Thursday, 21 October 2010

Herbert

zaczelo sie od Herberta, ktorego uwielbiam pasjami i o ktorym pisalam probna mature..
“Ktoremu z polskich poetow przyznalabys literacka Nagrode Nobla – Zbigniewowi Herbertowi czy Wislawie Szymborskiej”.. pomimo milosci do Szymborskiej wybralam Herberta. mature probna napisalam na 5+. kilka miesiecy pozniej Nobla otrzymala Szymborska.. ;-)

potem byly studia filologiczne.. glowa w chmurach, tomy madrych ksiazek pod pacha, oniesmielajace i pelne pasji dyskusje o epokach, o powiesciach, poezji.. i byl pozytywizm, ktory odkrylam i pokochalam miloscia wieksza niz romantyzm i Mloda Polske, ktore wczesniej wydawaly mi sie najpiekniejsze z historii slowa polskiego..

lata minely od tamtych czasow..  milosc do literatury i dzieleniem sie myslami o niej zostala.. od czasu do czasu o niej myslalam, od czasu do czasu mowilam przyjaciolom, ze jesli by bym dowiedziala sie o czyms na ksztalt konwersacyjnego kola literackiego, to od razu bym sie do niego zapisala.. ze brak mi rozmow o historii mysli i slowa pisanego..

pierwszego dnia w nowej pracy dostalam kartke z haslami do komputera i programow.. haslo nr 1: ‘Sherbert’, blyskawicznie skojarzylo mi sie z Herbertem i przypomnialo chyba najbardziej oczywisty cytat z Pana Cogito, ktorego nawet nie mam na polce: ..idz wyprostowany wsrod tych, co na kolanach.. 
wzburzyly sie fale przemyslen..

wczoraj wieczorem zobaczylam na facebook’u link do artykulu o Marii Konopnickiej. artykul napisany byl w duchu moich dawnych konwersatoriow.. ze ona wciaz nie odkryta ani literacko ani jako czlowiek, ze wrzucono ja do szufladki pisarki dla dzieci i nowel ’u podstaw’ i nikt nawet nie siega glebiej.. mala, puszysta, piegowata, matka mnostwa dzieci, dla ktorej o 22 lat mlodszy mezczyzna (mlody, inteligentny chlopak!) z milosci popelnil samobojstwo.. oficjalnie.. na schodach ratusza.. 
kobieta pelna pasji, patriotka, niespokojna dusza, podrozniczka szukajaca swojego miejsca na ziemi i w zwiazkach..

w nocy snila mi sie rozswietlona jarzeniowkami sala w 1/3 zapelniona ludzmi.. siedzialam przed nimi na krzesle.. na biurku obok mnie lezalo kilka ksiazek.. ktos cos mowil.. sluchalam.. pokoj byl wypelniony przeplatajacymi sie myslami.. moja noc rowniez..

dzis nie moge sie odnalezc w pracy.. ide wyprostowana jak struna, patrze ludziom w oczy i mowie, co mysle.. tylko dokad ja ide..?


“idz wyprostowany wsrod tych, co na kolanach” .. coraz bardziej bardziej umacniam sie w przekonaniu, ze czasami warto nie isc wlasnie.. pomimo, ze wszyscy inni ida.. moze chodzi o to, zeby zawrocic i pojsc inna droga..?
..i zgarbilam sie myslac..
..i przykleklam..

Tuesday, 19 October 2010

Dilute before use..

na czubku nosa zrobil mi sie pryszcz.. male denerwujace zaczerwienienie, ktore o kilku dniach czekania sprobowalam zlikwidowac metoda jak najbardziej tradycyjna..  w wyniku 5minutowych tortur nosa powsytala ranka.. wygladalo na to, ze pryszcz zostal usuniety, ranka sie zagoi i zycie wroci do normy..
niestety tak sie nie stalo..
przez nastepne 2 tygodnie, co drugi, trzeci dzien pryszcz rzucal mi w twarz obietnice, ze tym razem sie juz wyprowadzi na dobre i zostawi mnie w spokoju, jesli tylko..
no wlasnie..
przez nastepne 2 tygodnie, co drugi, trzeci dzien wychodzilam z lazienki z czerwonym nosem i coraz wieksza ranka na owym. zostawic natury naturze nie potrafilam, bo ranka sie nie goila, dopoki swinstwo sie w niej plenilo i bakterie!

