Monday, 28 February 2011

kukiełkowy teatrzyk

mamy nowe biuro

w weekend przeniesiono wszystkie nasze komputery i dziś rano zaczęliśmy pracę w pachnącym nowością, przestrzennym biurze na szóstym pietrze budynku przy samym rondzie..
moje 'marzenia' się spełniły – siedzę przy oknie!
Bibsztyl słusznie zauważył, że to raczej nie dobry duch czy opatrzność o to zadbała tylko moje notoryczne jęki, że ciemno sprawiły, iż szef pozbył się kłopotu raz na zawsze.. ;)
niech i tak będzie! okno jest moje! jest jaśniutko i mam widok.. co prawda wieje okrutnie, ale jeśli to jest cena za biurko przy oknie, to trudno! Będę pracowała w czapce i rękawiczkach! ;)

w miarę zapadania zmierzchu zaczęły się zapalać światła w budynkach.. szczególnie jeden, naprzeciwko, przykul moja uwagę.. chyba dlatego, ze ma więcej szyb niż ścian i można obserwować życie poszczególnych biur.. kiedy zrobiło się już zupełnie ciemno świat zaczął wyglądać, jak kukiełkowy teatrzyk. Na dole, dookoła ronda, jeździły miniaturowe samochody z zapalonymi światłami, a nad nimi, na oświetlonych półkach biurowca, dreptały nierównym krokiem i w rożnych kierunkach małe ludziki, jak lalki poprzebierane w mundurki garniturów, noszące teczki, segregatory lub malutkie kubeczki.. taki domek dla lalek.. Barbie-office..

zagłębiłam się w pracę wymagająca skupienia na komputerze.. moi koledzy powoli kończyli pracę i wychodzili z biura. kiedy się ocknęłam byłam już w naszym nowym lokum zupełnie sama.. w domku dla lalek naprzeciwko nie było już nikogo widać.. tylko zapalone światła - pewnie czekające na sprzątaczki..
rozciągnęłam zesztywniałe ramiona i zaczęłam się szykować do wyjścia.. gasząc światło jeszcze raz spojrzałam naprzeciwko.. wciąż było tam jasno i pusto..

z poczuciem dobrze wykonanych obowiązków i z przygniatającym zmęczeniem powoli zamknęłam za sobą drzwi..
ostatnia kukiełka teatrzyku na naszej nowej półce..

Saturday, 26 February 2011

brzydka dziewczyna..

czekałam w kolejce do rejestracji jednego z oddziałów szpitala.. 'słaba' dzielnica, stary szpital, w przyległej poczekalni ze czterdzieści osób, brak tlenu i czyjeś jęki. czekając obserwowałam najmłodsza kobietę pracująca w recepcji. dziewczynę. pewnie nawet młodsza ode mnie. siedząc odbierała od swojej dużo starszej koleżanki kolejne karty pacjentów i wrzucała je w kolejne szare teczki, po czym unosiła się o 10 cm i rzucała teczki na stertę innych teczek. miała znudzona, zmęczona minę. krzywiła się przy każdym dobiegającym jęku.. jakby ze złością.
zaintrygowała mnie. długie, proste, zafarbowane na rudo włosy z mysimi odrostami, okrutnie blada twarz, ostro pomalowane oczy, widoczne zniechęcenie i zmęczenie..
pewnie dużo pali i klnie..
przy kości.. po kolejnym wyrazie zniechęcenia na jej twarzy pomyślałam.. pewnie, że jest przy kości, bo wcale się nie rusza. ma dziewczyna prace w brzydkiej dzielnicy, w brzydkim szpitalu, pakuje kartki w papierowe teczki. szczyt marzeń to nie jest. pewnie dlatego ma taki wyraz twarzy. niby skupiona na tych teczkach i trochę nieobecna, ale i jej cala postawa i kwaśna mina i ekstremalnie mocno pomalowane oczy mówią: spier...
zaczęłam się zastanawiać, jak się trafia do takich brzydkich recepcji brzydkich szpitali w brzydkich dzielnicach..? bo po szkole pielęgniarskiej to ona na pewno nie jest. pielęgniarki dbają o siebie.. a ta dziewczyna wygląda na taka, co wieczorami siedzi w pubach, a potem kłoci się z koleżankami na przystankach bluzgając aż uszy więdną.. itd, itp..
i nagle przyszła kolej starszego Pana przede mną.. dziewczyna wstała, podeszła.. pomyślałam, ze pomimo wszystko bardzo ładnie się rusza.. w przyciasnym zielonawym sweterku na wyprostowanym torsie, w obcisłych spodniach na masywnej pupie i udach dziewczyna wolno podeszła do staruszka kolysząc biodrami seksownie jak Jennifer Lopez.. no proszę..

