Rano podszedł do mnie mój szef, uścisnął moją dłoń i spytał:
- Jak się dzisiaj masz, Aga?
I właśnie coś zrozumiałam.. Dotarło do mnie znienacka! To chyba tak po wakacjach mnie natchnęło.. Mój szef jest mężczyzną. Jest też właścicielem firmy, w której pracuje, no i w dodatku mnie lubi.
Niezależenie od tego, czy mam lepszy, czy gorszy miesiąc, dzień, humor, …, on chce widzieć, że jestem pełna energii i zadowolona z życia. To poniekąd tak jak Bibsztyl! Lubi mnie widzieć uśmiechniętą! J (..to porównanie nie uszło by mi na sucho.. ;) )
Nawet jeśli coś nie wychodzi, nawet jeśli się źle czuję, on potrzebuje energii i wiary, że to co robi zapewnia mi warunki z których jestem zadowolona!
To takie proste! On jest szczęśliwy nie tylko dlatego, że mu pracownicy budują piękny biznes i fortunę.. On jest szczęśliwy, bo był w stanie stworzyć firmę, która tak, przynosi zyski, ale również jest miejscem, w którym ludzie czuja się szczęśliwi! Jego misja..
- Jak się dzisiaj masz, Aga?
- Świetnie! :) Czuję, ze to może być dobry dzień! ;) (nie skłamałam nic a nic, nie zdradziłam siebie – po prostu uśmiechnęłam się do niego w odpowiedzi) A Ty?
- Ja? Rewelacyjnie! Jeśli czegoś potrzebujesz, jestem dziś z Wami cały dzień! :)
Takie proste.. takie proste.. a przecież ja też jestem szczęśliwsza, kiedy ludzie się do mnie uśmiechają, wiec taki uśmiechnięty i zadowolony z siebie i z życia szef, to skarb. ;P
:D
trudno mi napisac o czym jest moj blog.. to przygody, wieksze i mniejsze, smieszne lub filozoficzne, ktore przezywam kazdego dnia w pracy, domu, sklepie, jezdzac na rowerze, biegajac, czy tez robiac zdjecia.. to przyjaciele, znajomi i rodzina.. pasje badz ich brak.. zbior mysli uczesanych i gladkich oraz tych skrzypiacych, ktore nie daja spokoju.. ..moje zycie na emigracji.. czasami magiczne i kolorowe, czasami szare do bolu, ale przeciez szary to tez kolor.. ;-)
Monday, 27 June 2011
Sunday, 26 June 2011
rozpodróżowanie
po ponad tygodniu w Walii i Kornwalii, po ponad godzinie przebijania się przez miasto wróciliśmy do domu..
Kornwalia jest przepiękna. kilka razy miałam wrażenie, ze jestem na zdjęciu w National Geographic. St. Ives, gdzie mewy wyrywają ludziom kornwalijskie pierogi z rak, St.Michael's Mount - zamek umieszczony na wzgórzu-wyspie, którą na zmianę przypływ Atlantyku odcina od lądu, żeby później jego odpływ odsłonił wyścieloną kocimi łbami dróżkę na dnie oceanu, którą głodni wrażeń turyści przemierzają w pospiechu, piaszczysta plaza otoczona stromymi ścianami klifów pełnych jaskiń.. pomimo, że był to urlop z Rodziną, a nie podroż z prawdziwego zdarzenia i tak czuję, jakbym przeżyła reportaż z National Geographic.. taka bajka, przy której od czasu do czasu trzeba się uszczypnąć w rękę, żeby pamiętać, że to nie sen..pokaże któreś z tych miejsc, jak tylko zgram zdjęcia na komputer
a jednak.. po przedarciu się przez zablokowane wypadkami i robotami drogowymi autostrady, a potem przez wąskie uliczki centrum Londynu, nagle poczuliśmy, że jesteśmy w domu.
