Monday, 31 December 2012

Sylwester

chorowalam przez ostatnie 12 dni. na poczatku wygladalo to na przeziebienie, a ze drugiego dnia 'choroby' wyjechalismy do rodziny i byl to weekend przedswiateczny, to jak sie choroba rozkrecila, nie bylo juz jak pojsc do lekarza.. kurowalam sie domowo i kurowalam, zarlam tony bezreceptowych lekow, a moj stan sie tylko pogarszal. w koncu powiedzialam glosno, ze jade na ostry dyzur do szpitala, skoro to jedyna mozliwosc zobaczenia sie z lekarzem... wiedzialam, ze mam w zatokach wirusa lub bakterie...
to bylo przedwczoraj, w sobote.
dotrwalam do niedzieli.
w niedziele nie chcialam juz dluzej dotrwywac. po poludniu zaczelam dzwonic po numerach sluzby zdrowia, zeby sie zorientowac, gdzie w ogole moga mnie przyjac.

wiele telefonow, rozmowy z pielegniarkami i sugestia, ze jesli nie poprawi sie do rana, to moge pojsc do lekarza rodzinnego rodziny. ktora odwiedzalam.
rano bylo jeszcze gorzej. jedyna mozliwa wizyta o 17stej. zarezerwowalam ja, oczywiscie.

w przychodni od reki dostalam antybiotyki - zakazenie bakteryjne zatok. 12 dni sie z tym meczylam lykajac ibuprofen i paracetamol, a teraz, W SYLWESTRA WIECZOREM!!!!!, dostalam antybiotyki!!! o pokretny losie!!!

no coz.. skoro wytrzymalam 12 dni meczarni, to wytrzymam jeszcze jedna noc..
o 12 wypije lampke szampana (prawdziwego, ktorego wygralam w konkursie na najlepsza tancerke Bollywood w firmie!)... za zakonczenie pelnego wyzwan, pieknego 2012 roku..

a jutro zastanowie sie, czego sobie i nam wszystkim chcialabym zyczyc na rok 2013...

(oprocz zdrowia, oczywiscie!)

Monday, 24 December 2012

Boze Narodzenie

...nad Polska swieci juz pierwsza gwiazdka, a ja dopiero pakuje prezenty.

niech to beda piekne swieta.. pelne pachnacego jedzenia, ciepla i spokoju..
swieta spedzone z najblizszymi, chocby w pamieci lub przez skypa. ;)

duzo spokoju i duzo radosci wszystim zycze.. :)


Saturday, 22 December 2012

koniec swiata

oczywiscie wiedzialam, ze wczorajszy koniec swiata to kolejna bzdura, ale w przyplywie zartow na ten temat rzucilam haslo, ze moze warto za wszystkie oszczednosci kupic bilet do jakiegos magicznego miejsca i chociaz tyle z tego zycia miec... w razie gdybym jednak nie miala racji.. ;)

i dzisiaj, w swietle tego, ze mamy juz 22 grudnia, mysle sobie, jak to dobrze, ze nic takiego nie zrobilam i jakie to szczescie, ze moge dalej oszczedzac... ;)

Monday, 17 December 2012

przepis na zdrowie

Pacjent: Panie Doktorze.. czuje sie niedobrze i nie mam pojecia z jakiego powodu...




Lekarz: Prosze medytowac dwa razy dziennie po 20 minut, cwiczyc co najmniej 30 minut dziennie, unikac procesowanego pozywienia, jesc duzo owocow i warzyw z upraw naturalnych, spedzac wiecej czasu na dworze, a mniej w pomieszczeniach zamknietych, przestac sie martwic rzeczami, ktorych nie jest Pan w stanie zmienic oraz wyrzucic telewizor. Zapraszam na kontrole za 3 tygodnie.

(!!!)

Sunday, 9 December 2012

mosty

Klara kiedys powiedziala, ze fascynuja ja mosty.

Bylo pozno, polmrok w duzym pokoju, drugi czy trzeci kieliszek wina.. Nasze niekonczace sie rozmowy w Walii. Bardzo to zapamietalam, bo skojarzylo mi sie to z "Co sie wydarzylo w Medisson County" z Meryl Streep i Clintem Eastwoodem.

Powiedziala, ze uwielbia mosty i ze kiedys, jak bedzie miala za duzo kasy, to kupi sobie jakis piekny album o mostach, z kolorowymi zdjeciami i opisami. Najlepiej taki napisany i skomponowany przez architekta, zeby bylo znaczenie historyczne, historia powstania i moze troche danych architektonicznych.

Zabrzmialo to pieknie, uroczycie, tesknie... Jedno z tych "jak bede miala za duzo pieniedzy", ktore z zalozenia wiadomo, ze sie nigdy nie stana, bo nawet przy luzie finansowym zawsze pojawiaja sie inne priorytety..

I tak sie ciesze, ze ja mam wlasnie teraz pieniadze! I ze zblia sie choinka.

W tym roku Swiety Mikolaj spelni ciche, piekne marzenie Klary.

A ja bede patrzec na jej twarz, kiedy rozpakuje prezent.
I juz sie ciesze! :D



PS. To na pewno byly mosty! ;)

Sunday, 2 December 2012

najlepsze, co ojciec moze zrobic

"..najlepsze, co ojciec moze zrobic dla swoich dzieci, to kochac ich matke.."

Powiedzial dzis w radio Sathnam Sanghera, autor ksiazki "Boy with the Topknot" - niestety chyba jeszcze nie wydanej po polsku.. Ksiazka jest podroza przez przeszlosc rodziny autora, brytyjskiego Sikha, ktory w pewnym momencie zycia odkrywa tabu - ciag schizofrenii od pokolen przewijajacej sie w jego rodzinie..

Jego ojciec byl chory na schizofrenie, ale nie przeszkodzilo mu to w byciu wspanialym ojcem dla Sathnama.. Po pierwsze, przez chorobe dosc dlugo nie pracowal, dzieki czemu byl z dziecmi i dla dzieci w domu. Po drugie kochal swoja zone, ich matke i okazywal jej swoje uczucia przy dzieciach.. W domu byl spokoj, cieplo i poczucie bezpieczenstwa.

Bardzo spodobalo mi sie to, co Sathnam powiedzial. Przeciez ta choroba (zaburzenie?) nie musi odebrac czlowiekowi w miar normalnego zycia.
Wydaje mi sie, ze zaburzenia i choroby psychiczne wciaz jeszcze sa tematem tabu. W stosunku do tego, co mowia statystyki, moge sie zalozyc, ze mam w swoim otoczeniu osoby, ktore nie maja odwagi przyznac sie do choroby. Wiem ile odwagi kosztowalo kogos mi bliskiego, zeby mi powieidziec, ze mial zaburzenia zywienia. Niby nic, kazdy jakies ma.. Tyle, ze u tej osoby jest to zdiagnozowany psychiatrycznie problem, ktory leczono szpitanie. Na oddziale zamknietym. I oczywiscie zostawie te wiedze na zawsze tylko dla siebie. Rozumiem jak ciezko moze byc podzielic sie taka "tajemnica" i wiem, jak ogromne zaufaniem zostalam obdarzona. Jestem druga osoba spoza rodzinnego kregu, ktora o tym wie. I boli mnie to, ze ktos sie ukrywa i nie mowi o tej czesci siebie nawet swojemu partnerowi.. Przeciez to nie jest nic zlego. To jest wygrana walka.. Wiele walk.

I tak sie zastanawiam, ze chyba fajnie by bylo gdyby powstala jakas kampania mowiaca o zaburzeniach psychicznym w taki sposob, zeby Ci, ktorych one dotknely nie bali sie o tym mowic, a cala reszta rozumiala, o co chodzi i wiedzieala jak o tym rozmawiac.. Bo majac schizofrenie tez mozna byc np. dobrym mezem i  najlepszym ojcem na swiecie..

Chyba przeczytam te ksiazke. Interesujacy temat + historia zycia "imigranta", co prawda urodzonego i wychowanego w UK, wiec Brytyjczyka, ale zarazem Sikha zyjacego w tradycyjnej rodzinie hinduskiej, wiec temat rozdarcia miedzy dwiema kulturami, jezykami, tradycjami jest, a to temat mi bliski.