dziewczyna podeszła do staruszka z laska, podniosła głowę i uśmiechnęła się, jakby to miała być najprzyjemniejsza rozmowa w jej życiu - Pana karta pacjenta? Na która wizyta?

..zobaczyłam jej oczy.. blade jak twarz, obrysowane grubą czarną krechą, zmęczone i tak ciepło uśmiechnięte do dziadka trzymającego kolejna, gotowa do wrzucenia w szara teczkę kartę.. w poczekalni ponownie rozległ się jęk i twarz dziewczyny wykrzywiła się w grymasie zniechęcenia.. dziewczyna wzięła od staruszka kartę, uśmiechnęła się naprawdę serdecznie, poprosiła, żeby usiadł i poczekał.. staruszek odwrócił się przodem do mnie i zaczął dreptać ku wolnemu krzesłu.. na jego twarzy tkwił ciepły bezzębny uśmiech..
a w mojej głowie zaczęły się kłębić emocje i dominująca, ciężka myśl ..

przepraszam..
tak bardzo..

Thursday, 17 February 2011

hiszpanski wedlug Marchewki

Marchewka ma dwadziescia kilka lat, ukonczone zagraniczne studia, szanowana spolecznie prace i mnostwo watpliwosci na temat tego, jaki swiat jest a jak byc powinien..
Ma ogromnie duzo ciepla, ktorym z bezinteresowna serdecznoscia dzieli sie z kazdym, kto sie do niej odezwie i ma przepiekne orzechowe oczy.. orzechowe, piwne czy kawowe.. oczy, ktorych nie zapomni nigdy ktos, komu Marchewka choc raz opowiadala o swoich podrozach.. oczy pelne pasji, samotnosci, smutku, bliskosci, smiechu, spelnienia.. oczy pelne magicznych wspomnien z kilkugodzinnych i kilkumiesiecznych podrozy. Oczy pelne szczescia, pytan i tesknoty.. Naprawde magiczne..
Marchewka jest tez osoba, ktorej wydarzaja sie rozne smieszne historie.. :)

W zwiazku z tym, ze Marchewka lubi ludzi, a ludzie ja, oraz z tym, ze ma znajomych w wielu miejscach na swiecie laptop (czyli internet) jest tak nierozlacznym elementem jej zycia, ze czesto zasypia na klawiaturze zamiast na poduszce! Na drugi dzien rano, po takiej nocy, Marchewka jedzie zestresowana do swojej powaznej pracy, probujac po drodze wygladzic uparte wytloczenie laptopowej klawiatury na policzku! :D

Ostatnio Marchewka zyje kolejna piekna podroza.. co prawda 3 tygodnie na kontynencie latynoskim to niewystarczajaco, zeby poczula prawdziwe zaspokojenie dreczacego ja pragnienia, a jednak jest to wystarczjaco duzo, zeby miec po co zyc przez nastepny miesiac czekania! ..znow jest cos dobrego, o czym mozna myslec, marzyc i do czego sie przygotowywac.. :)
Marchewka, jako ambitny student, wyciagnela ksiazki i kursy hiszpanskiego i szlifuje go z pasja, zeby za kilka tygodni kupowac owoce od przekupek na targach ulicznych i ucinac pogawedki ze staruszkami siedzacymi na ocienionych lawkach..

