Thursday, 28 July 2011

magia w ramach wmurowywania

W ramach wmurowywania biegania w moje życie codzienne postanowiłam, że od czasu do czasy będę biegała z i do pracy.

Wczoraj rano pojechałam do pracy, jak zwykle, rowerem, tyle, że z wielkim plecakiem, w którym przywiozłam ciuchy na 2 dni i biegowe buty..
Po pracy przebrałam się w moje biegowe ubranka, pogłaskałam rower po siodełku i po pysku i poteptałam do domu.. nie najkrótsza droga, ponieważ 1. byłam pewna, że zarżnę się ta trasa totalnie i na drugi dzień rano  nie dam rady biec, więc wolałam wycisnąć z siebie trochę więcej wysiłku na wypadek, gdyby to miał być ostatni w tym tygodniu.. 2. Droga była ładniejsza.. ;)
biegłam pomiędzy ceglanymi budynkami z XIX I XX wieku, z wystającymi gdzieniegdzie ‘dźwigami – kranami ‘ którymi spuszczało się do piwnicy beczki wypełnione angielskim ale lub tez – na piętro, belki materiałów i inne dobra sprowadzane z całego skolonizowanego świata do portowego Londynu..  biegłam wąskimi, brukowymi uliczkami, mostkami przerzuconymi przez kanałki wypełniające się woda 2 razy dziennie, podczas przypływów..
Biegłam nad Tamizą.. patrzyłam na błyskające na wodzie promienie słoneczne, na statki i lódki kursujące po rzece i myślałam o tym, jak bardzo uprzywilejowana jestem, że mogłam po prostu podjąć decyzję i przeprowadzić się do innego kraju, miasta.. i to do tak pięknego. :)

Nie biegło mi się lekko, ale dałam radę.. jak na kilka miesięcy bez biegania (i kilka dodatkowych kilogramów.. khy khy!) było naprawdę nieźle!

Dziś wstałam odpowiednio wcześniej, żeby pobiec do pracy.. Czułam się dobrze, więc pobiegłam, tyle, że krótsza droga. Dobiegając do wyjścia z parku (przyjemny skrót w trasie) zorientowałam się, że ono jest wciąż zamknięte!! Zwolniłam mój ślimaczy krok i pomyślałam: no nie.. niech mi ktoś otworzy.. proszę.. :)
I dokładnie w tamtym momencie podjechał parkowy samochodzik i wysiadł z niego człowiek z pękiem kluczy! Zaczął grzebać w kłódce dokładnie w chwili kiedy dobiegałam do drzwi! Powiedziałam mu: Dziękuję! Just on time!
Roześmiał się wesoło.

Później, w okolicach London Bridge zdecydowałam, że nie chcę dłużej biec przy ulicy i wolę trochę nadłożyć drogi dla świeżego powietrza.. Brukowanymi zakamarkami pobiegłam w stronę Tamizy. Ludzie nie wydawali się jeszcze spieszyć.. Chyba zbyt wcześnie było, jak na zabiegany biurowy tłum.. Na rogu jednej z uliczek stał człowiek sprzedający ‘Issue’, magazyn, który pomaga ludziom bezdomnym/bezrobotnym wrócić do aktywnego życia zawodowego – za sprzedawanie ‘Issue’ dostają prowizję od obrotu, szkolenia i potwierdzone doświadczenie zawodowe.. drobne pieniądze i pierwszy krok ku powrotowi do świata pracy często działają jak trampolina dla ludzi, którzy stracili i szansę i nadzieję.. Człowiek już z daleka uśmiechał się do mnie. Mijałam go idąc i wyrównując postrzępiony oddech.. Spytał skąd biegnę, ile mi to czasu zajęło i jak daleko mam jeszcze do końca trasy. Na pożegnanie po minutowej rozmowie zostałam wyściskana! Facet mnie po prostu objął, pocałował w policzek i powiedział, że żałuje, że nie ma wody bo dalby mi się napić.. Podziękowałam mu i pożegnałam się ‘do przyszłego tygodnia’. :) nawet przez głowę mi nie przeszło czy to 'odpowiednie' i czy aby higieniczne.. ;)

Jestem absolutnie zachwycona! Mało, że osiągnęłam swój cel i pokonałam swoją nierozćwiczoną fizyczność, to jeszcze tyle cieplej magii dostałam w prezencie.. Chuffed!