no i wlasnie! po drugin tygodniu stwierdzilam juz na pewno, ze musi w nim byc tam jakas infekcja, ktora trzeba zdezynfekowac.. przegrzebalam w apteczce domowej ze swiadomoscia, ze nie mam zadnej wody utlenionej ani spirytusu, pomyslalam troche, po czym poszlam do lokalnej apteki i kupilam najbardziej zblizony do spirytusu kosmetycznego plyn odkazajacy..
wieczorem pomarowalam ranke plynem czujac dobroczynna sile odkazania i zapowiedz przyszlego pieknego zycia..
przed snem posmarowalam ranke ponownie.. plus, oczywiscie, wszelkie inne miejsca na twarzy, ktore moglyby sie potencjalnie zaczerwienic, zarozowic, czy cokolwiek im by tam nie przyszlo do glowy - nos, policzek, broda. niech gina wredne bakretie! smierc najezdzcom!
zasypiajac, szczesliwa myslalam o tych wszystkich bakteriach i wirusach, ktore teraz sie wyprowadzaja obrazone..
moj nos zacznie sie w koncu goic! nie bedzie juz zadnych ran ni pryszczy..  same zmarszczki zostana na twarzy, jak przystalo na kogos, kto sie przestawil na kremy '30+'.. zasnelam w tumanie blogich mysli o pieknym zyciu z dojrzala cera, na ktorej pryszczy NIE MA, BYC NIE POWINNO i NIE BEDZIE!!

rano budzilam sie powoli i z niedowierzaniem.. okrutny bol skory twarzy. bol dziwny, nie przypominajacy niczego, co do tej pory przezylam..
kiedy juz wybudzialm sie ze snu i zrozumialam, ze mnie naprawde boli skora, pobieglam do lazienki.
..lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiekniejszy w swiecie?..

skore mam ksiazkowo spalona i poparzona. mozna by zdjecia do podrecznikow skauta robic. wszystkie posmarowane na twarzy miejsca - czerwone, bolace i spuchniete! O zgrozo, przeciez nie poprzestalam na czubku nosa, ktoy ma sie stosunkowo najlepiej.. czolo, policzek, broda.. pieknie!
prawie wyszarpalam z szafki buteleczke z plynem odkazajacym. na naklejce, obok nazwy plynu, widnieja zastanawiajace 3 slowa:

DILUTE BEFORE USE (rozcienczyc przed uzyciem)

oczywiscie, ze nie rozcienczylam plynu do odkazania woda!

po tylu latach w anglojezycznym kraju nie znalam slowa 'dilute', wiec w ogole mi sie nie rzucil w oczy wytluszczony napis na opakowaniu! i, oczywiscie, nie czytalam 'instrukcji' uzywania plynu! no przeciez to jest 'to samo', co spirytus kosmetyczny! czy ktokolwiek rozciencza wode utleniona przed odkazeniem rany?

..po 2 dniach przyciagania speszonych spojrzen na ulicach moja twarz zaczyna wracac do normy.. prawie wszystko juz odpuchlo.. na buzi mam plaskie, brazowe plamy, pokryte skorupka zeschnietej, spalonej matki skory.. smaruje ja delikatnym zelem nawilzajacym z aloesem i bardzo marze, zeby w nagrode za naiwna i nieswiadoma glupote, spod starej skorupki wyjrzala do mnie piekna i usmiechnieta mloda skorka..
taka o 10 lat mlodsza, jesli to mozliwe.. ;)

Wednesday, 13 October 2010

dobra strona

..dobra strona nadchodzenia zimy i pozniejszych switow jest mozliwosc ogladania wschodow slonca.. :)

Saturday, 9 October 2010

list milosny

mam kubek ze sloniem. dostalam go od Anity na 18ste urodziny, czyli bardzo dawno temu.. ;)
kubek jest bialy, slonie na nim trzy, zolte
2 wieksze, 1 mniejszy
jeden trzyma w trabce kwiatka, jeden ma na sloniowej pupie czerwone serce..
kubek jest MOJ.

przez pierwsze kilka tygodni od przyniesienia go do pracy, moj kubek rano znikal. ktos sobie w nim robil kawe zanim ja zdazylam sie zorientowac. za kazdym razem na glos odgrazalam sie w kuchni, co zrobie, jak tego kogos zlapie.. ale jutro, bo dzis rano jeszcze pozwole mu wypic kawe z MOJEGO kubka.. zartowalam na ten temat, zeby wiesc sie radosnie rozniosla: "Oh man.. jak Aga Cie zobaczy z tym kubkiem, to Ci nogi z ... powyrywa!" ;)

i tak mijaly kolejne dni.. jezeli nie bylam w pracy w pierwszej trojce-piatce, to nie zdazalam przechwycic wlasngo kubka. historia sie powtarzala co drugi, trzeci dzien..
pewnego dnia po przyjsciu do pracy, zamiast w kuchni zobaczylam kubek na moim biurku! wymyty, postawiony do gory dnem na kawalku papierowego recznika..
jak milo! jaka mi ktos niesodzianke zrobil! :)
ktos nade mna zlitowal i przyniosl mi kubek na biurko zanim ktos inny z niego skorzystal! :)
chcialam podziekowac za taki cieply gest, ale nikt sie do niego nie przyznawal.. od tego dnia kubek byl na moim biurku codziennie rano. :)

tajemnica pomocnej dloni zostala niewyjasniona przez ponad miesiac..