doskonale odnalazłabym się żyjąc większość czasu w podróży i kusi mnie takie życie od zawsze, ale cieszę się, że spędzamy dziś spokojny wieczór przy wykładzie o poszukiwaniu inteligencji w kosmosie, praniu i grzebaniu w internecie
jutro do pracy, a w sobotę do Polski. już wiem, że po powrocie będę tęskniła za tym rozpodróżowanym życiem.. na szczęście tylko do września.. ;)
Labels:
Europa,
klify,
Kornwalia,
podróże,
St. Ives,
St. Michael's Mount,
wakacje,
Wielka Brytania
Friday, 17 June 2011
pakowanie
biegam dookola domu, jak szalona.. za chwile musze wyjsc do pracy, a jeszcze prawie nic nie spakowane na nasze tygodniowe wakacje.. gdyby letnie wakacje w Kornwalii oznaczaly upaly pakowanie byloby prostsze, ale najwyzsza temperatura w przyszlym tygodniu to 18 stopni!!!
standardowo bedzie okolo 14stu + prysznice i powiewy z nieba!
coz.. nie wydaje mi sie, zeby bylo tu miejsce na negocjacje.. ;)
no ale.. biegam, biegam, biegam.. reczniki, moze jeszcze mydlo, to bedzie dla calej Bibsztylowej rodziny, ktora jutro rano pakujemy w wielki wynajety samochod i zabieramy ze soba.. co jeszcze.. rurka do nurkowania? czy my bedziemy nurkowac w Morzu Celtyckim, kiedy powietrze bedzie milao temperature 14 stopni???
Morze Celtyckie.. mmm...
kurde! czas!!! spoznie sie do pracy!! nie czas na myslenie!
biegne do lazienki po mydlo..
i tak sie rozbiegalam, ze sie wykopyrtnelam na srodku pokoju! ;)
jakims cudem moja lewa noga znalazla sie przed prawa i grrrrruch....
i tak pomyslalam.. dobrze, ze ja jeszcze dzieci nie mam.. bo jakby moje dzieci zobaczyly mnie lecaca na ziemie, jak worek kartofli, to by sie posikaly ze smiechu i musialabym teraz jeszcze dzieci myc i przebierac, a ja totalnie nie mam na to czasu! ;) posikalyby sie ze smiechu, jak nic!!!
wstalam, rozmasowalam moje dorosle i odpowiedzialne kolana i lokcie i usiadlam, zeby zebrac mozg do kupy.. oddychac.. bez paniki.
dopakuje sie wieczorem.. biegajac po domu jak szalona.. ;)
standardowo bedzie okolo 14stu + prysznice i powiewy z nieba!
coz.. nie wydaje mi sie, zeby bylo tu miejsce na negocjacje.. ;)
no ale.. biegam, biegam, biegam.. reczniki, moze jeszcze mydlo, to bedzie dla calej Bibsztylowej rodziny, ktora jutro rano pakujemy w wielki wynajety samochod i zabieramy ze soba.. co jeszcze.. rurka do nurkowania? czy my bedziemy nurkowac w Morzu Celtyckim, kiedy powietrze bedzie milao temperature 14 stopni???
Morze Celtyckie.. mmm...
kurde! czas!!! spoznie sie do pracy!! nie czas na myslenie!
biegne do lazienki po mydlo..
i tak sie rozbiegalam, ze sie wykopyrtnelam na srodku pokoju! ;)
jakims cudem moja lewa noga znalazla sie przed prawa i grrrrruch....
i tak pomyslalam.. dobrze, ze ja jeszcze dzieci nie mam.. bo jakby moje dzieci zobaczyly mnie lecaca na ziemie, jak worek kartofli, to by sie posikaly ze smiechu i musialabym teraz jeszcze dzieci myc i przebierac, a ja totalnie nie mam na to czasu! ;) posikalyby sie ze smiechu, jak nic!!!
wstalam, rozmasowalam moje dorosle i odpowiedzialne kolana i lokcie i usiadlam, zeby zebrac mozg do kupy.. oddychac.. bez paniki.
dopakuje sie wieczorem.. biegajac po domu jak szalona.. ;)
Wednesday, 15 June 2011
Ksiezyc
mielismy zacmienie Ksiezyca, a ja siedzialam w Royal Opera House i sluchalam Macbetha..
