..oglądam i popłakuję.. czy ktoś oprócz mnie beczy patrząc na ludzi z problemami z kontrolowaniem jedzenia..?? takie to znajome i takie bliskie.. prawda? miesiąc zdrowej i rozsądnej diety, a potem 2 tabliczki czekolady naraz.. chyba nie tylko ja tak mam???
a z drugiej strony patrząc.. jeśli by któraś z moich obecnych przyjaciółek zaczęła mi się identyfikować z zaburzeniami żywieniowymi, kiedy ja wiem (!?), że jednak wchodzi w gre folgowanie sobie, a nie zaburzenia (dokładnie to, co mysle o sobie jednak.. ;) ).. to bym jej chyba pojechała cytatem z pierwszych zajęć psychologii w moim życiu.. Doktor (to doktor chyba był, a nie profesor) powiedział: jeśli Państwo lubicie być chorzy i się nad sobą poużalać, to polecam uważne studiowanie objawów zaburzeń psychicznych z podręczników psychologii.. a jeśli ktoś z Państwa jest wiecznie chory i nieszczęśliwy, to rekomendowałbym jednak od razu uderzyć w podręczniki psychiatrii.. założę się, ze macie Państwo 90% objawów wszystkich co bardziej atrakcyjnych zaburzeń.. ;P
no to sobie oglądam i pochlipuje od czasu do czasu..
jakby koś miał ochotę, to archiwum odcinków jest na channel 4 on line..
trudno mi napisac o czym jest moj blog.. to przygody, wieksze i mniejsze, smieszne lub filozoficzne, ktore przezywam kazdego dnia w pracy, domu, sklepie, jezdzac na rowerze, biegajac, czy tez robiac zdjecia.. to przyjaciele, znajomi i rodzina.. pasje badz ich brak.. zbior mysli uczesanych i gladkich oraz tych skrzypiacych, ktore nie daja spokoju.. ..moje zycie na emigracji.. czasami magiczne i kolorowe, czasami szare do bolu, ale przeciez szary to tez kolor.. ;-)
Friday, 15 April 2011
Thursday, 14 April 2011
szokujące statystyki i … zaburzenia w związku.. ;)
przed chwilą przeżyłam absolutny szok! absolutny i totalny choć zakończony śmiechem..
zajrzałam w statystyki mojego bloga i o mało nie spadłam z krzesła.. wczoraj i dziś było więcej wejść na bloga niż przez ostatnie 3 tygodnie!
jajjjj!!! to chyba fajnie, tak myślę! :D
ale dlaczego???
co innego się stało, że zajrzało tu więcej ludzi..?
spojrzałam na 2 ostatnie wpisy i pomyślałam, ze może to dzięki bieganiu? W sumie mnóstwo ludzi biega, więc może w ten sposób tutaj te dodatkowe (niewątpliwie rozbiegane) dusze trafiły.. :)
i tak się sobie niezmiernie cieszyłam, że mało, że więcej gości ogląda literki na mojej spranej różowej halce ;), to jeszcze dzięki mojemu bieganiu, które ostatnio tak bardzo zaniedbałam! ;)
i może nawet się na biegacza wypromuję i sama w to też uwierzę! :D
hi hi hi.. zaczęłam się rozpędzać w myślach i..
i tu mnie nagle olśniło!
Jeśli ktokolwiek na poważnie tu zagląda, jeśli kogokolwiek interesują moje głębokie przemyślenia, to najprawdopodobniej jest to właściciel podobnie leniwych czterech liter, jak moje.. ;)
..spojrzałam na wpisy z dwóch ostatnich dni:
wtorek: moje bieganie.. etap zaburzeń w związku
środa: pierwsza i jedyna linijka tekstu: ...związek ratować.. ;)
w dupę ze zdrowiem, sportem, bieganiem i cala jego mantryczną, medytacyjną i oczyszczającą otoczką – zaburzenia i ratowanie związków mamy na tapecie! :)
PS. ponoć biegacze tworzą bardziej satysfakcjonujące związki! mało, że są zdrowsi i bardziej zrelaksowani, to jeszcze maja gdzie się wyżyć, jeśli sytuacja pójdzie na noże. ;) a i przemyśleć sprawy na spokojnie jest czas.. - właśnie to wymyśliłam, ale gdybym to gdzieś przeczytała, to uwierzyłabym, ze to prawda! ;P
PS2. mój związek uratowany! zrobiłam wczoraj truchtem piękną godzinną pętelkę. jutro biegnę kolejna! szansa na maraton chyba też jest uratowana!!! :D
zajrzałam w statystyki mojego bloga i o mało nie spadłam z krzesła.. wczoraj i dziś było więcej wejść na bloga niż przez ostatnie 3 tygodnie!
