwiazku z tym ma 77 malych pomidorkow i jesli bym reflektowala kilka roslinek, to on sie z wdziecznoscia nimi podzieli, bo szkoda mu wyrzucac takie sliczne pomidorkowe dzieci.. skoro juz narodzone i odrosniete.. oczywiscie, ze reflektowalam! szybko przedyskutowalam to z C, ktory tez sie ucieszyl z domowego ogrodka i zaczelismy planowac cale przedsiewziecie..

W kolejna sobote odbylismy z C wyprawe w poszukiwaniu sklepu ogrodniczego. Po kilku godzinach blakania sie po okolicy, wrocilismy z 6 donicami, 3 workami ziemi (w promocji bylo taniej kupic 3 niz 2, wiec zbedny worek ziemi bedzie chyba 10 lat stal w korytarzu..) i mnostwem nasion.

2 godziny pozniej cztery szczesliwe pomidorki zamieszkaly z nami.. :)

Stworzylismy rodzine!!!! :D
**

W zeszlym tygodniu, podczas naszych wakacji, Julian opiekowal sie ogrodem.. Pomidory urosly niebotycznie, groszek ogrodowy slicznie sie wydluzyl i wisi z donic, jak na groszek przystalo, a koper wloski zaczal wygladac do kopru podobnie. Julian ma swietna reke do roslin. Zdecydowanie.

Wczoraj wieczorem Julian wpadl oddac klucze. Przyszedl ze swoim narzeczonym/mezem Piotrkiem. Przyszedl tez ich rudy kot, ktory zawsze poluje na moje mole. Jest skuteczniejszy niz smierdzaca naftalina, ktorej zapach chyba bardziej przeszkadza mnie niz molom.. :)

Spedzilismy razem swietny wieczor – jak zawsze pelen smiechu i troche zbyt dlugi… Dzis jestem zmeczona i boli mnie glowa. ;)


Dowod zbrodni przeciwko mnie samej, 2 butelki wina, zostal na lawie w duzym pokoju.. Az mnie wzdryga na mysl o tym, ze te buletki beda pierwsza rzecza, ktora zobacze po powrocie do domu..


Ale moze kac mi do tego czasu juz minie i nie bedzie az tak zle…?


Po raz kolejny postanowilam, ze wiecej nie pije alkoholu w dni szkolne! ;)

*

Saturday, 12 June 2010

wakacje..

..

meduzy i delfiny

..

:)

Thursday, 3 June 2010

...

...


zmeczona jestem em


...

Tuesday, 1 June 2010

rozszyfrowywanka..

..po 3 latach zamierzen i planow oraz po kilku prawie skutecznych podejsciach do sprawy przy pomocy BB, postanowilam zadzialac samojeden.
znalazlam wzor internetowy i stworzylam moja strone! prawie stworzylam..

w XXI wieku fotograf bez wlasnego www nie jest fotografem..
to znaczy jest, tyle ze domowym..

to jak pisanie wierszy do szuflady - co z tego, ze piekne, skoro nawet nie ma jak ich komukolwiek pokazac.. przeciez nie zaprosisz znajomego do pokoju i nie rozlozysz mu przed nosem sterty zgniecionych, zawstydzonych papierkow..
wyjscie w swiat bez wlasnej strony internetowej, to jak przyjscie na wypragniona rozmowe kwalifikacyjna bez CV.. "..no i o czym Pani chciala z nami porozmawiac? o pogodzie?" :o

no wiec, po kilku latach niesmialych planow, nagle usiadlam i zabralam sie za moje wlasne tymczasowe www, oparte na slicznym szabloniku dostepnym w kopani internetowej za free. www dokladnie takie, jakie jest mi potrzebne do czasu, kiedy stanie sie cud i moc kreatywno-wykonawcza trysnie z mojej glowy i z dloni BB rownoczesnie..

i tak sie rozpedzilam w tej sile tworczej.. i tyle mi przyjemnosci dalo projektowanie mojej stronki! i juz jestem tak blisko-blisko konca tworzenia, ze az trudno mi uwierzyc, ze mozna tak oblednie utknac nad linkowaniem stron i podstron! za diabla nie udaje mi sie tego zlinkowania rozszyfrowac! i juz chyba nawet znalazlam zrodlo problemu, tylko jeszcze nie wiem, jak je naprawic. bo ja w dosc duzym stopniu rozumiem zasady dzialania tych ciagow znaczkow kryjacych sie pod kazdym linkiem, ksztaltem i kolorem na monitorze.. czesto naprawde wiem, co i po co i dlaczego..

i chyba niesiona ta radoscia rozumienia kodow wlasnie, zrobilam jeden sprytny "skrot" na samym poczatku programowania strony i coraz bardziej mi sie wydaje, ze teraz te znaczki nie rozumieja mnie..

jednak przewagi inteligencji ludzkiej nad upartoscia kodow nie da sie ukryc..
hmm.. w tym przypadku chyba rowniez udowodnic..

Tuesday, 25 May 2010

ksiezniczka na ziarnku grochu

..po kilku miesiacach cowieczornego rwacego bolu przeszywajacego przy co trzecim kroku moje zmeczone ja poszlam do lekarza. wytlumaczylam, ze boli dokladnie tam, gdzie w dziecinstwie pani Jakubiakowa wladowala mi serie zastrzykow 'delbety' i ze boli, jakby mi ktos wyrywal z biodra, szarpiac graltownie w dol, ogrooomne drzewo, ktore tam wroslo do gory korzeniami.. tudziez odwrocona do goty 'nogami' blyskawice..
lekarz sie usmial do lez z tlumaczenia, ale powiedzial, ze wie dokladnie o jaki rodzaj bolu chodzi. cos gdzies mi uciska na nerw.. lekarz byl bardzo sympatyczny i wzbudzal zaufanie, wiec dalam sobie wytlumaczyc, ze moze kiedys samo przejdzie i wzielam recepte na leki przeciwbolowe.