PS. Jeden z mitow schizofrenii, o ktorym dzis opowiedzial Satham - zadne badania nie udowodnily uwarunkowan genetycznych schizofrenii. Moze na nia zapasc przypadkowy czlowiek. I moze byc jedynym schozofrenikiem w rodzinie.

Monday, 26 November 2012

koniec swiata

Wedlug swiata zachodniego wedlug kalendarza Majow 21 grudnia tego roku nastapi koniec swiata. Wiem, ze zdanie skomplikowane, wiec zeby je uproscic powiem inaczej - potomkowie Majow nie wiedza, ze kalendarz ich przodkow mowi o nadchodzacym koncu swiata. Amerykanie i Europejczycy za to wiedza i niektorzy sie nawet do niego przygotowuja... A wielu przechodzi drobny dreszcz podniecenia na mysl, ze moze jednak Majowie...  ;)

Co prawda wydaje mi sie, ze po absolutnie pewnym koncu swiata, ktory sie nie wydarzyl w zeszlym roku, kazdy przepowiadajacy powinien sie stuknac drewniana palka do mieszania ciasta w czolo, ale coz.. Chyba trzeba by im to bylo stukniecie w czolo podpowiedziec.. ;)

Natomiast (!!!!), zeby tu nie tryskac samymi pomyslami, jak skutecznie wybijac konce swiata wieszczom z glow, na skromne potrzeby naszego blogowego stowarzyszenia chcialam podejsc do tematu z innej strony - od strony potencjalnego konsumenta. No wiec konsumpcji nie bedzie. Jestesmy bezpieczni.

A wiem to na pewno, bo Sliwka, ktora jest w tej chwili w drodze z Gwatemali do Meksyku, obiecala, ze pomodli sie w swiatyni Majow, zeby konca swiata jednak nie bylo.. A jak Sliwka cos robi, to na pewno skutecznie. ;) Taki czlowiek skazany na sukces ona jest i niech jej tak juz zostanie... ;)

Wiec oglasza sie oficjalnie, ze koniec swiata planowany na grudzien 2012 sie nie odbedzie. Mozna na spokojnie kupowac prezenty pod choinke i planowac przyszloroczne wakacje.
;P

PS. A swoja droga, co za porazka z tym zeszlorocznym koncem swiata!! Tamten, dla odmiany, byl chrzescijanski, ogloszony przez czlowieka, ktory juz raz wczesniej przepowiedzial koniec swiata i sie pomylil.. Po uprzedniej pomylce sie zreflektowal, poprawil wszelkie kalkulacje i koniec swiata mial sie wydarzyc juz na pewno! Hi hi hi..


Sunday, 25 November 2012

postanowienia przed-noworoczne

a w zasadzie lista zyczen..

Na urodziny dostalam od Amelii film z Jackiem Nicolson'em i Morganem Freemanem pt. "The Bucket List" - jeden z jej ulubionych. Prezent byl trafiony tematycznie, poniewaz kilka tygodni wczesniej odkrylam Bucket Lists jako takie.
Bucket List to lista, ktora sie spisuje na kartce papieru lub na stronie www. To lista rzeczy, ktore czlowiek  MUSI (czytaj: bardzo chce) zrobic w zyciu. Zanim... no wlasnie.. zanim umrze? Smierc nie jest tu atrybutem koniecznym, ale chyba pomaga, jako koniec nieodwolalny, po ktorym rzeczy ziemskich sie juz robic nie bedzie.. Przynajmniej mi nic o takiej mozliwosci nie wiadomo. ;)

O Bucket Lists dowiedzialam sie czytajac rubryke "Zycie i styl" w brytyjskim Guardianie. Byl tam krotki artykul o mlodej lekarce, ktora zupelnie niespodziewanie dostala wyrok - zlosliwy nowotwor i 14 miesiecy zycia. Kate postanowila, ze te 14 miesiecy wykorzysta w jak najlepszy, najpelniejszy sposob i.. zrobila swoja Bucket List. Sa na niej weekend z mezem (tylko we dwoje) w Londynie, wyjazd do Las Vegas, ktore oboje kochaja, kilka innych mniejszych i wiekszych podrozy, ekskluzywna popoludniowa herbatka w Savoy'u, SPA z kolezankami, kupienie torebki ulubionej firmy za pelna cene (a nie, jak zwykle, na wyprzedazy), ponowne poslubienie wlasnego meza, zobaczenie pand w zoo w Edynburgu, od zawsze odkladana na kiedys nauka wloskiego, zrobienie sobie tatuazu, zebranie 50 000 funtow dla fundacji charytatywnej wsperajacej walke z rakiem...



No wlasnie.. i stad wiem o istnieniu Bucket Lists. Szkoda, ze taka historia naprawde sie pisze...

Film od Amelii obejrzalam dopiero przedwczoraj i naprawde mi sie podobal. Pochlipalam sobie na nim troche i pousmiechalam sie do monitora..  Moze nie jest to film, ktory zmieni moje zycie, ale.. no wlasnie.. moze i zmieni? Kto to tam wie, co sie stanie. Nigdy nie mow nigdy..

Od wczoraj ukladam w swojej glowie Liste Marzen i Chcen. Roznica miedzy mna, a Kate polega glownie na tym, ze ja nie mam przepowiedzianej daty, do ktorej musze punkty z mojej listy zrealizowac. Ten dzien moze nastapic za 50-60 lat, a moze jutro. I pomyslalam, ze moze fajnie by bylo wziac kartke papieru - w moim przypadku caly zeszyt ;), i zaczac spisywac to, co chcialabym zrobic, osiagnac, zobaczyc.. 
Ta lista nie bedzie wyjsciem do kontemplowania porazek i spisem tego, czego mi sie nie udalo zrealizowac. Bedzie latarka do planowania wydarzen i wyjazdow oraz punktem wyjsciowym do swiata marzen i kreatywnosci. Uzurpuje sobie prawo do modyfikowania jej ile mi sie zywnie podoba, przy zachowaniu jednej zasady - kazde skreslenie musi byc zrobione tak, zeby mozna bylo odczytac przekreslona tresc pod spodem.. 

** Kilka tygodni temu przypomnialam sobie jak bardzo kiedys chcialam pojechac do Irlandii i jak za  mlodzienczych lat wyobrazalam sobie koncerty irlandzkiej poezji spiewanej... W Irlandii bylam juz 2 razy. Dzieki dobrym ludziom, ktorzy sie teraz buduja  na polskiej wsi pod wygaslym wulkanem :)) , zobaczylam piekne irlandzkie jeziora z dziesiatkami wysepek, schowane wsrod starych gor. Dzieki innym dobrym ludziom przeszlam dolina innych irlandzkich gor i zobaczylam celycki cmentarz, na ktorym swiatlo zachodzacego slonca bawilo sie okraglymi krzyzami.. Zobaczylam te magie, o ktorej marzylam nastoletnim sercem... I wlasnie wtedy naszla mnie mysl.. Ile moich marzen juz zrealizowalam, nie odczuwajac tego, ze stalo sie wlasnie cos wielkiego? Cos, w co kiedys bym moze nawet nie uwierzyla, ze mogloby sie stac??
A ilu moich marzen juz nie pamietam? Ile z nich odeszlo juz na dobre, ile tylko zasnelo na troche i jeszcze do mnie wroci..?
Moj "Zeszyt Marzen i Chcen" pomoze mi pamietac.. I nawet jesli wiecej bedzie w nim niezrealizowanych planow, niz tych, ktore uda mi sie odhaczyc, to moze kiedys oddam go w prezencie moim dzieciom lub wnukom, zeby dopisywaly do niego swoje marzenia? Albo zeby posmialy sie z sentymentalnej babki, co sie wzrusza, ze widziala cien celtyckiego krzyza, na burozielonej jesiennej trawie w dolinie Glendalough..