jajjjj!!! to chyba fajnie, tak myślę! :D
ale dlaczego???
co innego się stało, że zajrzało tu więcej ludzi..?
spojrzałam na 2 ostatnie wpisy i pomyślałam, ze może to dzięki bieganiu? W sumie mnóstwo ludzi biega, więc może w ten sposób tutaj te dodatkowe (niewątpliwie rozbiegane) dusze trafiły.. :)
i tak się sobie niezmiernie cieszyłam, że mało, że więcej gości ogląda literki na mojej spranej różowej halce ;), to jeszcze dzięki mojemu bieganiu, które ostatnio tak bardzo zaniedbałam! ;)
i może nawet się na biegacza wypromuję i sama w to też uwierzę! :D
hi hi hi.. zaczęłam się rozpędzać w myślach i..
i tu mnie nagle olśniło!
Jeśli ktokolwiek na poważnie tu zagląda, jeśli kogokolwiek interesują moje głębokie przemyślenia, to najprawdopodobniej jest to właściciel podobnie leniwych czterech liter, jak moje.. ;)
..spojrzałam na wpisy z dwóch ostatnich dni:
wtorek: moje bieganie.. etap zaburzeń w związku
środa: pierwsza i jedyna linijka tekstu: ...związek ratować.. ;)
w dupę ze zdrowiem, sportem, bieganiem i cala jego mantryczną, medytacyjną i oczyszczającą otoczką – zaburzenia i ratowanie związków mamy na tapecie! :)
PS. ponoć biegacze tworzą bardziej satysfakcjonujące związki! mało, że są zdrowsi i bardziej zrelaksowani, to jeszcze maja gdzie się wyżyć, jeśli sytuacja pójdzie na noże. ;) a i przemyśleć sprawy na spokojnie jest czas.. - właśnie to wymyśliłam, ale gdybym to gdzieś przeczytała, to uwierzyłabym, ze to prawda! ;P
PS2. mój związek uratowany! zrobiłam wczoraj truchtem piękną godzinną pętelkę. jutro biegnę kolejna! szansa na maraton chyba też jest uratowana!!! :D
Wednesday, 13 April 2011
Tuesday, 12 April 2011
moje bieganie.. etap zaburzeń w związku
mojego romansu z bieganiem, jakby nie był namiętny, prawdziwym związkiem nazwać nie można. za dużo w nim rozstań i powrotów, za dużo zdrad dla zaspokojenia żądzy obżarstwa i lenistwa..
w styczniu, po prawie roku przerwy i kilku nieudanych próbach powrotu do dobrych zwyczajów, znienacka wróciłam do biegania. trochę sama zaskoczona sobą zaczęłam trzaskać godzinne pętelki, zygzaki i proste, biegać do pracy i z pracy i czuć, ze krew zaczyna mi żwawiej krążyć w moich zaspanych, niskociśnieniowych żyłach i tętnicach.. raz nawet, podczas najdłuższego biegu złapałam autentyczny biegowy 'chaj'.. podręcznikowy – jak w książkach i na www o bieganiu. Ten sam, który motywuje biegaczy na całym świecie do nakręcania kilku/kilkudziesięciu tysięcy dodatkowych kilometrów dziennie.. znienacka, po 50 minutach biegu zrobiło mi się tak dobrze, lekko i pięknie, że gdyby nie niebezpieczeństwo wytracenia się z boskiego narkotycznego stanu zadzwoniłabym do BB, Panny M i do Bibsztyla, żeby o tym opowiedzieć! :)
po ponad miesiącu regularnego biegania postanowiłam wyznaczyć sobie jakiś biegowy cel i przy okazji zmotywować się jeszcze bardziej. opętana miłosnym biegowym uniesieniem, mało że zapisałam się na maraton, to jeszcze się tym przed 'wszystkimi' pochwaliłam! :o
a tydzień później spadłam z roweru i koszmarnie obiłam sobie kolana.. uniemożliwiło mi to bieganie na całe dłuuugie 2 tygodnie.. no właśnie. i to było mniej więcej półtora miesiąca temu! ;)
dziś wieczorem miał nastąpić wspaniały przełom.
o 10tej, w relaksującej ciemności wieczoru, kiedy nic nie wytraca z biegowego skupienia, miałam założyć moje piękne asicsy i polecieć w cichy, skupiony świat mojego oddechu i spokojnych myśli..
i gdyby nie cała pizza pochłonięta na kolacje, to właśnie bym mijała drugi dok z barkami i jachtami, a za jakieś 5-7 minut bym biegła w stronę domu.. zmęczona, przeklinająca wszystkie poprzednie pizze, lody i eklerki z bitą śmietaną i szczęśliwa, że wreszcie ruszyłam obrastające tłuszczem litery..
