Wednesday, 28 September 2011

uczciwość nad uczciwościami

Chorwacka ośmiorniczka będzie na jutro, bo na dziś mam niesamowitą historię z serca Londynu. ;)

Na luch pobiegłam z Amelia.. Tak, jak zawsze jem lunche ugotowane w domu i przyniesione do pracy lub kupione po drodze składniki ubrane własnoręcznie w sałatkę, tak dziś postanowiłam pójść z Amelia na miasto.
Zapakowałam w kieszenie klucze, portfel i 2 telefony i poszłam.
Zjadłyśmy szybko, przeplatając gryzy i łyki wakacyjnymi opowieściami. W drodze powrotnej skręciłyśmy do banku, żebym mogła wpłacić czek na konto i.. tuz przed przed drzwiami wejściowymi zauważyłam, że nie mam portfela! L

Sprawdziłam kieszenie. Klucze na miejscu, telefon prywatny, telefon służbowy (oczywiście już było na nim kilka maili, sms i nie odebrane połączenie, które postanowiłam zignorować do momentu kiedy wrócę do biura). Portfela nie było.

Prawie przebiegłyśmy drogę powrotną do jadłodajni, wypytałyśmy obsługę, czy nie widziała portfela.. Nic..
W drodze powrotnej do biura zaczęłyśmy się zastanawiać, czy jest szansa, że ktoś mi mój portfel odeśle. Haczyk polegał na tym, że nie było w nim pieniędzy, tylko same dokumenty i karty bankowe. Moja logika podparta wspomnieniami niesmacznych historii opowiadanych kilka lat temu przez znajomych w Polsce, szeptała, że jak są w portfelu pieniądze, to ktoś je sobie zabiera i z wdzięczności odsyła portfel pocztą, jak portfel jest pusty, to wdzięczność się nie należy i ten ktoś go po prostu wyrzuca do najbliższego kosza na śmieci…

Amelia powiedziała, że ona by zdecydowanie portfel odesłała, jeśli byłby pusty, a jeżeli byłyby w nim pieniądze, to zadzwoniłaby i oddala do rak własnych.  Taki dobry człowiek z tej Amelii...J 
I nagle obie się ucieszyłyśmy! Zadzwonić! No przecież!!! Wizytówki! Czy ja je miałam w portfelu? Chyba tak…
I kolejne olśnienie! Nieodebrany telefon!!!!

Oddzwoniłam błyskawicznie – nikt nie odebrał. Sprawdziłam smsa – ‘Masz wiadomość na poczcie głosowej’, poczta głosowa: ‘Cześć, wygląda na to, że znalazłam Twój portfel. Czekam na telefon.’

Oddzwoniłam, portfel odebrałam po kilkunastu minutach. Przesympatyczna dziewczyna w niebieskiej sukience powiedziała, że dopóki nie znalazła wizytówki nieźle się nagłówkowa nad tym, jak mnie odnaleźć.. Bo adres na prawie jazdy może być nieaktualny, a bank nie poda żadnych informacji z moich kart. W końcu wpadła na pomysł, że wpisze moje nazwisko w google i sprawdzi, czy mam swój profil na jakimkolwiek portalu.. A chwilę później znalazła wizytówkę! J
Zadzwoniła na moja komórkę, zostawiła wiadomość, zadzwoniła na telefon do pracy i tam tez zostawiła wiadomość..

Jak przyjemnie, że są wokół nas uczciwi ludzie, którym w dodatku tak bardzo zależy, żeby znaleziona rzecz jak najszybciej trafiła do właściciela..