I a propos mojej milosci do muzyki szkockiej i irlandzkiej postanowilam, ze pojde na najblizszy koncert Christy'ego Moor'a ( Black is the colour ).. Bedzie jedno marzenie skreslone z listy.. 

Moze tez w jego miejsce pojawi sie kolejne? :)

PS. W listopadzie minelo 14 miesiecy od wyroku Kate. Uda sie jej zrealizowac wiecej niz planowala. :)) 

Thursday, 15 November 2012

balans dla uporzadkowanego wnetrza


Ktos zasmial sie, zartujac z mojej wiecznie rozczochranej szefowej: gdyby swiat byl taki, jak wlosy Lizy, to nigdy bysmy z niczym nie doszli do porzadku.

Liza z powaznym usmiechem powiedziala:

"Slaby dowcip, bo ja mierzwie wlosy wlasnie po to, zeby stworzyc balans z perfekcyjnie uporzadkowanym wnetrzem."

...po czym usmichnela sie krotko, odwrocila sie, podniosla sluchawke i zaczela wybierac numer telekonferencji na poziomie globalnym, w ktora sie miala wdzwonic...


Hmm..
To co ja balansuje moimi wiecznie upietymi na gladko wlosami..?? Wlosami z obsesyjnie przyklepywanym i przypinanym wsuwkami kazdym, niesmialo wyrywajacym sie spod kontroli, kosmykiem???

;)

Tuesday, 13 November 2012

Diwali.. swieto swiatel..

W zwiazku z praca w firmie z korzeniami hinduskimi mam okazje poznac wiecej kultury hinduskiej, niz kiedykolwiek wczesniej..

Mamy listopad, nadszedl czas Diwali.. Diwali to hinduskie swieto swiatel.. 
Od kilku dni moi koledzy sprzataja wszystkie katy, wymiataja kurze, sciagaja pajeczyny, szoruja wszystkie listwy przypodlogowe na najwyzszy polysk. Amrita mowi, ze to dlatego, ze hinduscy bogowie sa bardzo higieniczni! Bogini Lakshmi do brudnego domu nie przyjdzie. ;)

Diwali to najwazniejsze swieto w hinduskim kalendarzu - swieto pelne migoczacych swiatel lampek oliwnych, pelne slodyczy, rodziny, tanca i smiechu. Swieto fajerwerkow i modlitwy o dobrobyt. Tradycyjnie przypada ono na koniec okresu zbiorow w Indiach, kiedy wszyscy modlili sie do bogow w podziekowaniu za miniony sezon i z prosba o to, zeby kolejny byl urodzajny. Bo kiedys dobrobyt oznaczal urodzaj i plodnosc. Dzis, smieja sie moi znajomi, wszyscy modla sie o pieniadze! ;)

Wiec jesli ktos chce miec ustabilizowana sytuacje finansowa, to szoruje sciany i podlogi, az piszczy, zeby Lakshmi-czysciocha weszla do jego domu i uchronila cala jego rodzine od materialnych trosk. ;)

W miniony piatek moi hinduscy koledzy zrobili w pracy biurowe Diwali. Oficjalnie zarzadzono dzien ubran etnicznych, po cichu przed nie-hindusami zrzucono sie na jedzenie (mnostwo jedzenia!), podczas dluzszej niz zwykle przerwy na lunch byly Bollywoodzkie tance, smiechy, kazdy dostal diwali'owa gliniana lampke.

Ja w dodatku dostalam nagrode za najautentyczniej ubrana etnicznie osobe (nagroda ciut polityczna - chwala moim kolegom tak czy siak) i dla najlepszej tancerki Bollywood. ;)
I juz zawsze Diwali bedzie mi sie kojarzylo ze swiatelkami i ze smiechem. ;)

Szczesliwego Diwali, Moi Drodzy! :)






Friday, 2 November 2012

Financial times

Wymyslilam sposob na zdobycie dodatkowej wiedzy i moze przy okazji zrozumienia tego, co sie na tym dziwnym swiecie dzieje. W pokoju dla gosci w moim biurze codziennie rozkladane sa swieze gazety - Times, Financial Times, Guardian. Dobre tytuly.

Postanowilam, ze od czasu do czasu bede brala z pracy Financial times i czytala go w drodze do domu.

Przedwczorajszy otworzylam wczoraj... i co widze?



Artykuly byly naprawde interesujace, choc przewiduja, ze Polska dostanie troche po 4 literach w zwiazku z problemami Unii Europejskiej - glownego rynku zbytu. Natomiast, ogolnie rzecz ujmujac, artykul jest nastawiony do Polski i przemian ustrojowo-ekonomicznych pozytywnie.

Fajnie w obcym kraju, w obcym jezyku, czytac, ze kraj moich korzeni jest rekomendowany azgranicznym inwestorom - wiecej pracy dla "naszych". ;)




Monday, 29 October 2012

seler a haluksy, czyli kolejne odsloniecie magii medycyny naturalnej

po raz kolejny klekam przed madycyna naturalna.

w spadku po dziadku (doslownie!) Szuryku i Cioci Zeni (siostrze dziadka, czyli, bylo nie bylo od Bieglukow ten prezent!) dostalam haluksy. :(

zawsze te stopy takie nie do konca wyjsciowe byly, ale w sumie jednak do zaakceptowania, az tu nagle, w sierpniu, zaczely mi rosnac haluksy... :(

ani to przyjemne, bo boli.. ani ladne, nie wiem, czy kiedykolwiek mieliscie okazje zobaczyc.. ani budujace, bo oficjalne zrodla mowia, ze trzeba doczekac az urosna takie, ze sie czlowiek zdecyduje na operacje. innego wyjscia nie ma.

no wiec wyjscie jest, ale troche niespodziewane.

przegrzebalam pol internetu i znalazlam informacje, ze jest taki aparacik, ktory sie na noc zaklada na stopy i on prostuje paluchy w taki sposob, ze podczas snu stopa uklada sie tak, jak powinna. i taki maly aparacik korekcyjny moze zahamowac rozwoj deformacji. hurrrraaaaa!!!!!

potem wyzalilam sie Kini, ktora jest kopalnia madrych rad medycznych. i oczywiscie, zamiast wpasc w wielkie wspolczucie nad moim ciezkim losem, Kinia podpowiedziala cos smiesznego. ;)
ze na haluksy trzeba stopy moczyc w wodzie po gotowanym selerze. sic!

no i tak.. z jednej strony zrobilabym wszystko, zeby ich sie pozbyc, a z drugiej strony - woda po selerze? no halo..?

wrocilam do grzebania.. grzebalam, grzebalam i wygrzebalam! po ktorejs-tam kombinacji selera i haluksow dogrzealam sie do stron poswieconych medycynie niekonwencjonalnej i leczeniu silami natury.

na kilku z tych portali i blogow, oraz na stronie, o dziwo(!) szkoly jogi, znalazlam info, ze w zasadzie haluksy mozna powstrzymac, a nawet cofnac. :D

ze to nie genetyczna deformacja, tylkko odkladajacy sie w stawach wapn, ktorego organizm nie dal rady wchlonac. a wapn sie wchlania najlepiej jesli jest spozywany z magnezem, przy odpowiednim poziomie witaminy E i C. wiec czas zmienic diete - odstawic nabial, gdzie przeprocesowane na tysiac sposobow mleko wcale nie jest przyjazne dla organizmu, jesc wiecej wapnia warzywnego i produkty z magnezem; stopy na noc prostowac aparatem (aparat korekcyjny nazywa sie "Marcin"!!!?), cwiczyc stopy (nie musze rezygnowac z biegania!!) i... moczyc nogi w wywarze z selera!

no wlasnie.. bo seler ma silne wlasciwosci uspakajania stanow zapalnych w stawach.. dokladnie tam, gdzie w tym przypadku trzeba!

i jest jeszcze kilka chwytow, ktore mozna wykorzystac, zeby oczyscic organizm z toksyn i dac mu szanse wchlonac wapn tam, gdzie on powinien byc, a nie odkladac w stawach, ktore sie od tego wypaczaja.

i, jakkolwiek chcialabym byc fanky i trendy i co tam jeszcze mozna wymyslic, codziennie wieczorem siedze ze stopami w wiadrze od mopa wypelnionym po kostki wywarem z selera, a potem grzecznie ide spac z dwoma Marcinami.