po kilku miesiacach ponownie bylam w przychodni

tym razem nie dalam sobie wytlumaczyc, ze ten bol, to jak integralna czesc mnie i prawa istnienia. uparlam sie, ze perspektywa 40 lat na lekach przeciwbolowych to nie jest rozwiazanie, ktore biore pod uwage i musimy poszukac innego.
lekarz zasugerowal ponownie, ze jesli bol zostawimy tak, jak jest to moze sam kiedys przejdzie
LUB
moze mi wypisac skierowanie na skomplikowane badanie komputerowe, zeby sprawdzic, gdzie nerw jest uwieziony i wtedy bedzie albo operacja podciecia przytrzasnietego nieszczesnika albo zastrzyk w wiazke nerwowa, zeby ja znieczulic.. jako, ze zastrzyki naleza u mnie do kategorii: "zestaw tortur z dziecinstwa", chcialam sie ze wszystkiego wycofac, ale..
zacinsnelam dlonie i postanowilam: decyzje podejme PO badaniu

po kilku tygodniach czekania na list z kliniki i rezerwowania terminow przyjela mnie dziewczyna mlodsza ode mnie. po krotkim wyjasnieniu, co mi lekarz powiedzial, stwierdzila, ze lekarze sie nie znaja - znaja sie fizjoterapeuci.
zrobila mi kilkanascie testow polagajacych na wciskaniu mi nog w staw biodrowy lub wyrywaniu ich z niego, po czym powiedziala, ze mam zbyt napiete miesnie w lewym udzie i... lewym posladku! ;)
miesnie sa tak spiete, ze testy sie daja oczekiwanych rezultatow! tam, gdzie powinno mnie ciagnac z tylu nogi, mnie ciagnie z przodu, kiedy powinien zabolec posladek, mi strzyka w biodrze.. ona nie wie dokladnie, co sie dzieje, ale dopoki nie rozluznie posladka - wiedziec nie bedzie!
dostalam zestaw cwiczen rozciagajacych i pileczke do tenisa ziemnego.
od 2 tygodni, 2 razy dziennie siadam moim zbyt jedrnym posladkiem na pilce do tenisa i jezdze po podlodze.. 10 cm do przodu.. 10 cm do tylu.. i 10 cm do przodu.. i znowu 10 cm do tylu.. nudne to i boli, jak cholera.. zadam nagrody dla mojego ciala za te wszystkie meki!

jesli przez to przechodzila ksiezniczka na ziarnku grochu, to ja jej naprawde wpsolczuje..

Tuesday, 11 May 2010

najpiekniejszy jezyk swiata 2

.. poza tym, ze Pan serwisant wyslawial sie pieknie po polsku, udzielil mi tez bardzo praktycznej rady.. okazalo sie, ze to wcale nie raczka od przerzutek sie zapsula, tylko najbanalniej na swiecie pekla linka!!!! co to byla za ulga! zamiast wymiany calego, dosc drogiego mechanizmu, wymiana jednej linki! ufff! normalnie myslalam, ze facetowi powiem, ze go kocham! :)
a w zwiazku z tym, ze serwis byl doslownie zastawiony rowerami, pieknie mowiacy Pan poradzil mi, zebym sama ja sobie wymienila.. no i pewnie, ze tak lepiej! bo przeciez ja potrafie wymienic linke! nie pierwsza i nie ostatnia w moim zyciu cyklisty! :)
po otrzymaniu wszelkich porad i kupeniu linki wprost z serwisu wrocilam do domu i przystapilam do dziela postanawiajac, ze przy okazji zrobie rowerowi porzadny salon odnowy biologicznej.. nalezy mu sie, skoro nie jest az tak zdezelowany..
po 1,5 godziny czyszczenia wszystkich mozliwych czesci przystapilam do wymiany linki.

z drobnymi potknieciami (niktorym ludziom krzywa nauki zajmuje trzy pelne okregi..) i po 1 zmarnowanej lince (obcielam nie te koncowke, co cowinnam..) rower byl naprawiony..
i wciaz nie dzialal.

raczka od przerzutki jest zepsuta!

QRWA MAC! ;)

Sunday, 9 May 2010

najpiekniejszy jezyk swiata

Kilka tygodni temu, zupelnie bez ostrzezenia, zepsula mi sie raczka od przerzutki biegow w rowerze. Rano wszystko dzialalo normalnie, po pracy juz bylo zepsute. Glowne ryzyko zostawiania roweru w miejscu publicznym, to nie potencjala strata, a wszedobylskie rece przechodniow, ktorzy podczas dojadania hamburgera czy tez rozmowy przez komorke bawia sie raczkami od biegow i przerzuek przypietych do poreczy rowerow. Kiedys zlapalam stojacego kolo mojego roweru chlopaka, ktory rozmawial przez telefon, na ciagnieciu za linki biegnace wzdluz ramy.. Spytalam go, czy on zdje sobie sprawe, ze malo ze mnie naprawa roweru kosztuje pieniadze, to jeszcze w dodatku moge miec przez jego bezgraniczna glupote wypadek, bo mi w trakcie jezdy pusci hamulec.. Bylo mu bardzo glupio.. I dobrze! ale zarazem: I co z tego..?
never ending story..
Podejrzewam, ze raczka od przerzutki przestala dzialac w dokladnie taki sam 'magiczny' sposob..
Pojechalam dzis do Decathlonu, zeby sprawdzic, czy w ogole jest mozliwosc naprawienia tej raczki, zamiast wymiany calego mechanizmu.. Weszlam do sklepu, skonczylam rozmowe z BB i ustawilam sie w kolejce. Znienacka podszedl do mnie od tylu pracownik serwisu. Zaskoczyl mnie swoja obecnoscia za moimi plecami zupelnie, wiec w pospiechu zaczelam mu tlumaczyc, co sie z rowerem stalo..
Facet sie usmiechnal i powiedzial:
- To moze ja zaczne jeszcze raz, powoli i od poczatku. Czym moge sluzyc?
Dopiero wtedy zalapalam, ze odezwal sie po polsku! :)
Smiejac sie powiedzialam:
- Juz po jednym zdaniu Pan rozpoznal moj akcent?
- Nie, stalem obok Pani i czekalem, az Pani skonczy rozmowe. Wiec w czym moge pomoc?