na szczescie/nieszczescie (na 'wszystko jedno', bo przeciez i tak bym go nie zobaczyla..) nic nie bylo widac ze wzgledu na zbyt duze zachmurzenie, wiec sobie wybaczam przedlozenie ogladania opery nad ogladanie cudu natury..
zabiegalam sie przedurlopowo prawie na smierc.. historia pora na scianie powoli blaknie w mojej glowie, a tu znowu 23:41 i nawet na polskie literki juz jest za pozno.. prysznic i spac.. rano do pracy..
dobranoc..
na szczescie/nieszczescie (na 'wszystko jedno', bo przeciez i tak bym go nie zobaczyla..) nic nie bylo widac ze wzgledu na zbyt duze zachmurzenie, wiec sobie wybaczam przedlozenie ogladania opery nad ogladanie cudu natury..
zabiegalam sie przedurlopowo prawie na smierc.. historia pora na scianie powoli blaknie w mojej glowie, a tu znowu 23:41 i nawet na polskie literki juz jest za pozno.. prysznic i spac.. rano do pracy..
dobranoc..
Wednesday, 8 June 2011
historia
ale mam prześmieszną historię do opowiedzenia!
historię pora na ścianie, w którą wmieszana jest Japonka, Kanadyjczyk, kilku Włochów w Wielkiej Brytanii i na francuskiej wsi oraz stara niedosłysząca i niedowidząca, za to cholernie uparta Angielska. ;)
historię, z której wyniosłam bardzo fajną znajomość.. znajomość z Sachiko.
dziś wieczorem idę do Sachiko pomóc jej dojeść resztki jedzenia, które przywiozła, żeby poczęstować znajomych.. dojadanie resztek u kogoś brzmi hmmm.. dziwnie.. ;) ..ale Sachiko to wspomniana Japonka, jedzenie jest oryginalne z Kraju Kwitnącej Wiśni, a Sachiko podczas krótkiego pobytu tutaj tak się zabiegała, że nie zdążyła zrobić przyjęcia, które było w planach. dziś wieczorem będę z Sachiko i jej koleżanka jadła japońskie smakołyki (mam nadzieje, ze to będą smakołyki!!!) i tony truskawek, które Sachiko kupiła, bo była okazja. ;)
jeśli wrócę w miarę wcześnie, to opowiem o porze! :)
nie wiem, czy wszyscy Japończycy są tacy fajni, ale Sachiko jest po prostu rewelacyjna. I wiem już na pewno, że japońska grzeczność i uprzejmość nie jest mitem! :)
historię pora na ścianie, w którą wmieszana jest Japonka, Kanadyjczyk, kilku Włochów w Wielkiej Brytanii i na francuskiej wsi oraz stara niedosłysząca i niedowidząca, za to cholernie uparta Angielska. ;)
historię, z której wyniosłam bardzo fajną znajomość.. znajomość z Sachiko.
dziś wieczorem idę do Sachiko pomóc jej dojeść resztki jedzenia, które przywiozła, żeby poczęstować znajomych.. dojadanie resztek u kogoś brzmi hmmm.. dziwnie.. ;) ..ale Sachiko to wspomniana Japonka, jedzenie jest oryginalne z Kraju Kwitnącej Wiśni, a Sachiko podczas krótkiego pobytu tutaj tak się zabiegała, że nie zdążyła zrobić przyjęcia, które było w planach. dziś wieczorem będę z Sachiko i jej koleżanka jadła japońskie smakołyki (mam nadzieje, ze to będą smakołyki!!!) i tony truskawek, które Sachiko kupiła, bo była okazja. ;)
jeśli wrócę w miarę wcześnie, to opowiem o porze! :)
nie wiem, czy wszyscy Japończycy są tacy fajni, ale Sachiko jest po prostu rewelacyjna. I wiem już na pewno, że japońska grzeczność i uprzejmość nie jest mitem! :)
Thursday, 2 June 2011
rok ślubów
najpierw ślub w rodzinie królewskiej, pojutrze Julek i Piotrek, a we wrześniu BB.. ale rok!