Bibsztyl sie smieje, ale nie zglasza sprzeciwu


** w piatek bylam u lekarza. pokazalam doktor moje stopy. powiedziala, ze problem jest wciaz za maly, zeby operowac i ze ona by w sumie operacje odwlekala jak najdluzej sie da, bo mnostwo pacjentow zaluje, ze ja zrobilo... rezultaty nie sprostuja oczekiwaniom.. spytalam, czy jest cokolwiek co moge zrobic zgodnie z medycyna wspolczesna. uslyszalam, ze noszenie luznych butow pomaga. wtedy zaczelam mowic ja. opowiedzialam droge, ktora z moimi haluksami juz przekustykalam... doktor sluchala z zainteresowaniem, zadawala pytania, kiwala glowa. powiedziala, ze nie widzi w moich slowach niczego nielogicznego, ze wszystko, co mowie ma sens z puntku widzenia jej wiedzy lekarskiej. powiedziala, ze bedzie trzymala kciuki, zeby metody naturalne zadzialaly. :)

dostalam zielone swiatlo od lekarza! :D

dzis wieczorem caly dom znow pachnial gotowanym selerem. i tak juz zostanie.
do skutku :)


Friday, 26 October 2012

zwiedzanie Irlandii

Jedziemy dzis do Irlandii.
Tylko na 2 dni, na weekend, odwiedzic znajomych.

Znajomi maja dwojke maluchow, my mamy prezenty. :)

Prawie sila powstrzymalam Bibsztyla od rozpakowania kolorowego samochodu! Bo przeciez trzeba sprawdzic, czy dziala, zanim da sie dziecku, prawda? Zeby dziecka nie rozczarowac. ;)
(jakims dziwnym zbiegiem okolicznosci Bibsztyl nie czul potrzeby sprawdzania teczowych flamastrow...)

Jutro rano, pod Dublinem, ja bede kolorowala z Sbdh teczowe wrozki, a Bibsztyl z Connem bedzie jezdzil po podlodze najpradziwsza terenowa wyscigowka. ;)

..tez dobry sposob na poznawanie tego pieknego kraju ;)


Wednesday, 24 October 2012

odkrywanie Radhiki

Zmienilam prace, zmienilam otoczenie, zmienili sie ludzie, z ktorymi dziele robocze dni.

Nowi ludzie sa inni... Oni sa bardzo mili, nie tylko z usmiechami, ale i z sercem na dloni, a jednak inni do tego stopnia, ze miesiac temu zadeklarowalam Amelii, ze przyjazni z tej firmy raczej nie wyniose..

Nigdy nie mow nigdy. ;)


Radhike zauwazylam 3 tygodnie temu, bo miala zapuchniete uczuleniem oczy. Przed tym dniem widzialam ja wielokrotnie, oczywiscie, ale przesuwalam po niej wzrokiem i wymienialam grzeczne usmiechy - kolezanka z pracy. Zwykla, szara kolezanka. Troche zamyslona, troche strapiona, mowiaca tak szybko, ze czasami trudno ja zrozumiec.

O Radhice wiedzialam tylko, ze jest mezatka i ma coreczke, do ktorej wybiega z pracy codziennie o 5tej po poludniu.
I ze jest mila.

***

Na zapuchniete oczy Radhiki zwrocilam uwage w lazience. Myslac, ze to od placzu, spytalam, czy cos sie stalo.. Odpowiedziala, ze nie, ze wszystko jest w porzadku, tylko ona ma takie okropne uczulenie.. Az jej wstyd..
I zaczelysmy rozmawiac o jej uczuleniu, spytalam, czy moge jakos pomoc, czy to boli, czy ma na to leki.. Okazalo sie, ze Radhika czeka na urlop, kiedy pojedzie do swojego egzotycznego rodzimego kraju i poprosi o przygotowanie dla niej specjalnych lekow homeopatycznych, a poki co ratuje sie miesjcowymi. Chwile porozmawialysmy o medycynie z jej kraju, o medycynie tutejszej i zachaczylysmy o moj kregoslup i Radhika podpowiedziala mi niekonwencjonalny pomysl, jak sobie z nim poradzic. Chyba sprobuje. :)

Dzien pozniej Radhika zapytala mnie, czy moge jej pomoc z czyms-tam sluzbowym. Pewnie, ze moglam. Radhika jednak nie oddala mi czegos-tam do zrobienia, tylko zaczela zadawac mnostwo pytan, jak to sie robi i po co. W koncu zrobila wszystko sama.
I wtedy tak naprawde pomyslalam po raz pierwszy, ze pomimo tego, ze w ogole sie nie wyroznia w tlumie moich nowych kolegow, to wlasnie jest inna. I ze to wrecz zaskakujace, ze ktos chce zainwestowac czas i nauczyc sie dodatkowych rzeczy, choc moglby je oddelegowac do zrobienia komus innemu.

Pozniej, pod wplywem filmu o Gandhim, spytalam Radike o to, jak ludzie postrzegaja go w jej kraju.. Radhice zaswiecily sie oczy. Mowila przez kilka minut, jak zwykle cichym glosem, jakby czekala, czy komus nie ustapic miejsca w zyciowej kolejce..

A potem byl tydzien z minimalnym kontaktem i nagle lunch. I rozmowa przy stole, podczas ktorej Radhika powiedziala, ze ona i jej maz planuja zostac w Wielkiej Brytanii. Osiedlaja sie tutaj, choc bardzo lubia podrozowac i mogliby jeszcze pojezdzic po swiecie zawodowo, ale coreczka niedlugo pojdzie do szkoly i w ogole.. to jest dobry kraj, zeby w nim mieszkac..

- Lubicie podrozowac? A jakie kraje, kontynenty?
- Ja to kocham Azje - Japonie szczegolnie, ale lista moich miejsc do zobaczenia jest ogromna..
- Japonie? Hmm.. Japonia nie jest na szczycie mojej listy, ale tez chcialabym ja kiedys z bliska obejrzec..
- Aga, naprawde warto. Japonia jest niesamowita.
- To Ty juz bylas w Japonii?
- Ja tam mieszkalam. 3 lata. (...)
Rozmowa poplynela magicznie.. Radhice znow blyszczaly oczy.

Znajac ciut literatury japonskiej spytalam, czy lubi czytac ksiazki. - Czy lubi? Uwielbia! Czyta mnostwo ksiazek!

A czy zna literature japonska? - Troche zna.

A kogo lubi najbardziej? - Kilku autorow, ale ostatnio dominuje Haruki Murakami.

(No przeciez ja dlatego spytalam o literature, ze pomyslalam, ze skoro tak uwielbia Japonie, to ja jej moge pozyczyc jego ksiazki, zeby jej sie przyjemnie poczytalo cos wyplywajacego z kultury, ktora ja az tak zafascynowala!!!!)

I tak jakos cieplo sie zrobilo - i mnie, i jej. Nawiazala sie nic bliskosci i porozumienia.

Kilka dni temu znienacka zaczelysmy rozmowe o zdrowym odzywianiu (bo Radhika zwraca uwage na to, co je i, jak ja, czyta w sklepach etykiety) i z tej rozmowy wyplynelo, ze Radhika kilka lat temu uciekla nowotworowi. Po diagnozie i wstepnej rozpaczy zaprzegla wszelkie dostepne metody - chemie i naswietlania wspolczesnej medycyny, diete, bioenergoterapie, techniki oddechowe i wszystko czym ja medycyna naturalna mogla wesprzec. Jej determinacja przyniosla swietny rezultat. 2 lata pozniej urodzila sie Aditi, ktora jest w polowie checia posiadania dziecka przez Radhike i jej meza, a w polowie checia najpelniejszego i najglebszego podziekowania Rodzicom i tesciom za kazdy dzien, kiedy Radhika walczyla z nowotworem, a oni wszyscy byli przy niej i z nia w kazdym momencie radosci i zalaman w tej walce.