Marchewka powtarza slowka i gramatyke, a potem przepisuje cale teksty, zeby wszystko lepiej zakodowac w swoim i tak pojemnym umysle.. przepisuje i przepisuje.. i przepisuje.. wieczorami przepisuje.. na lezaco.. ostatnio Marchewka obudzila sie w srodku nocy. Standardowo ubranie nie zdjete, buzia na laptopie..
Zimno, ciemno, pozno..
Tylko komputer rozswietla czern nocnego pokoju..
Na wyswietlaczu godzina 2:38 i cos ponad 320 stron przepisanego we snie 'hiszpanskiego' tekstu..

"zxxxxxxxxxzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzxxxxxxxxxxxxzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzxxxxxxxxxxxzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzxxxxxxxxxxxxxxx
xzxxxxxxxxxxxxxxzzzzzzzzzzzzz.............."

;)

..Marchewka.. :)

Sunday, 13 February 2011

smierc na nienawisc..

od kilku dni bardzo trudno mi sie z czyms pogodzic.. umiera moj bliski kolega..
umiera na nienawisc..

Pejo byl czlowiekiem wielkich idealow, wierzyl w wartosci niesione przez ideologow komunizmu, wierzyl w sile czlowieka, w to, ze trzeba twardo stapac po ziemi a nie wierzyc w zlote krzyzyki i obrazki, ktore  nam cudownie wykreuja upragniona piekna rzeczywistosc, jesli tylko bedziemy przed nimi klepac wierszyki na kolanach.. Wierzyl tez w rownosc i potrzebe sprawiesliwosci.. Pejo ma wyzsze wyksztalcenie. Studia doktoranckie przerwal po roku czy dwoch, kiedy uswiadomil sobie, ze nawet w kregach 'elity' naukowej reka reke myje, a nowym doktorem bedzie syn profesora - bo miejsce jest tylko jedno.. Pejowi zrobilo sie niedobrze. Rzucil doktorat i zaczal pracowac w hucie.. po kilku latach z roznych powodow i w roznych okolicznosciach wyjechal za granice. Pracowal w zawodzie prostym, leczyl prywatne rany, bawil sie, spotykal ludzi, szukal mozliwosci rozwoju zawodowego w kierunku, w ktorym znajomosci i uklady towarzyskie maja mniejsze znaczenie niz umiejetnosci praktyczne.