Lucky me.. :))

Tuesday, 27 September 2011

Chorwacja i ośmiornica numer 1

w Chorwacji było piękne czyste niebo, spokojne morze i mnóstwo wysp.. było gorąco, pomimo, ze to już koniec września i było dość wietrznie.. wszystko idealne do wakacyjnego żeglowania z przyjaciółmi. :)
podczas dopływania do Archipelagu Kornati zaczęłam czuć ekscytujące zaniepokojenie.. nigdy w życiu nie widziałam takiego krajobrazu.. no może poza filmami futurystycznymi pokazującymi podboje innych planet, czy tez świat po wybuchu bomby nuklearnej ! ;)
turkusowe piękne morze i otaczające nas dziesiątki wysp.. wysp – wzgórz.. totalnie łysych, jasnobeżowych. Jeśli pojawiały się na nich jakiekolwiek rośliny, miały one co najwyżej po 20-30 centymetrów..
świat bez ludzi, roślin, zwierząt.. świat trzech kolorów – błękitu nieba, beżu wysp-wzgórz i turkusu morza..
dopiero kiedy stanęliśmy na kotwicy, żeby popływać okazało się, że ten świat jednak jest kolorowy i tętni życiem i fauny i flory! jak najbardziej jest zamieszkały, tyle, że POD powierzchnia wody! :)
włożenie maski i rurki odsłaniało magiczny podwodny świat, pełen prześmiesznych jeżowców poutykanych we wszystkie szpary i załamania skal, pełen kolorowych ryb i jasnozielonych rurek podwodnych roślin! Było tak niesamowicie, że przez pierwsze kilka minut musiałam opanowywać ekscytacje, żeby się nie zaciągać morska woda! :)


i właśnie tego dnia zobaczyłam pierwszą ośmiornice w moim życiu.. siedziała na skraju skały i z góry patrzyła na podwodny świat.. z godnością i dystansem, z wdziękiem i ciekawością.. spokojna i czujna.. piękna. :) 


i zrozumiałam, że ośmiornice pokochałam już na zawsze...
a potem była kolejne przygoda z ośmiornica.. ale te przygodę opowiem jutro. :)
i z tego kolejnego spotkania mam nawet zdjęcia! :)


... i tylko internetu nie bylo na jachcie w Chorwacji... ale do tego sie błyskawicznie przyzwyczaiłam... ;)

Friday, 16 September 2011

skrzywdzony pies



przy okazji rozmowy na forum biegowym przypomniała mi się pewna historia
generalnie biegacze rozmawiali o tym, jak sobie radzić z agresywnymi psami. czy lepszy jest odstraszacz dźwiękowy, gaz pieprzowy, czy kij bejsbolowy na właściciela, który agresywnego psa spuszcza ze smyczy. 
i przypomniała mi się historia 'mojego' pieska. 
bo tak ogólnie rzecz ujmując, ja nigdy nie miałam złych doświadczeń z psami – może z powodu farta, a może dlatego, że psom ufam, gadam do nich i naprawdę wiem, że mi nic nie zrobią? a może to po prostu zbieg okoliczności..
ale miałam jedno zdarzenie, które umocniło we mnie przekonanie, że jednak psów nie należy kopać ani spryskać ich gazem.. (natomiast powtarzam, że na mnie nigdy żaden wściekły rottweiler nie wyskoczył w ciemnej uliczce..)
biegłam wzdłuż rzeki, niedaleko domu, było już późno. jakieś 10 metro przede mną wyskoczył z klatki schodowej mały agresywnie rozjazgotany pies i poczułam, że może się zaraz zrobić gorąco... odruchowo zwolniłam krok do marszu, wyciągnęłam rękę i zaczęłam do niego mówić pewnym i w miarę beztroskim głosem: no co Ty? głupi jesteś? przecież jak ja Cię kopnę, to długo się będziesz z tego wylizywał.. głupi piesek.. naprawdę..

pies zdziwił się, zwolnił i przestał ujadać.. wypadła za nim właścicielka, przeprosiła mnie i wylewnie mi podziękowała, że nie zrobiłam jej psu krzywdy (!!!!!) ..powiedziała, że ona wie, jak ludzie mogą oceniać jej psa, ale on tylko tak obłąkanie szczeka. zaczął ujadać na ludzi w szybkim ruchu po tym, jak go potracił rowerzysta.

miesiąc czy 2 po tamtym wypadku pies wystraszył kogoś biegnącego i dostał kopniaka, po którym znowu wylądował u weterynarza - miał przetracona szczękę... i ona już nie potrafi go uspokoić, jak ktoś dorosły biegnie lub go mija rowerem. z tego, co mówiła, pies nie gryzie. dzieci wręcz mogą po nim hulajnogami i rowerami jeździć.
rozmowa skończyła się głaskaniem psa i jego radosnymi podskokami obok mnie, kiedy wracałam do biegu.