Radhika powiedziala, ze miala w tym wszystkim duzo szczescia, i to doswiadczenie nauczylo ja doceniec wszystko co ma. Wszysto. Nie nauczylo jej za to ani spokoju ducha, ani cierpliwosci. ;)

***

Nie wiem, czy bedzie z tego przyjazn. Chyba dzieli nas zbyt duza roznica kultur, za duza odleglosc miedzy naszymi mieszkaniami. Za malo jest tez czasu w ciagu kolejnych dni i tygodni.

Ale ciesze sie niesamowicie, ze zaczelysmy tamta rozmowe o zapuchnietych oczach Radhiki, bo moglabym przegapic te szara dziewczyne w tlumie kolorowych ludzi.

***

I ciesze sie, ze ktos tak daleki kulturowo, jakby troche z innej planety, ma tak podobne zainteresowania. I z ten ktos, dokladnie to samo mysli o mnie! ;)

Sunday, 21 October 2012

szaro buro i zima.. i bieganie

Troche mnie meczylo drzewo. Utrudnialo czytanie. Czas na zmiane.
Pewnie na takim jednolitym tle dlugo nie wytrzymam, ale na razie jakos mi sie spodobalo... :)

Jakby ktos wolal cos innego - czekam na protesty. :))

***

Na urodziny, na spolke z Bibsztylem kupilismy mi garmina. Garmin, zwany odtad gremlinem jest zegarkiem sportowym. Taki komputerek na reke, ktory mierzy i zapamietuje wszystko. 
I ktory motywuje do tego, zeby dokrecic dodatkowy kilometr w drodze powrotnej z przebiegnietej petelki. 

Gremlin motywuje, mierzy wszystko, zapamietuje, rysuje w komputerze wykresy i.. 
No i wlasnie.. na gremlinowej stronie internetowej daje mozliwosc ustalania celow biegowych..

I Aga, w natchnieniu szczesliwego swiezego posiadacza gremlina ustalila sobie 200km w 30 dni. 
Cel wykonalny, jak najbardziej, ale i dosc ambitny w zyciu, w ktorym nie tylko bieganie zajmuje wazne miejsce i czas...

Zostaly 3 dni, 30 kilometrow i jest paskudna pogoda. 
Naprawde paskudna. Mgliscie, szaro (w tej chwili to juz ciemno), mokro, kapusniak wisi w powietrzu, zamiast spadac na ziemie, wieje zimny wiatr. Korony drzew wygladaja, jakby je ktos naciagnal, zeby kolejnej przechodzacej osobie strzelic w pysk! ;)

...a wlasnie sobie uzmyslowilam, ze chyba wlasnie, w ten pokretny sposob, szukam sobie usprawiedliwienia, zeby nie wyjsc na ten ziab! ;)
(ups.. chyba wlasnie dokonalam psychoanalizy! ;) )

Dobra, ide. Len smierdzacy. ;)

Ci biegacze, ultramaratonczycy, o ktorych czytam z zapartym tchem, nie dostali sie do ksiazek i artykulow w pismach dlatego, ze w brzydka pogode zostawali w domu... ;)


...a to juz historia. Historia moja, Londynu, sztuki ulicznej i mojego biegania... ;)
to grafitti zostalo zamalowane jakies 2 tygodnie po tym, jakstryknelam mu zdjecie moja komorka.. jak wrocilam z aparatem, zeby zrobic mu jakies fajne zdjecie, na scianie, zamiast tego kawalka fantastycznej inwencji tworczej, byla rowno rozchalapana fioletowa farba... coz... widocznie ktos wolal fiolet... :(



PS. ...ale mi sie nie chceeee... ;) Dobra! Koniec. Ide choc na 8 kilometrow. 

Saturday, 20 October 2012

Lykke Li


Od czasu do czasu ktos mi otwiera oczy na nowy kawalek sztuki lub muzyki. Na cos czego nie znalam.

Do zeszlego tygodnia Lykke Li nie istniala w moim swiecie. Jej pojawienie sie wywolalo burze artystycznych tesknot i kreatywnosci. :)


Mloda szwedka, corka fotograf i muzyka, wychowana w kilku krajach, ze skala glosu sopran, tworzaca muzyke mieszajaca kilka gatunkow - pop, indie rock i elektronicznej.. Lykke, ktora miala mozliwosc przezycia mlodzienczego buntu na inna, niz 'normalny czlowiek, skale, i ktora powiazala niteczki mlodzienczych zlosci, lekow i uniesien i ukierunkowala ja na sztuke.. moja wyobraznia terkocze, az zgrzytaja zardzewiale zebatki.

Lykke, ktora fotografuja artysci bawiazy sie swiatlem dla podkreslenia magii, nie silikonowych ust i biustu.. Lykke niestandardowo ladna, Lykke piekna.


i pewnie zainspirowana teledyskiem pieosenki, mysle o tym, ze taka Lykke moze sie stac wspolczesnym Andym Warhole'm.. nieujarzmiona artystka tworzaca swoja muzyke, swoja sztuke i swoj swiat.. na ktory inni beda patrzec szeroko otwartymi uszami. :)

Lykke Li "Until we bleed

wejdzie w "photos" na stronie Lykke i poogladajcie, jak ja widza fotograficy, sluchajac jej muzyki.. moze Wy tez przeniesiecie sie w swiat zachwytu dzwiekiem i obrazem, ktory mnie dzis opetal. :)

Lykke Li


***  wyciagnelam aparat i zaczelam ustawiac swiatlo... czasami wystarczy spojrzec na jedno zdjece, uslyszec jeden dzwiek, jedna mysl, zeby zrozumiec, co sie kocha...


Monday, 15 October 2012

Baćko Gwaj

Zapukal Baćko Gwaj do Nieba…

Swiety Piotr z usmiechem otworzyl drzwi.


“Czekalismy na Ciebie… Zapraszamy…”

:((



w moim oknie plonie dzis swieczka...

Thursday, 11 October 2012

Sliwkowa herbata

co 2-4 miesiace pije ze Sliwka herbate... na skypie. :)
umawiamy sie na caly wieczor, parzymy herbaty i ziola, i snujemy historie minionych 2-4 miesiecy, dzielimy sie radosciami i smutkami - zawsze konczac pozytywna nuta..

i po kazdej takiej herbacie mam wyrzuty sumienia, ze tyle Sliwkowej energii polknelam, ale Sliwka tez twierdzi, ze podladowuje baterie, wiec staram sie nie podwazac tego w myslach, tylko sie cieszyc! :) (egoistka!) ;)

a co sie wydarzylo wczoraj? wczoraj po raz kolejny udowodnilam sobie, ze jezeli spotkasz osobe bliska na poziomie duszy (dla duszewnych ateistow - na poziomie komorkowym ;) ), to niezaleznie od uplywu czasu, zmiany warunkow, wiekszych lub mniejszych wydarzen zyciowych, ta osoba wciaz Ci bedzie bliska...
i wczoraj, po raz kolejny - a kilkadziesiat ich juz przeciez bylo, okazalo sie, ze przechodzimy ze Sliwka podobne zyciowe perypetie, fazy rozwoju, fazy uniesien i upadkow...

obie od wielu miesiecy, stopniowo, konsekwentnie i nieodwracalnie przechodzimy na swiadome i zdrowe odzywianie, czytajac niezalezne zrodla i potwierdzonych "ozdrowicieli" (czytac: naturalnych lekarzy, ktorzy zamiast tabletka lecza pokazujac, gdzie popelniasz bledy w odzywianiu i stylu zyia, ktore doprowadzaja Cie do choroby - prawdy niewygodne, bo latwiej polknac tabletke i za brak poprawy winic medycyne i podly los, niz przejac odpowiedzialnosc za to, co sie ze swoim organizmem wyprawia)..

obie z pewna skutecznoscia zarazamy tym naszych najblizszych

obie wciaz marzymy o lazeniu po jaskiniach - ja dodatkowo o nurkowaniu w jakiniach. :)

obie tesknimy za kreatywnoscia na skale wieksza niz zycie zawodowe nam na to pozwala..