Kilka lat temu znienacka wpadlam na Pejo na ulicy. Godzine pozniej spotkalismy sie ponownie i Pejo mnie rozpoznal. Rozmawialismy o rozrywkach, o emocjach, o tym, co znacza dla nas przyjaciele.. kilka dni pozniej skontaktowalismy sie przez gg. Pejo napisal mi o ideologii w ktora wierzy, o historii swojego zycia i kilka jeszcze innych.. Zbratalismy sie. Rozmawialismy czesto. Dwie dusze probujace zrozumiec rzeczywistosc, szukajace przyczyn zjawisk, rozmawiajace o tym, co sie dzieje i dlaczego.
Po jakims czasie Pejo poznal magiczna dziewczyne. :) Rok pozniej, kiedy mial juz pierscionek zareczynowy i dobieral slowa, ktore chcial jej powiedziec na wiezy Eiffle'a, okazalo sie, ze dziewczyna Peja jest w ciazy. Pejo rozplakal sie z radosci. Ja tez. Zgodnie z wczensniejszym planem, tydzien pozniej w Paryzu Pejo uslyszal: tak. :)
Maszyna ruszyla. Pejo dostal wyczekiwana prace kierowcy autobusow, ktora miala mu dac solidny, bezpieczny dochod, prawo do urlopu, wiarygodnosc kredytowa i spokoj..
Podczas ciazy Pejo byl jedyna osoba pracujaca w domu i zalatwiajaca wszystkie sprawy zwiazane z kupnem mieszkania. Pracowal non stop, zglaszal sie na wszystkie nadgodziny, bywalo, ze mial tylko dzien wolnego miesiecznie. W momencie otrzymania mieszkania przyszla tez coreczka. Obojgu im bylo ciezko.. Pejo mial plan, ze kiedy jego zona wroci do pracy i on bedzie mial ciut wiecej czasu, wezmie sie za ksiazki, zapisze na jakies kursy, podciagnie jezyk i bedzie szukal innych mozliwosci. No wlasnie, taki byl plan na przyszlosc...
Pejo byl przemeczony praca. Okazalo sie, ze do pracy w autobusie umiejetnosc bezpiecznej jazdy nie jest jedynym, co niezbedne. W autobusie kierowca musi potrafic emocjonalnie unosic kontakt z ludzmi z najnizszych warstw spolecznych. Ludzmi bez wyksztalcenia, perspektyw, szans, nadziei. Ludzmi agresywnymi, wulgarnymi, podlymi. Ludzi, ktorych zachowan az nie chce sie tlumaczyc. Niestety najczesciej Ci ludzie to imigranci, ktorym jeszcze niewiele sie udalo osiagnac lub ktorzy nie planuja zostac - niewiele mieli w kraju, przyjechali pozarabiac, spia 4 w jednym pokoju i za kilka miesiecy wracaja do domu; lub tez ludzie, ktorzy niewiele osiagneli - najczesciej tacy, ktorzy w tym lub poprzednim pokoleniu przyjechali z innych kultur, nie potrafili lub nie chcieli sie wziac za robote i nie dostosowali sie do tego swiata (jeszcze). Zawsze ludzie niskowyedukowani, nieskowykwalifikowani. Tacy zawsze dra sie znajglowniej. W kazdym kraju. Pejo, po upartym zadaniu okazania waznych biletow od takich delikwentow, byl atakowany: przez bialych wyzywajacych go od imigrantow i wyganiajacych do Polski lub skadkolwiek on pochodzi; przez Polakow, ktorzy nie chcieli placic za bilet a wyczuli, ze jest ich rodakiem (wtedy to juz rowne ch..je i kur..y lecialy); przez Murzynow wyzywajacych go od imigrantow i rasistow - najczesciej. Niestety prawda statystyczna jest taka, ze spolecznosc Murzyska do 3ciego pokolenia stanowi najwiekszy margines sprawiajacych problemy w Wielkiej Brytanii. W trzecim pokoleniu dzieci juz ida do lepszych szkol, rodzice juz rozumieja, ze nauka i rozwoj zawodowy daje zdecydowanie wiecej niz wieczne pretensje.. Pejo pracuje w 'slabych' dzielnicach, gdzie nie ma dobrych szkol, osrodkow pomocy dla mlodziezy, ktora rozpaczliwie trzeba czyms zajac i zabrac z ulicy i gdzie duzy procent spoleczenstwa jest naplywowy i ciemnoskory (w Afrykanskiej dzielnicy nie bedzie mial przeciez problemow z Azjatami!). Trudno dziwic sie, ze kiedy pracujesz w szemranej dzielnicy, do Twojego autobusu nie wsiadaja Panowie w garniturach, tylko chlopcy z grubymi lancuchami na szyi.
Pejo plul na swoja prace non stop. Przy kazdym telefonie wylewal morze zlosci i agresji. Sam przyznawal, ze taka prace trzeba unosic emocjonalnie, ze niszczy czlowieka, a on nie potrafi odwrocic glowy i na rzucane pod jego katem obelgi odpowiada agresja, zamiast 'policzyc do 10' i wezwac policje. Kazdy kierowca autobusu przez to przechodzi. Kazdy. Nie kazdy klocac sie z pasazerami.
Pejo nie dal rady. Wracal do domu i zamiast za ksiazki bral sie za podnoszenie ciezarow. Zamiast kursu angielskiego, nowa odzywka proteinowa i zlosc. Przyznawal, ze emocje z pracy 'przynosi' do domu. Zaczynal byc dumny ze swojej zlosci. Jeszcze wciaz czul, ze chyba nie powinien byc az tak agresywny i chyba na poczatku czul sie troche 'winny' tych emocji. Zaczal szukac potwierdzenia, ze ma racje - wszystkiemu winne czarnuchy - nie on. Zamiast odwracac glowe od rozwrzeszczanego, obrazajacego go czlowieka, ktory nie chcial kupic biletu, Pejo zaczynal odkrzykiwac. Rozmawialismy o tym, krytykowalam takie podejscie. Mowilam, zeby nie znizal sie do ich poziomu, zeby (skoro nie daje rady w tej pracy psychicznie) zmienil ja, bo zniszczy siebie. Pejo przyznawal racje.. Zreszta, sam mial bardzo podobne przemyslenia.