I tak mi sie jakos cieplo zrobilo.. niespodziewanie, w srodku Londynu, przyjemny i spokojny glos czlowieka poprawnie wyslawiajacego sie w najpiekniejszym jezyku swiata - po polsku! :)
- ...czekalem, az Pani skonczy rozmowe. Wiec w czym moge pomoc?

ladnie brzmi, prawda?

:)

Thursday, 29 April 2010

moja poranna powtarzalnosc i chodzenie tylem

codziennie rano, kiedy ruszam rowerem w strone pracy, niedaleko domu natykam sie na starsza azjatycka Pania.. trudno mi okreslic, z ktorego kraju pochodzi. w zasadzie wydaje mi sie, ze rozrozniam narodowosci azjatyckie - na pewno Japonczykow, Chinczykow i Wietnamczykow, ale bardzo mozliwe, ze polowa rozroznionych przeze mnie 'Wietnamczykow' pochodzi z Korei.. ;) co do niej - nie ma pojecia skad mogla tu przyjechac..

Pani jest starsza, malutka, w dresie przypominajacym pizame (zdrowy rozsadek karze mi napisac, ze to dres, moje serce nie ma watpliwosci, ze to pizama!!) i w ogromnych okularach slonecznych zaslaniajacych 3/4 twarzy.
jedna z tych azjatyckich starszych pan, co bardziej przypominaja ksztaltem dorodne warzywo pak-choi niz bambusowa tyczke.

Pani chodzi. uprawia drazniacy mnie do bolu marsz podczas ktorego wymachuje rekoma i szura stopami. stawia je tak, jakby chciala stopy wsunac pod dywan betonowego nabrzeza rzeki, a swoje stawy kolanowe miala nie w kolanach, a gleboko w d...

bynajmniej nie jest to podbijajacy Europe nordic walking

na poczatku Pani mnie doprowadzala do kilkusekundowej pasji.. najpierw z daleka dochodzil mnie odgloc wszurywanych pod asfalt stop, potem zza budynku/rogu/drzewa wylaniala sie okraglawa sylwetka w rozowej/seledynowej/niebieskiej pizamie machajaca rekoma tak, ze czlowiek sie zastanawia czy to mial byc kraul czy zabka. draznila mnie, jak czerwona plachta byka. na poziomie podswiadomym.. probowalam nawet wychodzic z domu o innych godzinach, zeby jej nie spotykac - bezskutecznie.
chyba nigdy wczesniej nie spotkalam nikogo, na kogo ragowalabym w ten sposob. czulam sie tak winna i wredna, ze nauczylam sie usmiechac na mysl o niej i zamiast zlosliwosci rodzacej sie na widok azjatyckiej pani obudzilam w sobie rozbawienie.. ;)

juz mnie nie drazni zupelnie - pewnie zreszta jest fajna, energiczna babcia z dziesiatka wnukow. ;) zaczela mnie po prostu interesowac. ogladam kolekcje pizam, zastanawiam sie, w jakim jest nastroju, co robi popoludniami..

15 minut temu wyjrzalam przez okno i zobaczylam Pania ponownie.. szuranie nog, pizama, okulary.. moja codzienna, poranna powtarzalnosc..

z jedna roznica

ta kobieta szla TYLEM

Monday, 26 April 2010

trawka...

tak na oslode po calym dniu poniedzialkowej depresji pracowej, przypomnialo mi sie zdarzenie sprzed kilku tygodni..

dzwonie do firmy X
- Dzien dobry, poprosze z Panem Dariuszem Trawa..
- Chyba Trawka?
- A tak! Trawka! Przepraszam..
- Proszke!

..gdyby nie to, ze przesypatyczna pani sekretarka mnie od razu przelaczyla, chyba bym sie poplakala ze smiechu!

:D

Monday, 19 April 2010

kaczka

kilka dni temu wprowadzilam zakaz palenia w domu. przestrzegamy go na jakies 60-70%, wiec od czasu do czasu wychodze z Bibsztylem na papierosa..

niecala godzine temu Bibsztyl zaczal sie ubierac do wyjscia, wiec zawiesilam aparat na szyi i zalozylam buty.
na dworze byla przepiekna, jasna pogoda, cieplo.. bardzo wysoki poziom wody w Tamizie.. pstryknelam kilka zdjec palacemu Bibsztylowi i okolicy..
obok schodow prowadzacych ze starej bramy do rzeki plywala kaczka, jakby walczac ze spychajacymi ja na beton falami. weszlam na 3 schodki i zaczelam jej robic zdjecia.
kaczka zaczela pozowac. zawolalam Bibsztyla i pokazalam mu pozujaca kaczke, ktora ewidentnie juz ustawiala sie bokiem do obiektywu filuternie przechylajac swoj smieszny kaczy leb..
zaczelismy sie smiac z gotowej do pozowania kaczki.. ;)

pstryknelam jej kolejne zdjecie, powiedzialam: kwa, kwa

odwrocilam sie

i spadlam ze schodow


***
czlonki lewej strony ciala mam w kilku miejscach posiniaczone i poobdzierane ze skory - prawa strona ciala nietknieta.. ..bo w prawej rece trzymalam aparat! :)
instynkt aparatozachowawczy..

*

Saturday, 17 April 2010

utrata kontroli nad wiedzmim kapeluszem

e-mail -> ja do Panny M:

Kochana Boziu i Kosmosie..