i...

obie szukamy drogi, zeby ta kreatywnosc nie rozsadzila nas wewnetrznie, a zeby przyniosla nam radosc i spelnienie... :))

i te pomysly, ktorymi codziennie pulsuja moje skronie, dzis zaczely przybierac ksztalty ciut bardziej realistyczne. wciaz jest ich kilkanascie, ale chyba zaczynam podejmowac dedcyzje, w ktore zainwestowac czas.. i jak zainwestowac czas. przemyslenia minionego tygodnia, wypowiedziane na glos ponad kubkiem herbaty imbirowej, zatwierdzone kiwnieciem Sliwkowej glowy, nabraly mocy urzedowej. :)

prawda, ze ja te decyzje podjlam juz kilkakrotnie.
prawda, ze planow dwuletnich bylo juz trzy lub cztery, ale jednak kazdy kolejny przybliza mnie do mety, prawda? :)

a meta nie jest zakonczeniem tarsy. meta jest poczatkiem nastepnej. i choc nigdy nie jezdzilam na nartach, to widze mete, jak szczyt gory, na ktora sie tak mozolnie wspinam.. kiedy w koncu tam dotre, wloze narty i zaczne szusowac z rozwianym wlosem, na rozbicie lba i polamanie karku.. i to bedzie jedna z tych tras, ktore nie maja konca. :))

jezeli doprowadze moj plan do punktu realizacji, to sie podziele radoscia..
jezeli nie doprowadze, to pewnie tez sie podziele..


realizacji planow, Wszystkim. :)


Tuesday, 9 October 2012

Baćko Biegluk

Baćko Biegluk zapukal do nieba. Swiety Piotr otworzyl okienko w perlowych wrotach, wyjrzal przez nie i natychmiast zatrzasnal. Zapukal Baćko Biegluk do piekla:

“Zamkniete! Nie przyjmujemy!” krzyknal ktos zza wrot..
“Ale..”
“Nie ma zadnego ale!” ;)
 
Podrapal sie Baćko Biegluk po kudlatej brodzie…
 

Poszedl z powrotem do Nieba, zapukal i kiedy tylko wychyila sie glowa swietego Piotra, zapytal:
“Swiety Piotrze, przyszedlem tu z dobrej woli, moglem pojsc gdziekolwiek indziej i nie rozumiem, dlaczego mnie nie wpuszczasz..?”

“Zbyt uparty i nie lubisz ekologow! Wracaj skad przyszedles, Biegluk. Popracuj nad soba. Moze nastepnym razem sie zastanowimy.”

 
Kilka godzin pozniej Baćko Biegluk wybudzil sie z narkozy. Mostek bedzie sie zrastal kilka miesiecy. Serce pokrojone i pozszywane, ale dziala. Jakie te srodki do narkozy dziwne… Co to mu sie snilo…?

 
I nikt juz nigdy nie bedzie wiedzial, czy to dzieki sprawnym dloniom hirurga, czy dzieki wlasnej zasiedzialej wredocie Biegluk Senior wrocil spokojnie na te strone…
I nikt wiedziec nie musi. Grunt, ze jeszcze nie nadszedl czas...
 
*

Monday, 8 October 2012

ciaganie nosem

Ok. Bylam dzis troche przewrazliwiona, ale ile godzin mozna sluchac kogos wciagajacego katar do nosa??

Po 5ciu godzinach nie wytrzymalam, przechylilam sie przez stolik i podalam kolezance chusteczki. Z usmiechem powiedzialam: "Slysze, ze caly dzien ciagasz nosem. Moze mniej sie bedziesz meczyla, jak go porzadnie wydmuchasz..?"

Kolezanka powiedziala, ze nie ma pojecia skad jej sie przyplatalo przeziebienie i podziekowala za chusteczki, po czym zamiast wydmuchac kartofla, zaczela nimi podcierac to mokre, co zostaje POD nosem, po kolejnym wciagnieciu!!!!!!! ;(
To bylo jakas godzine temu.

Trzymajcie mnie, bo juz dluzej nie zdzierze! ;(

XXI wiek, Europa, jestesmy dorosli!
Czy to ja jestem potworem, czy ten nos mozna by, do 100 diablow (!!) wydmuchac???!!


*** DObrze, ze szczytowanie rozdraznienia przeszlam ok 17stej.. Godzine pozniej bylam juz w drodze do domu. Ufff..


Sunday, 30 September 2012

Jest piosenka, ktorej swego czasu potrafilam sluchac na okraglo. Moze 'na okraglo' to lekka przesada, ale tak z 10-20 razy jeden po drugim, bardzo blicsko glosnikow, zeby nie ucieklo zadne dotkniecie strun smuczkiem, z zamknietymi oczami..

Kocham tekst Adama Ziemianina, kocham myzyke i spiew Starego Dobrego Malzenstwa.

I jakos dzis wieczorem mnie znow na nia napadlo. Pomyslalam, ze sie podziele..


Czasem nagle smutniejesz
To jakby dnia ubywa
I nie wiem jak ci pomóc
Więc tylko proszę wybacz

Czasem łzy w twoich oczach
Na krótką chwilę goszczą
I nie wiem czy coś mówić
I nawet nie wiem po co

Puszczam więc wtedy latwce
Ze śmiechu mego śmieszne
I znowu dnia przybywa
Powietrze staje się lżejsze

I lżejsza staje się wędrówka
Z plecakiem wciaż coraz cięższym
Nad domem przysiadła tęcza
Na nieba niebieskiej gałęzi



a tu mozna posluchac...

Majstersztyk jezyka, dzwieku, emocji...

***UWAGA, od sluchania moga sie wlaczyc tesknoty i moze rozbolec dusza, ale to piekny rodzaj bolu.. ten bol nie zabija.. on uskrzydla! Polecam. :))



Friday, 28 September 2012

moja powtarzalnosc

Powoli zaczelam zauwazac moja nowa powtarzalnosc. Codziennie rano w drodze na pomost, z ktorego plyne lodka na drugi brzeg rzeki – do pracy, spotykam mezczyzne odrpowadzajacego synka do przedszkola. Synek co chwile sie zatrzymuje na swojej hulajnodze i zaczyna w cos wpatrywac lub rozgladac dookola, a Tata pogania go delikatnie po francusku. Mijam tez tego samego starszego mezczyzne biegnacego w bialej podkoszulce i czerwonych krotkich spodenkach. Na pomoscie codziennie widze kilka osob, ktore juz rozpoznaje – dziewczyne z gazeta, chlopaka w eleganckich spodniach i koszuli, bez marynarki (pewnie zostawia ja w pracy) sluchajacego muzyki tak glosno, ze mozna rozpoznac zespol, itp . Miedzy moimi rozpoznawalnymi jest tez kobieta z malenstwem w wozku i synkiem (znowu!) na hulajnodze. Maly jezdzi w te i z powrotem po pomoscie do momentu kiedy lodz zaczyna sie zblizac. Zwrocilam na nich uwage, tydzien temu, kiedy chlopczyk sie bardzo ekscytowal, ze nasz clipper ma wlaczone swiatla. ;) Od tego czasu “widze” ich juz codziennie.

Taka moja powtarzalnosc w mojej bajecznej drodze do pracy.

Dzis lodka zaparkowala przy pomoscie z innej niz zazwycaj strony i moj wyprobowany trik siedzenia na najblizszym do wyjscia miejscu zadzialal na moja niekorzysc ;). Wyszlam z lodki jako ostatni pasazer i wartkim krokiem ruszylam ku pracy. Nagle cos zazgrzytalo w rytmie granitorow pedzacych rownomiernie w roznych kierunkach. Kobieta z wozkim kucala obok malucha z hulajnoga I tlumaczyla mu z usmiechem, ze ‘tamten Pan’ wcale na niego nie nakrzyczal.. ze ‘tamten pan’ go na pewno ludzi I nim sie przejmuje.. I ze zwrocil mu uwage, zeby nie jezdzil po rampie miedzy lodzia a pomostem, bosie bal, ze moze sie przewrocic I ze cos mu sie stanie.. I ze to bylo dlatego, ze tamten Pan tez sie o niego troszczy.. I ze wszyscy sie o niego troszcza, bo jest nardzo fajnym chlopcem..