Zamiast zmienic prace, przestal myslec. To znaczy mysli, tylko inaczej.. W autobusach juz nie ma agresywnych pasazerow bez biletow - sa czarne malpy. O Polakach wyzywajacych go od ch..ow Pejo zapomnial. Na www spolecznosciowych Pejo promuje nacjonalistyczne tresci, zada czystosci rasy i krwi slowianskiej (ale i Polskiej w ramach slowianszczyzny), rzuca obelzywe teksty o malpach, podludziach, smieciach i pisze z duma o nadnarodzie. Cytuje bardzo wybiorczo teksty i statystyki, szykanuje 'malpe' z bledem na tatuazu, podczas gdy na plakacie jego nacjonalistycznego stowarzyszenia wychwala 'wspulnote' przez 'u'.

Napisalam Pejowi, co czuje i mysle. Nie chcialam odwrocic sie po cichu. Przeciez to Pejo, ktory zawsze o wszystkim ROZMAWIAL, zeby zrozumiec... Pejo napisal, ze oczekiwal ode mnie wiekszego obiektywizmu i szacunku dla wartosci ktore on wyznaje skoro on nie wypowiada sie na temat mojego, niezgodnego z jego wartosciami, podejscia do posiadania dzieci. Bo ja dzieci juz powinnam miec. Dwojke lub wiecej. Z bialym. Najlepiej z Polakiem.

Po pieciu dniach oblednej szarpaniny emocjonalnej zaczynam dochodzic do siebie. Wiem, ze sposrod znajomych Pejo zniknely juz 2 inne osoby. Odeszly po cichu nie chcac sie zadawac z agresywnym rasista.
Ja nie chcialam sie poddac.. Przeciez to ten sam czlowiek z ktorym jedlismy Wigilie. Co z tego, ze glaszczacy sie po miesniach zamiast uczyc sie rzeczy, ktore go moga wyrwac z tego chorego zawodu! Trzeba mu powiedziec, ze Ci nowi kumple od 'wspulnoty' przez 'u' bez zadnych skrupulow skopia mu tylek, kiedy tylko im podpadnie..  Ale Pejo juz angazuje sie w dzialanosc na wyzszych szczeblach. To on bedzie teraz robil plakaty.. Pejo znalazl nowa idee, w ktora wierzy..
Napisalam mu, ze chcialabym zeby sie obudzil, bo to 'nas' kiedys przedstawial swojej obecnej zonie, zeby zdobyc jej zaufanie. To z nami ja zapoznal, zeby pokazac kim sa jego przyjaciele. Kogo by jej teraz przedstawil? Przeciez my odchodzimy, bo on sie skrajnie zmienil! On juz zupelnie nie pasuje do kategorii czlowieka, w ktorego towarzystwie chcielibysmy przebywac
Pejo nie slucha. Wysyla odpowiedzi o nadnarodzie, bialej rasie i ze zrobilby porzadek, ale nie moze.. prawo go ogranicza.
Jaki porzadek by zrobil, gdyby nie bylo prawa?

Chyba zaczynam sie godzic z tym, ze Pejo umarl. Ten ktorego znalam byl w sumie dobrym, myslacym, czasem wscieklym, czasem rozesmianym czlowiekiem. Wielkim i ulomnym, jak my wszyscy.. Myslacym. Ten ktory jest, podzega do okaleczania innych. Nie-ludzi. Pod-ludzi.
Pejo umiera na nienawisc, a ja sie wypisuje z listy jego znajomych. Wstyd mi. Ktos dla mnie bliski zamienil sie w typ, ktorego wszyscy bliscy mi ludzie omijaja na ulicy z kciukiem na klawiszach telefonu.. zeby w razie czego szybko wzywac policje..
...i wciaz mi przykro...