To prawda, ze moglam jeszcze troche poczekac, ale buty do biegania naprawde byly mi potrzebne..

Co do koszulki i spodenek nie mam wytlumaczenia..

Jednak w zwiazku z tym, ze kupilam tylko 1 komplet i oparlam sie pokusie posiadania drugiego (tego z pieknymi rozowymi lamowkami wzdluz nogi…), bardzo Was prosze o wsparciem finansowe w przyszlym miesiacu.. Moze o dokumenty z Balkanow, zebym mogla dokonczyc realizacje projektu klienta? Takie rozwiazanie uszczesliwilo by to tez kilka innych osob.. a oni nie rozpieprzyli pieniedzy na ubranka do biegania.. ;)

Z gory dziekuje i obiecuje w intencji wspierania kosmicznej pomocy spac w wiedzmim kapeluszu przez 3 noce.

Wasza szczesliwa i splukana

ja

*****
e-mail -> Panna M do mnie:


Zobaczymy co da sie zrobic...

I nie 3 noce w kapeluszu, a 4, plus wywietrzenie kapelusza na kawie z Twoja przyjaciolka M 24go kwietnia.

Kosmos

PS Milego biegania:)


*****
e-mail -> ja do Panny M:

O w morde!!!!!!!!!!!!!!!

Mam go nosic przy ludziach?????

M.. czy Ty tu nie zalatwiasz jakichs swoich prywanych porachunkow ze mna przypadkiem...?

;)


*****
e-mail -> Panna M do mnie:

a skad...

ale kapelusz wlozysz?


*****

(dostalam dokumenty)..

*****
e-mail -> ja do Panny M:

Ok, Boziu i Kosmosie.. dziekuje!

...to teraz poprosze, zeby wszysycy podpisali dokumenty na poniedzialek rano i zeby caly projekt zamknal sie do przyszlej srody...

W zamian za to dam sie nacieszyc wrednej malpie-przyjaciolce i wloze wiedzmi kapelusz, ku radosci wczesniej wspomnianej, na kawe z owa – 24 kwietnia! :)


*****
e-mail -> Panna M do mnie:

I love you:)

Kosmos

xxx

...
i pomimo, ze zblizam sie do realizacji mojego celu, to czuje sie troche wrolowalna.. tylko nie wiem przez kogo.. bo najpierw K wymyslila motyw spania w wiedzmim kapeluszu w intencji wspierania kosmicznej mocy, potem wyklepalam ten smieszny pomysl M zalewajac sie lzami rozchichotanej radosci, a teraz nagle okazuje sie, ze bede w nim pila kawe z Panna M na miescie..
czuje sie troche tak, jakby to wiedzmi kapelusz przejal kontrole nad sytuacja..

ale wezme go na te kawe na miescie! obiecuje!
skoro tak bardzo chce pojsc na spacer - wyprowadze go, gdziekolwiek zechce!

Thursday, 8 April 2010

moja godzina

wrocilam dzis do domu wczesniej niz zwykle..

o zgrozo i gromy swiata we mnie, wyszlam dzis z pracy tylko 10 minut po 'standardowym' czasie + nie weszlam po drodze do Tesco na zakupy!!
Jakie lamanie zasad spolecznych! Ja - zdrajca systemu! Ja - buntownica!
Kobieta bohater! ;)

..dzieki tej zdradzie systemu zdazylam wejsc do mieszkania wciaz jeszcze zalanego swiatlem.. na poczatku zaniemowilam z wrazenia, a potem nagle uslyszalam swoj wlasny glos: kocham Cie, Domku..

bylo tak pieknie i cieplo i jasno, ze az chcialo sie zyc, ruszac, robic cos! Obudzila sie energia zupelnie inna niz ta, ktora czeka na mnie codziennie wieczorem, kedy wracam po wielu godzinach do ciemnego mieszkania. Obudzila sie energia poranka! ..bo przeciez swiatlo dzienne w domu oznacza poczek dnia roboczego!!!
co za glupie uwarunkowanie!? PRECZ!! ;)
cale szczescie, ze firme mi zamykaja na noc, bo bym chyba wypila kawe i popedalowala z powrotem, taka byla we mnie chec dzialania!

zniknelo zmeczenie. obudzila sie kreatywnosc! :)

wyciagnac plotna, farby i malowac!!! malowac fiu bzdziu i niebieskie migdaly.. a potem pisac, pisac i pisac. a potem pobiec tak daleko, zeby wybiegac cala reszte energii i wrocic juz gotowym na spokojny cichy sen..
:)

radosnie rozedrgana z kubkiem goracej herbaty usiadlam na chwile na parapecie mojego najpiekniejszego na swiecie wykuszowego okna, w moim pieknym jasnym mieszkaniu.. chwile potem zauwazylam, ze za oknem jest juz ciemno.
kubek pusty..

zniknelam godzine.


dlugo zastanawialam sie, gdzie bylam w tym czasie.. na co spozytkowalam te 60 minut? dokad sie wybralam myslami?
moze teleportowalam sie, zeby dokonczyc jakies wiecznie nie domkniete sprawy?
a moze tej godziny po prostu nie bylo?
moze ona sie w ogole nie stala?

to chyba zupelnie nie ma znaczenia..
wiem, ze bylo mi tam dobrze.


** na pamiatke po zniknionej godzinie zostal mi cichy usmiech i lupanie w plecach..
wyglada na to, ze mamy przeciag.. ale to tez nie ma znaczenia.

Monday, 5 April 2010

muzyka

czasami uskrzydla

czasami zapiera dech w piersi

wypelnia do dreszczy

i do bez-dechu...

tak, ze od-dychac juz sie nie chce..

d'n'b...