tym razem miałyśmy szczęście - ona, ja i pies.
i mam nadzieje, że tak już będzie.

generalnie, w Wielkiej Brytanii (Londynie) psy są mniej agresywne niż w Polsce, a większość z nich chodzi bez smyczy i bez kagańca.  Nie wiem na czym to polega, ani skąd się bierze, ale widzę to na co dzień. słynne angielskie pitbulle i im podobne wielkoszczękie liżą się nawzajem po pyskach i radośnie merdają ogonami do świata.. 

psy pewnie są w jakiś sposób odzwierciedleniem osobowości, nastrojów, stresów i ogólnej sytuacji ich właścicieli.. podpisuje się cala sobą pod tym, że to właściciele, a nie psy są winni/odpowiedzialni i to im trzeba by gazem po oczach za każde ugryzienie przez ich psa.i dalej biegam późnymi wieczorami po mieście, mijam dziesiątki psów i czuje, że jeśli pojawi się sytuacja zagrożenia, to rozwiąże ja bez przetracania psu szczeki.. ale na 100% zakończę ja potężnym bluzgiem i awantura skierowana na właściciela.. w celach edukacyjnych. ;)
i trzymam kciuki, żeby to się jednak nigdy nie stało.


Saturday, 10 September 2011

Pod mostem w Alicante

Dotarła do mnie historia o osobie mi bliskiej, bliskość z którą rozeszła się na szwach, jak stara poszwa na kołdrę.. znam tę historię tylko z ust wspólnego przyjaciela, więc pewnie Ania opowiedziałaby ja zupełnie inaczej, ale to chyba nie jest aż tak ważne.. ;)


Kilka lat temu znajomi Ani pojechali na wakacje do Hiszpanii. Kilka dni z tych wakacji spędzili u koleżanki w Alicante. Po powrocie, zachwyceni miastem i jego atmosferą, powiedzieli Ani, że koniecznie musi tam pojechać i że na pewno jej się spodoba.
Ania postanowiła zwiedzić Alicante podczas długiego weekendu. Po kilku dniach wróciła z rozmarzonymi oczami, a tydzień później oświadczyła rodzinie, że wykupiła kurs języka hiszpańskiego w Alicante i na najbliższy urlop jedzie na 2 tygodnie do Hiszpanii. Kilka kolejnych miesięcy spędziła żyjąc wizją wyjazdu. W końcu nadszedł czas i Ania poleciała do swojego wytęsknionego miasta.
Po 2 tygodniach kursu językowego wsiadła do samolotu powrotnego do Polski i zaczęła płakać.. Płakała przez pół drogi, po czym uspokoiła się i zaczęła kombinować, liczyć oszczędności, przypominać sobie zobowiązania i... planować! :)
Na lotnisku w Polsce Ania wysiadła z samolotu i powiedziała rodzinie, że wszystko przemyślała i przekalkulowała i że wraca do Alicante. :)


Wykupiła kolejny kurs hiszpańskiego, wróciła do pracy, po kilku miesiącach złożyła wypowiedzenie, spakowała walizkę, powiedziała rodzinie, żeby się nie martwili, bo wszystko będzie dobrze i znów wsiadła do samolotu.
W Alicante Ania wynajęła pokój czy tez mieszkanie, uczyła się hiszpańskiego, wysyłała i roznosiła swoje CV prawie wszędzie, gdzie się dało i chodziła na bardzo nieliczne rozmowy kwalifikacyjne. Zapasy finansowe topniały, jedyne prace, jakie jej oferowano to handel obnośny lub naciąganie ludzi na pieniądze. Tego Ania absolutnie nie chciała robić. Czekała więc dalej.
Po kilku miesiącach zapasy finansowe zniknęły. Rodzina, wiedząc jak Ani jest ciężko i jak beznadziejnie wygląda sytuacja z pracą, namawiała ja do powrotu, ale Ania była nieugięta.. Powiedziała: 


Może będę mieszkać pod mostem. Ale to będzie most w Alicante.