* * *
Myślałam, że ‘umrę’ wczoraj po dobiegnięciu do domu.. Nie umarłam.
Myślałam, że po bieganiu rano cały dzień będę zmęczona. Nie jestem.

Wiem, że limity mojego ciała i życia istnieją..

Ale dziś czuję, że one są dużo dalej niż mi się to na zazwyczaj wydaje..

Wednesday, 27 July 2011

wielki come back i myśli niespokojne

choć bez fajerwerków, bo ja już sobie pod kątem wytrwałości nie do końca tu ufam.. na razie pełna euforii i podekscytowana.. znowu biegam..  i dużo myślę przy bieganiu.. jeszcze nie jestem w stanie zupełnie się wyłączyć, jeszcze wciąż w tle rytmu kroków słyszę sapanie, ale czuje, jak powoli oczyszcza mi się dusza, a myśli staja się klarowne.. (choć takie stwierdzenia zadziwiająco często okazują się pułapką.. ;) )



biegam i tak się nad czymś zastanawiam, ale to opowiem jutro, bo mi się myśli o Somalii, Amy Winehouse i dylemat 'szkiełko czy oko' w głowie mieszają..

Tuesday, 19 July 2011

Żółty, jak Słońce

był już 'różowy, jak przeraźliwa piła' – kiedyś zobaczyliśmy z BB to hasło na jakiejś reklamie.. chyba drukarek kodaka? - i bardzo nam obojgu utkwiło w pamięci.. esencja abstrakcji! powiedzcie kiedyś do BB: 'różowy jak...?' założę się o czekoladę mleczna Cadbury (tą z całymi orzechami laskowymi!), że BB dokończy: 'jak przeraźliwa piła'.. :D
próbowałam znaleźć jakikolwiek odnośnik w sieci, ale jedyna strona, która wyskakuje po wpisaniu tego cytatu to... mój blog! ;) hi hi..
no właśnie, ale różowy się sprał.. z początkowej przeraźliwej ekscytacji różowymi paskami zostało we mnie wrażenie jednej z wielu spranych halek babci suszących się na sznurku między domem a parnikiem..
a ze lato w Londynie w tym roku wygląda, jak wygląda...

 << zdjęcia zrobione komórką i nie obrobione.. specjalnie, żeby pokazać Łasiczce za czym ona tęskni narzekając za oceanem na australijską zimę.. wysłałam jej te zdjęcia, wraz z prognozą pogody na najbliższy tydzień, żeby popatrzyła sobie na nasze europejskie lato.. odpisała, ze mnie kocha. ;)...>>



...to chyba czas na ożywcze zmiany..
może: żółty jak słońce? tak.. będzie żółty..

czuję potrzebę przemalowania świata!

a w żółtym wszystkim będzie cieplej i weselej..

Monday, 18 July 2011

praktyczne rady – sok z cytryny

któregoś tam dnia podekscytowany Julek powiedział mi, że odkrył najlepszy na świecie naturalny kosmetyk do mycia twarzy, czyli..... na początku postukałam się w głowę. mocno.
po kilku powtórzeniach historii i zapewnieniach, że nic mi się złego nie stanie spróbowałam na sobie.. działa rewelacyjnie!

otóż Julek przeczytał w sieci, że dłonie i twarz można myć świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny!!! i ponoć poprawia to cerę, odkaża i nawilża.
z autopsji powiem, że procedura wygląda następująco: najpierw trzeba umyć twarz, żeby była bez makijażu, potem wycisnąć trochę soku z cytryny na dłonie i je umyć - szczypie, jak cholera (!), potem wycisnąć go jeszcze więcej i posmarować nim twarz omijając okolice oczu – i dopiero teraz się zaczyna prawdziwe szczypanie!
trzeba być przygotowanym na rozpaczliwe wachlowanie twarzy rękoma i kilka rundek dookoła mieszkania do momentu, kiedy sok wyschnie. po wyschnięciu szczypanie się kończy, nie spłukujemy twarzy, tylko idziemy tak spać. na drugi dzień rano myjemy buzię, kto sobie czym rzewnie życzy.