Thursday, 3 February 2011

sposob na zycie wedlug Amelii

Dzis rano dostalam w pracy wiadomosc wewnetrzna od Amelii, ze przyniosla mi ksiazke – super, dziekuje! :-)
I ze jest dzisiaj dosc senna - :-( ja tez.. nie wiem czemu, ale czuje sie, jakbym sie jeszcze nie obudzila.. pije kawe-szatana i czekam na blogoslawienstwo przebudzenia! ;-)
I ze dwie wazne i ‘niewykonalne’ sprawy, nad ktorymi pracuje od dawna sa w fazie koncowej domykania.. mozliwe, ze co najmniej jedna z nich bedzie z glowy – Rewelacja! Gratuluje! Widzisz! Udalo Ci sie! Wreszcie zblizasz sie do czegokolwiek konstruktywnego w tym temacie! :D
No tak, ale nie wiadomo, jak to sie zakonczy.. Jeszcze moze nic z tego nie wyjsc. Plus, jesli okaze sie, ze  odniosla sukces w tym obszarze, to utknie z druga nierozwiazana sprawa na zawsze i plus szefowie nie dadza jej pracowac nad niczym innym dopoki tego nie zakoczy ostatecznie, a w przyszlosci beda do niej kierowac wszystkie podobne przypadki.. I juz w ogole utknie w bagnie! – Wiesz... I tak i tak bedziesz nad tym pracowac dopoki nie dokonczysz. Nie cieszysz sie, ze jest swiatelko w tunelu? To wolisz utknac przy zadaniu, w ktorym nic nie osiagasz, czy przy takim, gdzie jednak odnioslas jakis sukces???! Nic innego i tak i tak nie dostaniesz, dopoki tego nie zrobisz!
No moze masz racje.. Ale taka zmeczona dzis jestem.. dlaczego ja zawsze dostaje wszystko najtrudniejsze? Bez sensu, nigdy mi sie nie uda tych spraw zamknac.. :-(
(Noz ^"£^&%£! Tak masz racje. Zawsze bedziesz dostawala beznadziejne zadania i nigdy Ci sie nie uda ich zakonczyc!! Trudno! Taki Twoj los, taka karma! I masz racje – zawsze tak bedzie! I juz nigdy wiecej mi o tym nie pisz, bo mi spieprzylas moj poranek, ktory i bez Ciebie nie byl przepelniony enrgia i motywacja, ty zrzedzacy, uzalajacy sie nad soba pepku swiata, ktorego zycie jest takie ciezkie!). Urwalam rozmowe i skupilam sie na odbudowywaniu mojego wlasnego samopoczucia, zamiast na jekach wiecznie niewyspanej, narzekajacej i zmeczonej pelnym cierpien zyciem Amelii.. zastanawiajace jest to, ze tak beztrosko dalam sie poniesc swojemu zniecierpliwieniu i zlosci.. powinnam olac jej jeki, zanim pozwolilam sobie samej sie w nie wczuc! a tak na marginesie, to ja Amelie jeszcze kilka dni temu naprawde lubilam.. I chyba lubilabym ja dalej, gdyby tylko nie jeczala i narzekala tak czesto, bo te jej jeki donikad nie prowadza.. donikad i nigdy! A ja mam dosc bycia otoczona jekami, ze wszyscy sa zmeczeni i chorzy i nieszczesliwi i ze nic im sie nie chce lub nic nie wychodzi! Rozumiem, ze mozna pojeczec chwile, wiec pojecz, ale potem cos zrob!! Zmien diete, spij wiecej, zdbaj o zdrowie, jesli jestes zmeczona.. Ale nie nowymi tabletkami na wzmocnienie, tylko zmiana odzywiania, godzin snu, ilosci ruchu, zadowolenia z siebie! Nie chce Ci sie nic robic, to nie rob! Nawet jesli sie za cos wezmiesz i tak Ci sie nic nie uda? Mnie nie musisz o tym przekonywac! Pogodz sie z tym! Ja dwa razy uslyszalam i juz Ci wierze! Choc przekonywac, ze wszystko jest do dupy potrafisz, jak nikt..
Nie lubie sluchac jekow od osob, ktore nie probuja nic na zla sytuacje poradzic. Nie lubie sluchac jekow od osob, ktore jecza non stop, nie patrzac na zadna sytuacje obiektywnie..