Któregoś dnia w południe zadzwonił telefon, poszła na rozmowę kwalifikacyjną i dostała pracę na okres wakacyjny, na kawałek etatu. Zarobki pokrywały koszt wynajmowanego mieszkania. Ania była wygrała! ...z czego opłacała jedzenie nikt nie ma pojęcia – pewnie z minimalnych resztek oszczędności, które jej zostały oraz z nadgodzin, które robiła od czasu do czasu. Na pewno doszła do mistrzostwa w oszczędzaniu i w życiu za minimalne środki. Życiu w Alicante. :)
Po jakimś czasie pracodawcy zaproponowali jej większą część etatu, po wakacjach ucieszyli się, że Ania chce w Hiszpanii zostać na stale i zaproponowali jej prace na etat...


To wszystko działo się już jakiś czas temu.


Ania mieszka w swoim ukochanym Alicante, spotkała mężczyznę, z którym sobie nawzajem zawrócili w głowach.. Mówi, że jest szczęśliwa. :)


A mi się bardzo często przypomina zdanie które Ania powiedziała rodzinie: Może będę mieszkać pod mostem. Ale to będzie most w Alicante.


I wzruszam się, i podziwiam, i cieszę.. Marzenia się spełniają. Warto o nie walczyć.

Thursday, 1 September 2011

pierwszy września! :)

Taka mam ostatnio zagmatwaną sytuację zawodową, że trudno się od niej odbeletryzowac. ;) w każdym razie, jakoś mnie dziś naszło na myślenie o pierwszym września! :)
i o czasach kiedy wakacje trwały od czerwca do września, a potem na studiach nawet od maja do października! To były czasy!
I zastanawiałam się dzisiaj, czy mi szkoda tego, że kiedy byłam na studiach nikt mi nie podpowiedział, żebym na przykład wyjechała na wakacjach za granicę do pracy? Nie mieliśmy rodziny czy znajomych, którzy mogliby mnie zaprosić, z polskiej strony nikt na saksy nie jeździł, a moi rodzice raczej nie wspierali inicjatyw takich jak praca i podróże po świecie – niby trzeba się uczyć języków i głowy mieć otwarte, ale na wakacjach siedzieć w domu.
No i tak mnie naszło dzisiaj, że wielu moich znajomych przez lata studiów zjeździło pól Europy, niektórzy wręcz kawałek świata – dla rozrywki lub pracując, podczas kiedy ja, w każde wakacje grzecznie pakowałam mój mizerny studencki dobytek i meldowalam się w Puszczy. I zawsze będę żałować tych wszystkich magicznych miejsc, których już nie zdążę zobaczyć, bo po prostu później niż inni zaczęłam zwiedzać ten, wciąż jeszcze ten bardzo bliski, świat.. ale nigdy nie będę żałować tego, że w każde wakacje przewracałam siano nad rzeką, przesiąkałam zapachem rozgrzanych sierpniowych ląk i słuchałam żabich śpiewów wieczorami dochodzących znad naszego stawu.. nie byłam w Chinach, nie byłam w Stanach, nie byłam nawet w turystycznej Turcji czy Tunezji.. ale byłam w Puszczy.. byłam w niej najczęściej i najbardziej jak to było możliwe.. i co roku w połowie wakacji, trochę z żalem, że czas upływa, ale i z niecierpliwością, czekałam na pierwszy września i początek roku szkolnego.
I teraz tez chciałabym, żeby była polowa wakacji i żeby pierwszy września był wyczekiwanym symbolem nadejścia kolejnego roku interesujących informacji, dyskusji, zmian, rozwoju..

A tymczasem pierwszy września właśnie mija. 

Dzieci zaliczyły dzisiaj rozpoczęcie roku szkolnego, a my kolejny dzień w pracy. I choć pierwszy września jest teraz dniem jak każdy inny, to jednak, głęboko w sercu, chyba na zawsze pozostanie wyjątkowy..
:)