Rzecz polega na tym, że cytryna ma wysokie właściwości dezynfekujące oraz:
- zatrzymuje krwawienie ran (pewnie dobrze ściąga)
- rozjaśnia przebarwienia na skórze (choć piegów mi nie ruszyło..)

- redukuje trądzik, ilość pryszczy i wągrów (fuj!)

- można nią wywabiać plamy na ubraniach
- można nią umyć mikrofalówkę – 4 łyżeczki soku z cytryny wlewamy do szklanki wody i gotujemy w mikrofalówce przez 5 minut.. potem przecieramy wilgotne ścianki mikrofalówki ściereczką..
- można się przy jego pomocy pozbyć łupieżu – sok trzeba wmasować w skórę głowy na pól godziny przed myciem włosów, potem 2-3 łyżki soku zmieszać z kubkiem wody i po umyciu włosów użyć tego rozcieńczonego soku do ostatniego płukania.. (nie sprawdziłam tego na sobie i nie biorę odpowiedzialności za żadne skutki uboczne w stylu – łupież zniknął, ale jestem blondynką!) ;P

...to wszystko przeczytałam na rożnych stronach w internecie.
przykładów, co można robić z sokiem z cytryny jest mnóstwo – stosuje się go w dietach odchudzających, oczyszczających, do usuwania osadów z metali.. przeczytałam też kilka razy, że wysusza skórę i że trzeba ja po użyciu soku z cytryny dobrze nawilżyć, ale wydaje mi się, że chodzi tu o przypadki miejscowego nacierania przebarwionej skóry wacikiem.. bo moja, po pełnym 'myciu' zupełnie nie potrzebuje nawilżenia..
i choć mało jest wokół mnie dostatecznie odważnych, żeby spróbować przemyć buzie cytryną, to ja na 100% potwierdzam, że moja cera się naprawdę od tego poprawiła! :)


taka kosmetyka naturalna..


PS. przypomniał mi się musical z Funny Girl z 1968, z Barbarą Streisand i Omarem Sharifem, który oglądałam jeszcze w dzieciństwie.. w jednej ze scen Barbara/Fanny rozmawia w garderobie ze swoim mężem, bo zauważa, że on kocha inna kobietę.. (według Wikipedii to mi się nieźle pochrzaniło przez te lata, ale trudno – opowiem, jak pamiętam! Tak jest szlachetniej zresztą! ;) mąż jest lojalny, więc odrzuca własną miłość, żeby być uczciwym w stosunku do Fanny.. Fanny, zamiast zrobić mu scenę zazdrości, w zasadzie odpycha go od siebie, chcąc, żeby on jednak wybrał swoje szczęście.. i właśnie podczas tej wyciskającej łzy z oczu sceny, Barbara Streisand / Fanny, smarowała łokcie sokiem z cytryny! :D
jak to się czasami pamięta zaskakujące i niezrozumiale rzeczy..? ;)

Wednesday, 13 July 2011

cudowne odchudzanie

Otworzyłam dziś pocztę na interii i po raz kolejny zauważyłam reklamę, która natrętnie wyskakuje w miejscu treści maila, do momentu, kiedy się jakiegoś maila nie otworzy.. baner był podzielony na 2 części.
Po prawej stronie banera zdjęcie smutnej pulchnej dziewczyny w bieliźnie, a obok niego zdjęcie tej samej dziewczyny, z promieniującym uśmiechem, profesjonalnym makijażem, w ‘tej samej’ bieliźnie.. tyle, że sporo odchudzonej komentarz – „jak schudłam 18 kilko w X tygodni”
Po lewej stronie banera druga część reklamy: „Rewolucja w odchudzaniu, czy kłamstwo z USA?”

Po odświeżeniu poczty zdjęcie kobiety przy kości z podpisem: „Czy ona może schudnąć?”