* * *

Monday, 29 March 2010

walka z wiatrakami

nasze mieszkanie z ogromnymi, pieknymi oknami na rzeke powoli zamienia sie w studio fotograficzne..
:)

kilka tygodni temu kupilam stojak do tla.. B, choc lojalnie uprzedzony, ze stojak jest ogromny, malo sie nie przewrocil na jego widok.. a stojak nie byl nawet rozlozony na cala dlugosc i wysokosc. w ciagu 24 godzin prawie wszyscy aktywni towarzysko (czytaj: telefonicznie) znajomi i rodzina, wiedzieli, ze urzadzilam w mieszkaniu boisko do rugby.. ;)

przez ostatnie 2 tygodnie na stojaku zawisly chyba wszelkie mozliwe przescieradla, obrusy i poszwy na koldry.. swietna zabawa, choc B patrzy na nia z lekkim niesmakiem.. niesmak troche uciszaja moje pelne spokojnej pewnosci siebie hasla, ze 'to przeciez swiezo wyprane' i ze 'oczywiscie, ze tak sie robi'!
;)

dzis mecze przemila Pania o imieniu Tami, zeby oprocz bycia mila zrobila cos konkretnego.. potrzebuje informacji, o ktorej godzinie jutro moja rolka tla fotograficznego dojedzie do mojego mieszkani. :) przemila Tami mowi, ze wszystko sprawdzi i w ciagu 10 minut do mnie oddzwoni.. po pol godzinie dzwonie, odbiera przemila kolezanka Tami, prosi o wszelkie mozliwe szczegoly sprawy, po czym przekazuje je Tami na glos, nie zakrywajac sluchawki dlonia.. Tami nie moze rozmawiac, jest na drugiej linii, ale powiedziala, ze wszystko jest zalatwione!
ale co jest zalatwione?!!!!! :o
ja pytalam tylko, o ktorej godzinie mam czekac w domu na dostawe??
Pani sprawdzi z Tami i oddzwoni..
o ktorej?
za 10 minut..

po kolejnej godzinie zadzwonilam i okazalo sie, ze sprawa zajmuje sie kolega Tami. powiedzial, ze dostawa bedzie jutro i postaraja sie, zeby byla po poludniu.. hmm.. wiec jeszcze nie jest powiedziane, ze bedzie po poludniu? a jesli po poludniu rolki nie dostarcza, to kiedy mam na nia czekac?
kolega Tami nie spytal.. oddzwoni..

poprosilam kolege Tami, zeby wzial dlugopis i zapisal wszystkie moje pytania: o ktorej dostawa? jesli nie dowiaza na czas (bede czekala pod drzwiami, jak pies), to kiedy? czy maja moj numer telefonu? jesli nie - zapisac! (juz mi sie zdazylo 2 dni za laptopem latac, be dostawca powiedzial, ze najpierw nie mogl znalezc adresu, a potem dzwonek nie dzialal i nie bylo nikogo w domu, podczas, gdy ja siedzialam w okreslonym czasie przy oknie wychodzacym na parking czytajac ksiazke (metr od drzwi wejsciowych - i zadnego dostawcy nie bylo!).. jakie sa inne opcje odbioru? gdzie ich najblizszy magazyn? (w najgorszym przypadku, bede z 3metrowej dlugosci rolka papieru zasuwala na wlasnych nogach..)

przemily kolega Tami zadzwonil ponownie po 40 minutach z glosem pelnym dumy i odpowiedziami na wszystkie pytania. sam z siebie zadeklarowal, ze zrozumial logike stojaca za moimi pytaniami (Dzieki! Wreszcie!!!) i ze to przyjemnosc pracowac z kims tak konkretnym. :)
dostawy nie da sie okreslic dokladniej - bedzie jutro po poludniu, ale ma dla mnie numer telefonu do magazynu, zebym miala jakikolwiek kontakt z przesylka. (BRAWO!!!!) :)

a jaki jest numer mojej przesylki? .. kolega Tami zapomnial zapisac, ale sprawdzi..

Friday, 26 March 2010

Retail Therapy..

wyglada na to, ze na mnie nie dziala..

po godzinie zakupow ubraniowych wrocilam do domu z 6 parami skarpetek, sztucznymi rzesami i zaawansowana depresja zakupowa..

przemilcze

Monday, 22 March 2010

daltonizm..

..chyba jest zakazny..

wyglada na to, ze ludzie w mojej pracy rowniez stali sie daltonistami..
lub nie dopili porannej kawy..

Saturday, 20 March 2010

w poszukiwaniu pozaziemskiej inteligencji..

wstalam dzis rano spuchnieta i z bolem glowy - bez konkretnej przyczyny.. ;)
o 10:10
po drugiej porannej kawie wysiorbanej przed komputerem postanowilam rozruszac i siebie i ten dzien - soboty tak maja, ze czlowiek lepiej sie czuje, kiedy cos w domu zrobi, wiec wlaczylam pranie, ktore lezalo w pralce od 3 dni, czekajac na litosc..

szukajac pomyslu, co by tu jeszcze zrobic, zeby podniesc poziom energii, zobaczylam w kacie na polce farbe do wlosow, ktora czekala na litosc znacznie dluzej niz pranie.. ;)
po pol godzinie relaksujacych zabiegow spedzilam 20 minut na szalenczym szorowaniu lazienki z tych przekletych czarnych plamek, ktore pojawiaja sie TYLKO na trudno zmywalnych powierzchniach! lustro i plytki na scianie - idealnie czyste, biale drewniane wykonczenie szafki + drzwi oddalone o metr od lustra - cale w czarnej farbie! to chyba jakas dodatkowa zasada przyciagania, ktorej nie uczyli nas w szkole na lekcjach fizyki: trudno zmywalne powierzchnie przyciagaja niezmywalny brud z sila wieksza niz te, ktore wystarczy przetrzec mokra scierka!

w trakcie zdzierania farby z polek i drzwi podgladalam w lustrze moje pieknie schnace nowe kasztanowe wlosy i stawalam sie coraz szczesliwsza i szczesliwsza.. kiedy moje szczescie weszlo w zenit i trysnelo milionami gwiazdek, jak to sie zdarza w bajkach Disney'a, obudzil sie... Marsjanin..
wciaz nieprzytomny, w polowie pierwszej kawy (ktora mu zaserwowalam osobiscie i z wielkim usmiechem), zaczal mi sie uwaznie przygladac.. ale nic nie powiedzial.

w koncu nie wytrzymalam i spytalam, co sie zmienilo. mysle, oni uwielbiaja te pytania.. ;)
po minucie ogladania mnie, jak konia na sprzedaz i zastanawiania sie prawie trafil! ;)
- Podcielas wlosy?
- nieeeeeeeee.............. zafarbowalam!!! teraz sa brazowe!
- przeciez byly brazowe... ? wygladaja jakby byly mokre.