Usmiechnelam sie do kobiety, a ona do mnie.. Chlopiec odwrocil w moja strone buzie.. Nie plakal, choc widac bylo, ze w oczach zebralo mu sie kilka lez.

A dlaczego ta Pani sie do Ciebie usmiecha?
Ta Pani sie do nas usmiecha, bon as tez lubi. Pamietasz te Pania? To ta Pani, ktora ma torbe z krowka I codziennie czyta ksiazka..

Chlopiec pokiwal glowa. Lzy przyschly – chyba zadzialalo odwrocenie uwagi, a ja pomyslalam, ze jestem pania z torba z krowka, ktora codziennie czyta ksiazke.. ;)
I nagle sobie uswiadomilam, ze powtarzalnosc, jesli istnieje, nalezy do wielu osob na raz.. Jak pamiec zbiorowa... najdujac moja powtarzalnosc stalam sie czescia czyjejs..

I jakos juz dziwnie mi sie mysli, ze to jest MOJA powtarzalnosc.. :)


Thursday, 27 September 2012

historia pewnego usmiechu

...zeby nie bylo, ze tylko smuce ostatnio... ;)


Rozmawialam dzis w pracy z managerem, ktorego jeszcze nie znalam, za posrednictwem firmowego komunikatora. Poprosilam o 5 minut rozmowy, ktorej potrzebuje, zeby mu w czyms tam pomoc skuteczniej. On poprosil o przelozenie rozmowy na jutro i spytal, czy to nie bedzie problem.

Odpisalam:
- No problem. Let’s have a chat tomorrow. (I wstawilam :), czyli usmiech…)
Koniec rozmowy.

Kilka minut pozniej zauwazylam, ze okienko komunikatora jest wciaz otwarte. Kliknelam na nie, zeby je zamknac, ale, O ZGROZO!!, moja uwage przyklula ostatnie linijka rozmowy!!!

- No problem. Let’s have a chat tomorrow. :0
Zrobilo mi sie goraco – zamiast i tak niepotrzebnego usmiechu (!!!) wstawilam :0

Blyskawicznie napisalam kolejna linijke

- Apologise.. to mial byc :)

Po 2 sekundach przyszla odpowiedz: No problem! >;D

Amrita sie prawie poplakala ze smiechu, jak jej pokazalam historie rozmowy. Po pierwsze - zamiast usmiechu wyslalam afcetowi rozdziawiona jape! A po drugie, manager z ktorym rozmawialam ma w firmie opinie bardzo powaznego czlowieka. ;)
Hi hi..


Wednesday, 26 September 2012

ciagot ciag dalszy...

Wiem, ze to nie powinno byc tak, zeby codziennie patrzec na zegarek i cieszyc sie, ze kolejna godzina juz minela, ale.. ale jest w tym sens – jeszcze 2, moze 5 lat i … wolnosc. Wolnosc nie-absolutna, ale wolnosc blizsza Wolnosci. Teraz jest czas pracy i pensji.. czas zabezpieczania przyszlosci.. za 2 lata zacznie sie czas powolnego budowania podwalin nowego zycia.. za 5 lat gasze za soba swiatlo, zamykam drzwi i ruszam w droge. Taki jest plan, choc pewnie niewykonalny.. ;)

I jakkolwiek pieknie to brzmi w porownaniu z wizja utkwienia w biurowym wiezieniu na zawsze, to jednak i przeraza troche.. 5 lat.. tak krotko i tak dlugo! Ile nowych zmarszczek bede miala za 5 lat. Jak bedzie wygladalo moje cialo, jak moja dusza? Czy wciaz bede sie czula mloda i silna? W jaki sposob sie zmienie? Co osiagne? Jakim bede czlowiekiem?
Czy bede inna, czy taka sama?


Bo w jakis dziwny sposob, w tym, tak niemoim, swiecie, rozwijam sie zawodowo, wskakuje na kolejne stopnie i powoli ide do gory. Choc sama nie wiem, ani jak, ani po co. ;) Chyba tylko po kawalek dachu nad glowa, ktory w koncu kupie i pod ktorym w koncu zamieszkam.


Czy wszyscy tak maja, czy to tylko ja i garsc moich przyjaciol, ktorzy tez poszukuja sensu w tych codziennych przebierankach..?

Tuesday, 25 September 2012

jeden z tych dni...

Dzisiaj byl jeden z tych dni, podczas ktorych mysli egzystencjonalne zagluszaja wselkie inne, niezaleznie od ilosci pracy, zadan i od generalnego samopoczucia. Piekne, sloneczne biuro z oblednym widokiem na marine i na rzeke, pelno ludzi dookola, natlok zadan do wykonania, a w glowie piekaca mysl, ze powinnam byc w domu i szyc zaslony lub zabawki, robic na drutach, pisac, pracowac nad strona www i szukac fotograficznych zlecen, rozwijac jakikolwiek niekorporacyjny biznes, w ktorym kreatywnosc nie zmierzalaby w kierunku zaspokojenia wyznaczonych wskaznikow wydajnosci. Ja powinnam pisac i fotografowac.. Czy to sie kiedykolwiek stanie? Czy to nadejdzie, pojawi sie, nastapi?


Niespokojne mysli wylatuja ze mnie, jak ptaki i szybuja pod sufitem.. potem kieruja sie ku wolnosci, ale po drodze odbijaja sie od zaslaniajacych ja szyb.. wiec wracaja po cichu, zgarbione… i siadaja, smutne, na grzedach we mnie.. i czekaja na 18sta, kiedy w radosci pedu do domu znow zapomne, ze ten jedyny, malutki skrawek czasu, ktory jakims biologiczno-chemicznym cudem zostal mi podarowany, wykorzystuje w tak daleki mi sposob..


A jutro moze mysli nie wyrwa sie z letargu i bede sie cieszyc oblednym widokiem za firmowym oknem, interesujacymi ludzmi, z ktorymi rozmawiam i osiagnieciami w pracy..?


A moze jutro juz tu nie przyjde, tylko zapukam rano do mojej pieknej sasiadki Ishq’i, ktora zmienia imie za kazdym razem, kiedy w kanale medytacji ukaze sie jej nowe i ktora zajmuje sie masazem zen odblokowujacym w jej klientach uwieziona energie.. I po ziolowej herbacie z magiczna Ishq’a i jej corecka Ashvara wroce do domu, usiade przed komputerem i zrobie cos, co juz na zawsze mnie uwolni?


...wiem, ze jutro jeszcze przyjde do pracy. I wiem, ze bede sie cieszyla dniem, bedzie cieplo, konstruktywnie i dobrze.. I tak stanie sie jeszcze wiele razy. Ale kiedys nastapi koniec. Koniec i poczatek... :)


Monday, 17 September 2012

historia nowej patelni i weganskich kotletow..

Byc wegetarianinem jest latwo i przyjemnie. W moim wykonaniu oznacza to po protu nie jedzenie miesa ani zadnych potraw, w ktorych pochodzi cokolwiek, dla czego zabito istote zyjaca...

I to jest naprawde latwe.

Bycie weganinem jest juz duzo wieksza sztuka. W sklepach trudno znalezc produkty bez zawartosci mleka, jaka, itp., wiec nie ma za bardzo, jak kupic przegryzki w momencie, kiedy czlowiek zglodnieje na miescie..

...no ale weganin na diecie odchudzajacej, to juz przeklenstwo dla samego siebie! ;)


A teraz bez szumnych nazw i kategoryzowania.. miesa nie jesm, z pewnymi poslizgami, od wielu lat. Zrezygnowanie z produktow odzwierzecych (mleko, sery, jajka) przychodzilo do mnie powoli - z przyczyn etycznych (wystarczy wygooglowac i poczytac o nowoczesnej produkcji jaj czy mleka (biedne krowy i biedni my, pijacy to przestepstwo na ktore ani nasz organizm nie jest do konca przygootowany, ani nie potrzebuje antybiotykow i hormonow, ktore sie krowom anyepidemiologicznie i dla lepszej produkcji wstrzykuje, ze wspomne tylko o niedrastycznych prawdach) i zdrowotnych - od jakiegos czasu czuje, ze moj organizm nie toleruje juz mleka i jaj tak, jak kiedys. Co prawda ser pochlaniam ze smakiem, ale coz.. Przyszedl czas na zmiane.