Po 15 minutach dostalam kolejna wiadomosc.. dobre wiesci z jej projektow – chyba sie uda zakonczyc ten pierwszy jeszcze dzis! – Moja reakcja: :-)
Odpowiedz Amelii: No teraz to juz naprawde utkne na tych bezadziejnych tematach na zawsze!

Nie marnowalam energii na odpisywanie. Potrzebuje jej dla siebie.. a jednak mam ciche wyrzuty sumienia.. ciche, bo przyduszam je poduszka! (poduszka do duszenia.. ciekawe swoja droga..)
Nie chce pograzac siebie bardziej sluchajac kogos, kto zawsze we wszystkim znajduje minusy. no badzmy dorosli, skoro juz jestesmy i zdobadzmy sie CHOCBY na obiektywizm!

Amelia lubi wieczne narzekanie i marudzenie, ja wybieram nie-sluchanie! ;-)
A jutro chyba po prostu nie wlacze mesendzera rano i bede unikac rzucanych mi spojrzen kota ze Szreka, sugerujacych ze cos bardzo waznego mam w skrzynce..  tak bedzie najskuteczniej.. ;-)
Naucze Amelie, ze to, ze sie lubimy nie oznacza, ze jestem workiem na jej smieci..

PS. Jutro znowu piatus! Zycie jest piekne! :-)

Tuesday, 1 February 2011

umierajacy robocik

umarl moj laptop
po 3,5 roku wspopracy, wielu chwilach radosci przy rozmowach z Przyjaciolmi, kilku lzach uronionych podczas pisania maili i ogladania filmow, po setkach godzin pochylonego nad obrobka zdjec polamanego karku, wzial i padl.
najpierw zaczal wydawac dziwne dzwieki - dokadnie takie, jakie na filmach wydaja spersonifikowane robociki, kiedy je cos 'boli'.. po zorientowaniu sie, ze to moj 'robocik' tak popiskuje, wylaczylam go blyskawicznie.
po chwili wlaczylam ponownie, ale komputer juz nie reagowal na moje ruchy mysza.. a moze mysz poszla do srodka laptopa, zeby przytulic chorego robocika?
wylaczylam komputer ponownie.
wlaczylam jeszcze raz..
robocik wewnatrz milczal.. juz nie zyl.. :(

i jakos dziwnie mi sie zrobilo. te godziny sleczenia nad dopieszczanymi photoshopowym pedzlem zdjeciami, godziny czytania rzeczy wznioslych i niskich, rozpacz i radosc nad interfacem konta bankowego (!) ;).. i godziny przesiedziane na skypie z Rodzicami.. wszystko wewnatrz srebrnej obudowy, na ktora patrzylam codziennie przez ponad 3,5 roku.. nierozlaczna czesc mojego zycia, wlaczana rano przed praca i wylaczana tuz przed zasnieciem.. na szczescie wiekszosc danych, ktore byly wazne mam zabezpieczonych

i.. co dziwne, wcale nie rozpaczam.
chyba stoicyzm mnie wreszcie oblal swym blogoslawionym spokojem i zobojetnieniem.. a moze przyplyw histeri dopiero sie zbliza..? ;)

no w kazdym razie.. robocik umarl, proby reanimacji trwaja, a historia dziewczyny z aparatem nabiera ksztaltu wewnatrz mnie..  i az sie nie moge doczekac, kiedy uzdrowie laptopa i bede mogla ja opowiedziec..
a moze to lepiej, ze to musi troche potrwac?
a moze ta historia, choc tyle lat dojrzewala, nie jest jeszcze gotowa...?