No oczywiscie, ze byly brazowe, ale byly INNE brazowe!!! Inne i jasniejsze! I juz suche sa!

Coz..
Marsjanie sa daltonistami! Szczegolnie w sobote rano, przed dopiciem pierwszej kawy!


PS. Przd chwila Marsjanin powiedzial, ze moje wlosy juz wygladaja na suche.. no comment. ;)

Monday, 15 March 2010

Thursday, 11 March 2010

pamietac, zeby nie zapomniec!

kiedy lezalam w wannie zadzwonila M
z M zdarza nam sie rozmawiac w kazdym miejscu i sytuacji: w sklepie, w lazience, w kuchni, w parku, w pociagu.. tylko w godzinach pracy i w nocy jest gwarancja, ze damy sobie spokoj.. ;)

rozmowy podczas kapieli maja to do siebie, ze czlowiek moze sie totalnie oddac sluchaniu drugiej osoby, co przy gotowaniu czy sprzataniu bywa trudne. ich niebezpieczenstwo polega na tym, ze rozmowy w wannie koncza sie dopiero w momencie, kiedy rozowa, pomarszczona skora zaczyna juz odchodzic od kosci! ;)
czasami mi sie wydaje, ze taka skora juz do kosci nie przylgnie i ze trzeba ja bedzie uklepac i przybic tapicerskimi zszywkami z tego pneumatycznego pistoletu, ktory wzbudza we mnie groze.. kilka lat temu widzialam czlowieka, ktory niechcacy przybil sobie palec do boazerii i nie wygladal na szczesliwego, wiec.. hmm.. mam pewne obawy..

no ale! podczas rozmowy z M, nagle sobie przypomnialam, ze zupelnie zapomnialam wyslac Pejowi smsa potwierdzajacego sobotnia wizyte! zapomnaialm wczoraj! na smierc!
a moment pozniej przypomnialam sobie o jeszcze 4 rzeczach, o ktorych zapomnialam w tym tygodniu! 3 z nich mam zapisane w kalendarzu! 1 byla nawet podkreslona, ale dzis podczas lunchu namalowalam na niej drzewo (!!!???)

i choc gleboko wierze, ze o tyle jestesmy szczegolni, o ile kazdy inny, to czasami mam wrazenie, ze jednak MNIE natura troche INACZEJ obdazyla.. hojnie, nie ukrywam.. tyle, ze w niestandardowych obszarach.. i to nie zawsze ulatwia zycie..

jako, ze 4 zapomniane rzeczy musza byc zrobione w ciagu dnia, przepisalam je na jutrzejsza kartke mojego niezawodnego kalendarza, podkreslilam dlugopisem, zakreslilam zoltym flamastrem i otoczylam chmurka!
12 marca obowiazuje oficjalny zakaz malowania drzew!

Tuesday, 9 March 2010

studium na temat mentalnosci narodow tudziez refleksja nas sztuka 'sprzedazy'....

Diabel zawolal na skraj przepasci Anglika, Francuza, Niemca i Polaka. Podchodzi do Anglika io mów:
- Skacz w przapasc!
- Nie skocze.
- Gentleman by skoczyl.
Anglik skoczyl. Podchodzi Diabel do Francuza i rozkazuje:
- Skacz.
- Nie skocze.
- Gentleman by skoczyl.
- Nie skocze i juz.
- Ale przeciez teraz to jest modne!?
Francuz skoczyl. Diabel podchodzi do Niemca:
- Skacz!
- Nie skocze.
- Gentleman by skoczyl.
- Nie skocze i juz.
- Ale teraz to jest modne!
- Nie skocze powiedzialem.
- To rozkaz!
I Niemiec skoczyl. Diabel podchodzi do Polaka:
- Skacz.
- Nie skocze.
- Gentleman by skoczyl.
- Nie skocze i juz.
- Ale teraz to jest modne!
- Nie skocze powiedzialem.
- To rozkaz!
- Mam gdzies Twoje rozkazy!
- Aaaaa to nie skacz!
Polak zastanowil sie chwile... i skoczyl.....

Monday, 8 March 2010

szara owieczka - czyli filozofowanie..

kilka dni temu stalam w autobusie obok Bardzo Powaznego Czlowieka! Bardzo Powazny (wlasciwie chyba bardzo skupiony, a nie bardzo powazny..) Czlowiek obserwowal wilgotny swiat za oknem z kreska zaciekawienia pomiedzy uniesionymi brwiami.. stonowana szarosc spodni i kurtki, szara czapka pilotka, czarny sportowy plecak.. zadbana, elegancka kobieta na siedzeniu obok, delikatnie podtrzymujaca jego lokiec..
wygladal na kogos z domu gdzie sa i ksiazki i pieniadze.. i gdzie do glebi szanuje sie czlowieka..

mial moze z metr wzrostu, a w dloniach okrytych szarymi rekawiczkami w pajaki kurczowo trzymal szara usmiechnieta od ucha do ucha owieczke.. owieczke w kolorze nieba za zaparowanym oknem..
i tak sie zastanawialam przez cala wspolna droge i zastanawiam sie wciaz jeszcze: kim bedzie Chlopiec z Owieczka? czy bedzie managerem banku, czy dyrektorem finansowym jakiejs miedzynarodowej korporacji?
a moze po studiach rzuci swiat szarych uniformow i szarego nieba i wyjedzie na misje do Afryki?
(tysiace scenariuszy sprowokowanych jedna tak dorosle skupiona buzia..)

a moze wlasnie na odwrot - moze chlopiec tak pokocha swiat dyskusji i ksiazek, ze zostanie wykladowca literatury staroangielskiej na Oxfordzie..?