No i nic dziwnego, ze mamy coraz więcej zaburzeń żywienia! Każdy porównuje się do zdjęć tych puszystych modelek („ja tez mam fałdkę..” albo „no aż tak to ja nie wyglądam!” i podprogowo dobiera przekaz, że jeśli wygląda podobnie, to musi coś z tym zrobić!
A może tak zamiast robić użytkownikom poczty (wierzę, że tak jest w każdej, nie tylko na interii) chore pranie mózgów i wciskać potrzebę odchudzania, a potem tabletki i metody którymi można osiągnąć figurę zbliżoną do szczypioru, wrzucić w to miejsce reklamę zdrowego odżywiania i aktywnego spędzania czasu z rodzina..? I takim zdrowo odzywającym się i szczęśliwym ludziom zostawić kwestię wagi i akceptowalności kształtów do ich wlanej oceny?
A może.. tu chyba idę za daleko.. ;)
Może by wrzucić reklamę dobrych książek???? Masowa reklama czytania literatury pięknej i dokształcania się.. Benefity takiej reklamy odczułoby całe społeczeństwo, ekonomia, rząd, a nie tylko amerykańska firma sprzedająca sen o szczęściu, które przyjdzie do nas samo, kiedy tylko zrzucimy zbędne kilogramy..

Książki poproszę, droga interio! Książki!

Monday, 11 July 2011

bełkot o długiej drodze powrotnej, lotniskowych decyzjach alkoholowych, wspólnym puszczańskim śnie i zamordowanych kwiatkach

z Puszczy wróciliśmy wczoraj. Mama odwiozła nas na obłędnie rozgrzany pociąg z Białegostoku do Warszawy, potem autobusem dojechaliśmy na nasze rozbudowane, piękne Okęcie, Bibsztyl zjadł skandalicznie drogiego zraza z ryżem i sałatką (mówi, ze był wyśmienity, ale jak miałby nie być za tyle pieniędzy! lotniskowe ceny mnie generalnie denerwują, ale najbardziej denerwuje płacenie 25 złotych za kufel piwa! ;) bo o ile zraza niechętnie, to akurat nic bym nie miała przeciwko zrelaksowaniu się po wielogodzinnej drodze na lotnisko zimnym bursztynowym napojem.. i wczoraj też z przyjemnością posmakowałabym chmielowej goryczy, gdyby nie świadomość zapłacenia za nią 3 razy więcej niż w eleganckim pubie na starówce.. ;) cena polsko-lotniskowa wybija przyjemność z moich kubków smakowych i zazwyczaj zamiast na piwo idę do księgarni, w której już za trochę więcej można dostać przyjemność dużo dłuższą, a jak się dobrze wybierze, to nawet wielokrotną! ;) ),.. głodna nie byłam, a zamiast inwestycji w wyżej wymieniony napój 'chłodzący' wybrałam się do księgarni i kupiłam magiczną powieść (ale o tym kiedy indziej, bo to inspirująca historia), potem wsiedliśmy do samolotu i fruuuuuuuu na Luton.. autokar, metro, autobus i spacer. ufff..
po dotarciu na miejsce Bibsztyl zamówił swojego niedzielnego kebaba, którego przywiózł ten sam, co zwykle dostawca i bezstresowo machnął ręką na brakujące 10p.. „następnym razem!”. zasnęliśmy słuchając wykładu na temat nowo odkrywanych planet.. i choć ten wieczór był tak bardzo nasz, niedzielny i londyński, to i tak śniło mi się Niebo nad Puszcza. jedyne takie na świecie. Niebo z milionami kropek gwiazd, przesiąknięte wilgotnym zapachem kwiatu lipy, łąk pełnych przypuszczańskich ziół, wypełnione po brzegi rechotem żab. Niebo za którym tęsknię i ja i BB i pewnie jeszcze wiele osób, którym dane było go doświadczyć.
..Bibsztyl, który rzadko pamięta swoje sny, też rano powiedział, że śnił puszczańską noc. ciemną, jak smoła, pełną pohukiwań, wyć, skrzeków i szelestów.. noc z Niebem pełnym gwiazd i nieodkrytych planet.
..i zastanawiam się, czy to zbieg okoliczności był, ze śniliśmy to samo miejsce, prosta zasada psychologiczna, czy magia jakaś, skoro zew Puszczy nas oboje w tym samym czasie opętał..?

piękny sen to był.. jak z baśni o poszukiwaniu kwiatu paproci..