właśnie wróciłam od chłopaków. poleciałam na piętro tylko na chwile, po marchewki i selera, które dostałam w przydziale do pocięcia w słupki. słupki miały być równe i nie za cienkie, żeby się dobrze maczały w dipach jako część startera..
pewnie, ze pomogę! ja nie pomogę? no przecież sama się o możliwość pomocy dopraszałam!
dopiero później uświadomiłam sobie, że te startery to na 70 osób! Sic! ;)
no więc poszłam na gore, żeby marchewki i selera przynieść do nas na dół i przygotować je na jutrzejszą całonocną produkcje słupków. w miarę równych, nie za cienkich, żeby się dobrze w dipach maczały..
drzwi otworzył mi Piotrek. z grobową miną powiedział: 'dobrze, ze nie przyszłaś godzinę temu' i błyskawicznie zniknął w kuchni. hi hi..
po dwóch minutach stałam obok niego przy piekarniku i na zmianę podawałam i zabierałam ścierkę. ;)
wczorajszy wieczor był starannie zaplanowany wokół pieczenia.. Julek pojechał witać znajomych, którzy przyjechali na ich ślub z bardzo daleka, a Piotrek został w domu, żeby na spokojnie upiec ich ślubny tort.
Piotrek piecze ciasta prawie doskonałe. doskonałe na miarę domowa, nie jak z restauracji, czy sklepu. piecze dobre, solidne domowe ciasta, takie, jakie robiły mamy w czasach mojego dzieciństwa, kiedy jeszcze ciasta piekło się w domu i każde dziecko wiedziało co to prodiż. Piotrek czasami eksperymentuje z japońskimi ciastkami z czarnej fasoli, czasami piecze coś według tradycyjnego przepisu, ale niezależnie od wszystkiego, Piotrka wypieki zawsze są bardzo smaczne. i właśnie dlatego Piotrek podjął się upieczenia ślubnego tortu.. a że Julek ma uczulenie na coś tam ze zbóż i produkty maczane są wykluczone, wszyscy przyklasnęli na domowego torta ślubnego, którego i Pan Młody będzie mógł zjeść bez niebezpieczeństwa spuchnięcia, czy nawet uduszenia się od ataku alergii na własnym ślubie. ;)
zapukałam do drzwi mniej więcej godzinę po tym, jak Piotrek latał z rekami w białkach jajek i nożem w reku ganiając wystraszonego kota, bo nagle mu się zaczęło wydawać, ze jak kogoś zabije to mu ulży. nic nie wychodziło, wszystko się spóźniało i w dodatku nagle uświadomił sobie, ze tort na 70 osób wcale nie jest tak łatwo upiec, bo nawet na ubicie piany z białek trzeba siły giganta. kota nie dogonił, brudnymi rękoma nie wykręcił też numeru do Julka i dzięki czemu nie zrobił mu awantury o nic (..powód by się na pewno znalazł.. ;) ), uspokoił się, postanowił, ze będzie piekł warstwy po 3 na raz (zamiast 8 na raz) i wtedy weszłam ja. :)
i tak wygląda ciut przydługa historia o tym, jak w zasadzie nic nie robiąc można zyskać miano najlepszej pomocy na świecie. ;)
warstwy już upieczone, wszystkie wyszły piękne i równiutkie, bo niby ja tak rewelacyjnie papier w foremkach poukładałam.. ;) na jutro zostało posklejanie ich kremami i dżemami i udekorowanie. Piotrek spokojny i zadowolony, Julek spokojny i zadowolony już w drodze do domu, ja niespokojna, ale zadowolona.. po zejściu na dół zobaczyłam, ze na prawie 3 godziny drzwi do mieszkania zostawiłam na 1/3 otwarte.. no przecież biegłam tylko po marchewki!.. :o
na szczęście wszystko jest w porządku (i wszystko jest w mieszkaniu.. uff..) , więc nie ma co się nad brakiem przezorności rozwodzić.. ;)
A marchewki będzie cięła w słupki mama Julka. Piotrek powiedział, że ja jestem asystentem piekarza a nie pomocą kuchenna! ;)
właśnie wróciłam od chłopaków. poleciałam na piętro tylko na chwile, po marchewki i selera, które dostałam w przydziale do pocięcia w słupki. słupki miały być równe i nie za cienkie, żeby się dobrze maczały w dipach jako część startera..