**
..i czy za te 15 lat, kiedy juz ukonczy swoje renomowane studia i zabierze sie za doktorat, bedzie pamietal usmiechnieta szara owieczke..?

bo rekawiczek w pajaki nie bedzie pamietal

tak mysle

Saturday, 6 March 2010

tryb kreatywny

jestem w trybie kreatywnym. tak sie dzis obudzilam - z bolem glowy i tym cudownym szumem dziwnej energii wewnatrz, ktory sprawia, ze masz tylko 2 opcje: wybuchnac lub cos stworzyc..


Bibsztyl przysypia na sofie sluchajac audycji radiowej na temat globalnego ocieplenia (wlasnie mowia o wulkanach - tak a propos wybuchow.. ;) ), a ja wywoluje w komputerze zdjecia.. przechodze ponownie przez cieple spacery z Madzia, celebruje Piesn nad Piesniami recytowana po slowacku przez Mame Panny Mlodej na ostatnim slubie - piekna i rozbrajajaca, jak we wszystkich chyba jezykach swiata.. ogladam ponownie magicznie czerwony wschod slonca z minionego poniedzialku.

i spisuje wszystkie szalone i nie szalone pomysly, ktore wpadaja mi do glowy wywolujac jeszcze wieksze podniecenie. te pomysly, ktore nie zapisane uciekaja gdzies w przestrzen i nie wracaja juz nigdy, zostawiajac po sobie cichy cien niepokoju, ze wlasnie cos waznego znikelo na zawsze..


moze to po prostu za duzo kawy od rana..?
a moze to wlasnie TEN moment, w ktorym mogloby powstac kolejne dzielo Moneta lub Dostojewskiego..?

Monday, 1 March 2010

chomikiem byc...

dzisiaj rano po raz pierwszy w tym roku ogladalam wschod Slonca..
wstalo slicznie i zolciutko, na poczatku niesmialym rabkiem, jeszcze troche zaspane.. a pozniej cala okragla usmiechnieta buzia! pieknie wstalo! przepieknie! i po raz pierwszy dostatecznie wczesnie, zebym sie mogla z nim chwile porozmawiac! :)
przygladalam sie temu cudowi natury nad kubkiem zielonej herbaty (cala kawe wypilismy przez weekend, wiec dzien zaczelam zdrowiej niz zwykle), az do momentu, kiedy bylo jakies 2 centymetry nad budynkiem po drugiej stronie rzeki.
wciaz pograzona w szczesliwym transie spojrzalam na zegarek, automatycznie dopakowalam moja pomaranczowa kurtke deszczowa do plecaka, wskoczylam na rower i po kilkunastu szybkich obrotach pedalow poczulam sie jak chomik wrzucony w oszalale kolko.. chomik, ktory biegnie, jakby go ktos gonil, jakby od tego mialo zalezec jego zycie.. a biegnie zupelnie donikad wirujac w powietrzu wokol niezaleznej od niego osi... 
chomik bardzo nieszczesliwy.. :(

wschod slonca! radosc! cieplo! zycie! :)

STOP!

pobudka, rower, praca, jedzenie, zmywanie, prysznic, sen, pobudka, rower, praca.. :(

zlamanie tego stanu zabralo kilka godzin mojej ciezkiej walki ze soba o nie-myslenie + kilka rozmow ukradzionych z czasu Panny M i BB na przerwie..

i dzisiaj jeszcze wciaz jestem chomikiem.. ale odkad pomyslalam, ze trasa w moim oblednym kolku dokads prowadzi, to troche mniej nieszczesliwym.. ;)
bo jednak ISTNIEJE sens tej drogi.
moje kolo toczy sie po sciezce, ku okreslonemu celowi.. i jest coraz blizej..

a teraz za oknem wisi na niewidzialnym sznurku ogromny, okragly Ksiezyc..

Panno M, BB.. dziekuje! :)

Sunday, 28 February 2010

marzec - znowu rozowy..

..bede dokumentowac moje kolejne kroki blogowe i zapisywac zmiany, ktore przeszlam..

ma dla mnie znaczenie to, jak sie czuje w moim otoczeniu.. nawet w tym pisanym.. granatowe bylo zbyt ciemne.. czas na probe rozowa.. mam nadzieje, ze z czasem tez znajde jakis wzor bloga, ktory mi bedzie bardziej odpowiadal.. na razie niech bedzie ten, byle juz nie taki ciemny.
zgodnie z zasada, ze zmiany srodowiskowe wywoluja zmiany na poziomach glebszych, czekam na inne zmiany w moim zyciu.. ;)

moze tym razem, dla odmiany, dotrzymam moich postanowien? ;)

praktycznie by bylo udowodnic sobie, ze dla osiagniecia czegos wystarczy po prostu zmienic kolor podkladki pod mysza! ;)

zacznynam marzec w weselszym kolorze!