no właśnie.. półtora miesiąca temu (i 3 i pół kilo sadła temu) wracałabym właśnie z biegu, czując, że dbam o siebie, o swoje zdrowie i ciało.. wracałabym zadowolona z siebie i uśmiechnięta.. ale że dzisiaj jest dzisiaj, a nie półtora miesiąca temu i że właśnie wtłoczyłam w siebie wielka margerittę, siedzę na krześle pojękując i zastanawiając się, po jaka cholerę ja wszystkim mówiłam, ze pobiegnę ten maraton????
ale ja go naprawdę przebiegnę. i mało że przebiegnę, to jeszcze zrobię to z dobrym czasem. to będzie czas poniżej ... (ciiiiii.. żeby nie zapeszyć..)
jutro zostawie rower w domu i pojadę do pracy autobusem.. wrócę biegiem. z moimi 3,5 kilogramami dodatkowego ciężaru do niesienia, z zadyszka, spoconym czołem i bladymi od wysiłku policzkami, jak gotowana szynka wciśnięta w moje 'seksowne' biegowe ubranko.. już nie seksowne zresztą.. dobiegnę i padnę.. ale dobiegnę!
chyba..
tyko, do której czesci zdania to chyba?
w styczniu, po prawie roku przerwy i kilku nieudanych próbach powrotu do dobrych zwyczajów, znienacka wróciłam do biegania. trochę sama zaskoczona sobą zaczęłam trzaskać godzinne pętelki, zygzaki i proste, biegać do pracy i z pracy i czuć, ze krew zaczyna mi żwawiej krążyć w moich zaspanych, niskociśnieniowych żyłach i tętnicach.. raz nawet, podczas najdłuższego biegu złapałam autentyczny biegowy 'chaj'.. podręcznikowy – jak w książkach i na www o bieganiu. Ten sam, który motywuje biegaczy na całym świecie do nakręcania kilku/kilkudziesięciu tysięcy dodatkowych kilometrów dziennie.. znienacka, po 50 minutach biegu zrobiło mi się tak dobrze, lekko i pięknie, że gdyby nie niebezpieczeństwo wytracenia się z boskiego narkotycznego stanu zadzwoniłabym do BB, Panny M i do Bibsztyla, żeby o tym opowiedzieć! :)
po ponad miesiącu regularnego biegania postanowiłam wyznaczyć sobie jakiś biegowy cel i przy okazji zmotywować się jeszcze bardziej. opętana miłosnym biegowym uniesieniem, mało że zapisałam się na maraton, to jeszcze się tym przed 'wszystkimi' pochwaliłam! :o
a tydzień później spadłam z roweru i koszmarnie obiłam sobie kolana.. uniemożliwiło mi to bieganie na całe dłuuugie 2 tygodnie.. no właśnie. i to było mniej więcej półtora miesiąca temu! ;)
dziś wieczorem miał nastąpić wspaniały przełom.
o 10tej, w relaksującej ciemności wieczoru, kiedy nic nie wytraca z biegowego skupienia, miałam założyć moje piękne asicsy i polecieć w cichy, skupiony świat mojego oddechu i spokojnych myśli..
i gdyby nie cała pizza pochłonięta na kolacje, to właśnie bym mijała drugi dok z barkami i jachtami, a za jakieś 5-7 minut bym biegła w stronę domu.. zmęczona, przeklinająca wszystkie poprzednie pizze, lody i eklerki z bitą śmietaną i szczęśliwa, że wreszcie ruszyłam obrastające tłuszczem litery..
no właśnie.. półtora miesiąca temu (i 3 i pół kilo sadła temu) wracałabym właśnie z biegu, czując, że dbam o siebie, o swoje zdrowie i ciało.. wracałabym zadowolona z siebie i uśmiechnięta.. ale że dzisiaj jest dzisiaj, a nie półtora miesiąca temu i że właśnie wtłoczyłam w siebie wielka margerittę, siedzę na krześle pojękując i zastanawiając się, po jaka cholerę ja wszystkim mówiłam, ze pobiegnę ten maraton????
ale ja go naprawdę przebiegnę. i mało że przebiegnę, to jeszcze zrobię to z dobrym czasem. to będzie czas poniżej ... (ciiiiii.. żeby nie zapeszyć..)
jutro zostawie rower w domu i pojadę do pracy autobusem.. wrócę biegiem. z moimi 3,5 kilogramami dodatkowego ciężaru do niesienia, z zadyszka, spoconym czołem i bladymi od wysiłku policzkami, jak gotowana szynka wciśnięta w moje 'seksowne' biegowe ubranko.. już nie seksowne zresztą.. dobiegnę i padnę.. ale dobiegnę!
chyba..
tyko, do której czesci zdania to chyba?
Subscribe to:
Posts (Atom)