pewnie, ze pomogę! ja nie pomogę? no przecież sama się o możliwość pomocy dopraszałam!
dopiero później uświadomiłam sobie, że te startery to na 70 osób! Sic! ;)
no więc poszłam na gore, żeby marchewki i selera przynieść do nas na dół i przygotować je na jutrzejszą całonocną produkcje słupków. w miarę równych, nie za cienkich, żeby się dobrze w dipach maczały..
drzwi otworzył mi Piotrek. z grobową miną powiedział: 'dobrze, ze nie przyszłaś godzinę temu' i błyskawicznie zniknął w kuchni. hi hi..
po dwóch minutach stałam obok niego przy piekarniku i na zmianę podawałam i zabierałam ścierkę. ;)
wczorajszy wieczor był starannie zaplanowany wokół pieczenia.. Julek pojechał witać znajomych, którzy przyjechali na ich ślub z bardzo daleka, a Piotrek został w domu, żeby na spokojnie upiec ich ślubny tort.
Piotrek piecze ciasta prawie doskonałe. doskonałe na miarę domowa, nie jak z restauracji, czy sklepu. piecze dobre, solidne domowe ciasta, takie, jakie robiły mamy w czasach mojego dzieciństwa, kiedy jeszcze ciasta piekło się w domu i każde dziecko wiedziało co to prodiż. Piotrek czasami eksperymentuje z japońskimi ciastkami z czarnej fasoli, czasami piecze coś według tradycyjnego przepisu, ale niezależnie od wszystkiego, Piotrka wypieki zawsze są bardzo smaczne. i właśnie dlatego Piotrek podjął się upieczenia ślubnego tortu.. a że Julek ma uczulenie na coś tam ze zbóż i produkty maczane są wykluczone, wszyscy przyklasnęli na domowego torta ślubnego, którego i Pan Młody będzie mógł zjeść bez niebezpieczeństwa spuchnięcia, czy nawet uduszenia się od ataku alergii na własnym ślubie. ;)
zapukałam do drzwi mniej więcej godzinę po tym, jak Piotrek latał z rekami w białkach jajek i nożem w reku ganiając wystraszonego kota, bo nagle mu się zaczęło wydawać, ze jak kogoś zabije to mu ulży. nic nie wychodziło, wszystko się spóźniało i w dodatku nagle uświadomił sobie, ze tort na 70 osób wcale nie jest tak łatwo upiec, bo nawet na ubicie piany z białek trzeba siły giganta. kota nie dogonił, brudnymi rękoma nie wykręcił też numeru do Julka i dzięki czemu nie zrobił mu awantury o nic (..powód by się na pewno znalazł.. ;) ), uspokoił się, postanowił, ze będzie piekł warstwy po 3 na raz (zamiast 8 na raz) i wtedy weszłam ja. :)
i tak wygląda ciut przydługa historia o tym, jak w zasadzie nic nie robiąc można zyskać miano najlepszej pomocy na świecie. ;)
warstwy już upieczone, wszystkie wyszły piękne i równiutkie, bo niby ja tak rewelacyjnie papier w foremkach poukładałam.. ;) na jutro zostało posklejanie ich kremami i dżemami i udekorowanie. Piotrek spokojny i zadowolony, Julek spokojny i zadowolony już w drodze do domu, ja niespokojna, ale zadowolona.. po zejściu na dół zobaczyłam, ze na prawie 3 godziny drzwi do mieszkania zostawiłam na 1/3 otwarte.. no przecież biegłam tylko po marchewki!.. :o
na szczęście wszystko jest w porządku (i wszystko jest w mieszkaniu.. uff..) , więc nie ma co się nad brakiem przezorności rozwodzić.. ;)
A marchewki będzie cięła w słupki mama Julka. Piotrek powiedział, że ja jestem asystentem piekarza a nie pomocą kuchenna! ;)
Subscribe to:
Posts (Atom)