mniej wiecej po 4-5 tygodniach musialam przyjsc do pracy na jakas nieludzko wczesna godzine. kiedy weszlam do biura zobaczylam ogromnego mezczyzne idacego ku mojemu biurku z kubkiem ze sloniami i z papierowym recznikiem w dloni.. szczeka mi opadla ze zdziwienia.. czlowiek, ktory robil mi codziennie rano tak ciepla przysluge, to byl nasz 'sprzatacz'.. podeszlam do niego i podziekowalam wylewnie, opowiadajac, jak duzo to dla mnie znaczy i jakie to mile, ze on to dla mnie robi i jak bardzo walczylam o nieuzywanie mojego kubka wczesniej i.. a on, zawstydzony, kiwal glowa i od czasu do czasu wybuchal cichym, niesmialym smiechem.. po minucie slowotoku zrozumialam, ze.. ze on chyba nie mowi po angielsku..
zrobilo mi sie glupio.. podziekowalam mu wiec ostatni raz i uwolnilam od trudnej dla niego rozmowy..
ja usiadlam do komputera, a on wrocil do sprzatania biura..

kubek ze sloniem codziennie rano pojawial sie na moim biurku, a ja sie codziennie dziekczynnie usmiechalam do niesmialego znajomego, ktory zawstydzal sie jeszcze bardziej..

skad on wiedzial, ze to moj kubek?
skad? jak? kiedy uslyszal, ze ktos mi go podbiera i ze tak bardzo zalezy mi na piciu z mojego wlasnego kubka? kilkanascie pytan, kilkadziesiat luzno krazacych mysli.. jakim to musi byc dobry czlowiek, skoro przelaj sie tym i codziennie, bezinteresownie robil tak mily gest..

jedna z moich kolezanek z pracy powiedziala: wiesz, stara sie po prostu, bo chce, zebysmy go chwalili..

a ja wiem, ze to nieprawda.. jego obowiazki koncza sie na wstawieniu czystych kubkow do szafki. i koniec.
i tak sobie czasami mysle, ze moze to taki cichy biurowy list milosny.. taki bez slow i zupelnie platoniczny.. list serdecznosci i milosci do drugiego czlowieka..

Wednesday, 6 October 2010

garden leave..

..to specyficzna sytuacja, kiedy pracownik odchodzi z firmy, a pracodawca decyduje, ze pracownik ma do konca swojego okresu wypowiedzenia nie przychodzic do biura.. dzieje sie tak np. w sytuacjach, kiedy pracownik ma dostep do danych, ktore firma chce chronic przed wydostaniem sie z obiegu wewnetrznego lub kiedy Twoja praca wymaga 120% pasji, a w zaistnialej sytuacji wiadomo, ze ta pasja wygasla..

garden leave oznacza, ze odrowadzaja Cie do biurka, pakujesz sie, wychodzisz i nie przychodzisz juz wiecej do pracy..

i ja go wlasnie, z ogromna przyjemnoscia doswiadczam! :D

co prawda nikt mnie nie odprowadzal do biurka i IT nie pilnowalo, co robie w komputerze (wrecz odwrotnie! poproszono mnie, zebym zostala do konca dnia i odeszla dopiero wieczorem!), ale.. chodzic do pracy juz nie musze!

tak wiec w poniedzialek wieczorem wyslalam maila z podziekowaniem za miesiace smiechu, energii i codziennej radosci unoszacej sie ponad spracowanymi ramionami moich kolegow.. i za dzielona kazdego dnia pasje do pracy i zycia, ktora sprawiala, ze To Miejsce i Ten Czas mial dla mnie znaczenie..

wyslalam maila, wyszlam i .. zrobilo mi sie smutno..
..cos sie konczy, cos sie zaczyna.. cos sie konczy..

po drodze do domu kupilam pizze i butelke przepysznego Shirazza - bordowego jak czarne wisnie, cierpkiego, jak niedojrzale maliny, ktore przemieniaja jezyk w papier scierny.. poczulam sie tak bardzo sama. na wlasne zyczenie, ba! wrecz wlasnorecznie (!!!!) przecielam pepowine laczaca mnie z firma, w ktorej ludzie sa tak wyjatkowi i piekni..

2 filmy i 2 lampki wina pozniej zorientowalam sie, ze jest 1:38 w nocy.. uswiadomilam sobie, ze nie musze rano wstawac do pracy! mam 'wakacje'!
i znienacka dla samej siebie zaczelam sie smiac z ulga! fizycznie poczulam schodzace z ramion i plecow napiecie! jak dobrze.. tak, prawda, troche szkoda, ale.. JAK MI JEST DOBRZE!!!! :)

przeciez Ci magiczni ludzie zostana ze mna i we mnie na zawsze! :)

a ja zrobilam kolejny krok! wielki i niesamowity! w grze mojego zycia wskoczylam na nastepny poziom! pelen przeszkod i wyzwan, pelen ciezkiej pracy i smiechu..
ale na nim tez sa ludzie. kolejni ludzie do mojej zyciowej ukladanki! :)

przed rozpoczeciem nastepnego etapu mam jeszcze kilka dni odpoczynku w ogrodzie mojego odejscia.. moze wyhoduje tam jakas piekna rosline i zrobie jej oblednie piekne zdjecie? a moze mysl, ktora pomoze z radoscia i energia przetrwac zblizajaca sie zime..?

moj garden leave..

cieply i przytulny..