PS. A Julek umarł mi 2 kolejne roślinki! moja piękna, kwitnąca dalia i bluszcz suche na wiór, szczypior urósł.. co prawda ja Julkowi też raz przesuszyłam kwiatki, ale je odratowałam przed jego powrotem, więc francuskie sery mi się należały w prezencie, ale właśnie się zastanawiam, że Krupnika przywiezionego z Polski w podziękowaniu za dbanie o kwiatki chyba mu nie powinnam oddać.. no bo i za co tu dziękować..? a Krupnik w domu się przyda..

Saturday, 2 July 2011

różowy flaming i piękne kaczątka

Nie jestem typem restauracjowicza. Jedzenie nie jest dla mnie rytuałem i nie bawią mnie posiadówki ze znajomymi w restauracjach. Nie bawią mnie też firmowe wyjścia do restauracji. Kilka godzin siedzenia, żeby się napić i zjeść posiłek..? I to w dodatku z ludźmi, z którymi pracuję, a nie z tymi, z którymi bym ewentualnie chciała..?
Jednak na dzisiejsze wyjście czekałam prawie z zapartym tchem. Kolacje z okazji zakończenia kwartału zaplanowano nam w Kensington Roof Gardens. Zaintrygowana nazwa zajrzałam na google'a i okazało się, ze faktycznie są to ogrody na dachu – największe w Europie! 600M kwadratowych trawy, drzew, kwiatów, strumyków i stawów.. a ponad to rezydująca tam rodzina flamingów i 2 rodziny kaczek! Po przeczytaniu tej informacji zaczęłam liczyć dni do końca kwartału. Na dwa dni przed impreza dowiedziałam się, że flamingi jednak nie mieszkają tam na stale, ale na kaczki na pewno można liczyć.
Dziś dotarliśmy taksówka do budynku i winda wjechaliśmy na dach. Zamiast czekać na kelnera wszyscy ruszyliśmy w stronę ogrodu i rzeczywiście.. zielona trawka, krzewy, drzewa, pięknie wymodelowany żywopłot, strumyk – aż się nie chce wierzyć, że to wszystko faktycznie jest NA DACHU budynku.. rozejrzałam się naprawdę zauroczona, odwróciłam w stronę strumyka i zaniemówiłam z radości. Środkiem strumyka płynęła kaczka z ośmioma żółto-brązowo-szarymi miniaturowymi kaczątkami!!! Kaczątka wyglądały dużo bardziej kaczo-dziecinnie niż większość z tych, które widziałam do tej pory! Były śliczne i pływały w strumyku NA DACHU budynku!!
Pokazałam kaczątka kolegom z pracy. :)
Wyciągnęłam telefon, żeby zrobić kaczuszkom zdjęcie, ale zamiast włączyć aparat stanęłam jak wryta. Dwa metry za znikającymi za zakrętem kaczkami kroczył na patykowatych nogach dumny różowy flaming. Choć na pierwszy rzut oka wyglądał jak połamaniec, szedł spokojnie i pewnie, zginając długa różową szyje i brodząc śmiesznym dziobem w wodzie.. Najpierw mnie zamurowało, potem zaczęłam cicho piszczeć, powiedziałam do flaminga: Dzień dobry... To ja.. Aga..
Flaming nie odpowiedział choć zatrzymał się na chwile i na mnie spojrzał..
Z wrażenia, zamiast zrobić mu (telefonem, czy też aparatem, który specjalnie po to targałam przy sobie cały dzień) zdjęcie, zaczęłam dzwonić do Bibsztyla. Chciałam mu szybko powiedzieć, że są tu malutkie kaczki i flaming i w ogóle!!!
Bibsztyl nie odebrał telefonu, więc postałam chwile patrząc jak flaming znika za zakrętem, za którym wcześniej zniknęły kaczki..
I tak jakoś podniośle się czuję dzisiaj, jakby wydarzyło się coś naprawdę ważnego.. Pierwszy flaming w życiu, osiem kaczątek, kolacja z grilla w największym ogrodzie na dachu w Europie...?
I zastanawiam się, gdzie te wszystkie ptaki tam śpią, bo nie widziałam żadnych budek, ani zagrody.. I czy flaming żyjący w naszej strefie i odżywiający się planktonem z europejskiego strumyka może być zdrowy i nie stracić koloru?

Ten ogród na dachu, w centrum jednego z największych miast świata, zrobił na mnie wrażenie..
I nie mam nic przeciwko takim wyjściom firmowym.. ;)