Thursday, 25 February 2010

czarna dziura..

dzis o 9tej rano nagle zaczelo mi sie robic goraco.. goraco, gesto, ciezko i wolno.. jakby bezsila i ciezka zawiesista temperatura kondensowaly sie we mnie.. nie wiem dlaczego, ale moim pierwszym skojarzeniem bylo: stan przedzawalowy! ;)
jakos tak mi sie nalozylo to, co czulam na to, co opowiadali znajomi pozawalowcy.

stan zawalowy od razu sobie z usmiechem politowania wybilam z glowy - nie bylo zadnego uciku/bolu w klatce piersiowej, po prostu czulam ogarniajace mnie wewnatrz ubezsilniajace goraco.. mialam wrazenie, ze wszystko we mnie sie tak koncentruje, ze za chwile wybuchne - a w zasadzie wbuchne, bo raczej o IM-plozji mogla byc tu mowa.. ..imploduje i wchlone caly swiat dookola mnie! trudno okreslic sile takiego wbuchu (szczegolnie, jesli sie nie ma we wbuchaniu doswiadczenia), ale na pewno zniknelo by we mnie na zawsze kilka najblizszych biurek wraz z czerwonymi krzeslami na kolkach i komputerami pelnymi maili specjalistow od wszelkich niszowych i nie-niszowych dziedzin oraz po cichu dzielonych z przyjaciolmi watpliwosci pracownika szarego, biurowego.. moze na zawsze zniknelo by ze swiata kilka problemow egzystencjalnych, ktore wraz z przelotna sennoscia dopadaja uwiezione w biurach dusze po przerwie lunchowej..? i na pewno zinknelaby Audrey, ktora jest malutka i chyba nawet lzejsza od wlasnego komputera! Audrey by bylo szkoda..

tak chyba czuje sie w srodku kosmiczna czarna dziura. goraca, bezsilna i gesta az do wbuchu!
czy czarna dziura jest pazernym okrutnym zarlokiem, czy bezsilna przestraszona forma pelna pochlonietych mebli i galatktyk.. oraz wyrzutow sumienia..?

mniej wiecej po godzinie zaczelam stygnac.. po dwoch wrocilam do stanu normalnego.
udalo mi sie nie wbuchnac!
to przeciez sukces!

..a BB powiedzial, ze wlasnie ocalilam swiat! :D

Monday, 15 February 2010

rozowy, jak przerazliwa pila..

zmienilam dzis wzor i kolor bloga chyba ze 150 razy.. byl za waski, za blady, za tawiasty, za szaletowy.. w koncu stanelo na rozowym - moja Mama zazgrzyta zebami, jak to zobaczy, ale wydawal mi sie najmniej inwazyjny..
to jak z perfumami.. po powachaniu 20stu rodzajow wszystkie smierdza prawie identycznie. ;)

to dziwne, ze biel kartki z zeszytu nigdy nie meczy..

no dobra.. juz nie jest rozowy. wlasnie zmienilam na granat.. moze i to nie moj ulubiony kolor, ale zdecydowanie mu blizej do nieba..

a ja chcialabym miec bloga w nocne niebo pelne gwiazd.. :)
w tak piekne i magiczne, jak tylko nad Puszcza w czerwcu bywa..

Sunday, 14 February 2010

niepokojace skrzypienie...

hmm.. wczoraj wieczorem, przebierajac sie do snu, uslyszalam dziwne skrzypienie.. po prawej stronie, jakby troche z dolu dochodzilo.. spod ramienia.
nie bylo tam ani krzesla, ani niczego, co by moglo skrzypiec, wiec zasmialam sie (hi hi.. chyba sie starzeje! ;) ) i zaraz o wszystkim zapomnialam.

olsnienie nastapilo niespodzianie w godzinach przedpoludniowych, w pracowej toalecie. po wymyciu rak siegnelam w lewo po papierowy recznik (jakie to nieekologiczne! juz kilka razy sie zastanawialam, czy nie przyniesc swojego materialowego reczniczka do pracy!) i nagle, bezlitosnie cos do mnie dotarlo!! zrozumialam, co skrzypi!!!!!
otoz skrzypia mi oba druty w moim ulubionym staniku!
a w zwiazku z tym, ze oficjalna nazwa stanika brzmi: biustonosz (!!!) skrzypienie staje sie obsesyjnie niepokojace!
no bo dlaczego druty zaczely skrzypiec?
- albo sa stare (najnowsze nie sa, ale i nie w takim wieku, zeby skrzypiec - to nie zawias od stuletniej skrzyni na posciel !!)
- albo cos innego sie zmienilo.. hmm.. i tu wolalabym nie wchodzic w szczegoly, ale ja naprawde mam czym oddychac, wiec przyrost mi nie sprawia radosci i powodu do dumy.. ja to bym sie nawet mogla ciut skurczyc! ;)

od momentu zyskania swiadomosci, ze skrzypi moj wlasny biustonosz, ktory (O Zgrozo!) mam wlasnie na sobie, zrobilam sie podejrzliwa.. reke dam sobie uciac, ze co najmniej 2-3 osoby mogly slyszec.. ok. 15stej, dla wlasnego zdrowia psychicznego, skrzypienie olalam..

a jak sie juz przyzwyczaje, bede tego skrzypienia
spiewac piosenki!! ;)


( hmm.. mam bzdurna i plonna nadzieje, ze faceci nie czytaja blogow.. a przynajmniej nie Ci, ktorych ja znam.. to by znacznie ograniczylo liczbe interesujacych tematow.. ;) )

Friday, 12 February 2010

chyba stalo sie..

OK.. wyglada na to, ze zalozylam bloga.. :)

po zmolestowaniu biednej Oli stekiem pytan o to jak, gdzie i dlaczego tam a nie gdzie indziej, po poinformowaniu jej, ze mam problemy z podejmowaniem decyzji i smierdze czosnkiem, jak stary dziad, odkrylam, ze moge prowadzic bloga na hotmailu na ktorym mam swoja sliczna skrzynke pelna listow od dobrych ludzi! :D

teraz klikne brzmiaco prawie, ze prasowo: publish entry i .. i zobacze, czy mozna wpisy modyfikowac lub usuwac! ups! ;)

to bylam ja - Jarzabek. wejscie numer 1

:)