Obejrzalam kilka filmow dokumentalnych, poczytalam artykuly i badania dostepne w zrodlach niekontrolowanych przez media oficjalne, ktore tak wspieraja odzwierzecy business i produkcje, ze w latach 50tych prowadzily kampanie promocyjne rdzace kobietom nie karmic niemowlat piersia, tylko od razu przestawiac na mleko krowie (sic!) i uczace ludzi, ze mieso to najlepsze, najlatwiej przyswajalne zrodlo protein (bzdura!) i... postanowilam, ze zrezygnuje z jajek i produktow mlecznych, przynajmniej na jakis czas, zeby sprawdzic, jak sie bede z tym bede czula.

A ze Bibsztyl, z przyczyn etycznych i globalnych, wlasnie postanowil zrezygnowac z jedzenia miesa, pomyslalam, ze moge i sobie i jemu w tym pomoc. Dla mnie zmiana jest stosunkowo latwa - odstawiam kilka produktow, dla Bibsztyla - rozsmakowanego miesozercy, to totalna zmiana stylu zycia. A jako, ze Bibsztyl jest dosc duzym czlowiekiem i lubi zjesc cos konkretnego, postanowilam wyspecjalizowac sie w weganskich kotletach i pieczeniach, zeby mu w tym pomoc, a i siebie dowartosciowac. ;)

Kotlety z platkow owsianych (latwizna!) robilo sie przyjemnie, choc smazenie zajelo wieki - potrzebuje nowej patelni!

Przed kolejnym stopniem wtajemniczenia - kotletami z grochu, pojechalam do tesco. Z tesco wyszlam z rumiencem podniecenia na twarzy i nowa boska patelnia... ktora nie dziala na naszej indukcyjnej kuchence, co sie okazalo dopiero po wyrobieniu grochowego ciasta...

Kotlety smazylam na starej patelni prawie 2 godziny.

Kotlety byly pyszne, patelnie wymienilam na dobra, ale poki co, jakos mam dosyc smazenia...

Thursday, 13 September 2012

widelce ponad nozami (forks over knives)

Jesli ktos moze znalezc po polsku, lub nie ma nic przeciwko ogladaniu wersji angielskiej, to BARDZO polecam. Wystarczy wygooglowac i mozna obejrzec za darmo.

Jest o film dokumentalny o tym, od czego powstaja choroby cywilizacyjne, takie jak cukrzyca, choroby wiencowe, serca, a nawet niektore nowotwory. Film z informacjami tak tak oczywistymi, ze to przerazajace.. Pokazujacymi mechanizmy ksztaltujace nasze wierzenia i obalajacymi wszczepione nam prawdy o zywieniu..

Wszystko zalezy od tego, co jemy.. Ile razy slyszalo sie haslo: "jestem tym, co jesz"? A i otylosc genetyczna i wymowkowe "zaburzenia przemiany materii" w naszym dziecinstwie nie istnialy - grubi byli ludzie, ktorzy za duzo jedli.. Z czasem nasza, zachodnia juz coraz bardziej, kultura, zapomniala, ze zeby byc zdrowym, trzeba o siebie dbac i sie zdrowo odzywiac.. I tak.. mieso jadlo sie od tysiecy lat, tyle ze nie 3 rzy dziennie w polaczeniu z chlebem, ziemniakami i zawiesistymi sosami...

Film swietny. Daje do myslenia. Mnie dal, Bibsztylowi dal.


Wiekszosc chorob cywilizacyjnych mozna wyleczyc.

Niektore mozna zahamowac.

Ale do wszystkich mozna NIE DOPUSCIC!


Trzeba tylko otworzyc umysl i zrobic odwazny krok...



Polecam.

Tuesday, 11 September 2012

czas plynie przez palce

i tyle nowego i tak bardzo nic sie nie zmienia... zagladam pod moje drzewo codziennie i jednak nic nie skrobie.. ale mam kilka cieplych opowiesci. :) na jutro.. :))

Sunday, 19 August 2012

z zycia Panny M

Niedawno, po raz drugi czy trzeci, Panna M ochrzanila swojego chlopaka.

Chlopak poszedl nie zadzwonil rano, potem na grilla do znajomego. W drodze na grilla nie slyszal, jak Panna M dzwonila, a potem mu sie rozladowal telefon i juz nie mial jak oddzwonic. Po grillu, kiedy wrocil do domu, po prostu poszedl spac, wiec zadzwonil do Panny M dopiero naastepnego dnia w porze lunchowej.

Slusznie go ochrzanila, ze tam, na grillu, byl internet, wiec mogl jej wyslac krotkie info przez facebook, ze mu sie tel rozladowal, ale ze zyje i wszystko jest ok! ;) Bo jak on mogl nie dac znac, co sie dzieje!!!?? )na to juz myslala, ze moze cos sie stalo, bo to tyle godzin przeciez, a poprzedniego dnia rozmawiali krotko i w ogole...
wrrrr.....

Chlopak wsystko przyjal na spokojnie i powiedzial, ze juz bedzie pilnowal telefonu a potem zaproponowal cos dodatkowego...

Ze jesli cos takiego sie ponownie zdarzy, i on nie bedzie oddzwanial, to moze zeby ona, po drugim telefonie czy smsie, zajela sie czyms innym, obejrzala film, przestala kombinowac, a ze on na pewno oddzwoni najszybciej jak bedzie mogl. ;)

TRUTEN!!!!!! ;)

Monday, 6 August 2012

biegowe obrazki

a tu taki obrazek z wczorajszego biegania..


 

Saturday, 4 August 2012

szybko i smacznie - przepisy wegetarianskie


Jakos trudno mi w internecie znalezc latwe i szybkie w przygotowaniu przepisy wegetarianskie, wiec powoli bede sie dzielic tymi, ktore znam. A noz ktos podejmie wyzwanie! :)

Pierwszy przepis jest banalnie prosty i przepyszny, natomiast zawiera skladniki, ktore moga byc trudno dostepne w Polske - mam nadzieje, ze sie myle.

Przepis od Lasiczki - GENIALNY!


Skladniki:
- kilka zabkow czosnku
- puszka ciecierzycy (chickpeas) - mam nadzieje, ze to osiagalny skladnik - tu jest to naprawde tanie...
- serek feta
- szpinak w lisciach
- kasza kus-kus (z braku kuskusa zrobilam potrawe z pomaranczowa soczewica (lentils) i bylo pycha, wiec mysle, ze mozna tu eksperymentowac..


Plasterki czosnku podsmaza sie na patelni do momentu, kiedy zacznie sie rumienic, po czym wrzuca sie oplukana, odsaczona ciecierzyce z puszki i kasze kuskus lub soczewice (kus kus surowy, soczewica musi byc ugotowana).
Po jakiejs minucie, kiedy wszystko na patelni jest juz cieple, wrzuca sie serek feta, ktory mieszany, powoli zacznie sie przemieniac w cos na ksztalt sosu i sklejac cale danie.
W momencie, kiedy danie zaczyna wygladac na w miare spojna papke, dorzuca sie liscie szpinaku i wciaz miesza potrawe... Po jakiejs minucie, moze dwoch, potrawa jest gotowa.


Mozna przyprawic sola i pieprzem, mozna dodac soli czosnkowej.
Czas przygotowania to maksymalnie 10 minut.
Smacznego!


****

* Proponuje wyprobowanie kilku wariacji z potrawa. Jest tak smaczna, ze podejrzewam, iz np. miekka biala fasola z puszki zamiast ciecierzycy, tez jej nie zaszkodzi. :)

** Bibsztyl-miesozerca potrawe zaaprobowal i juz dwa razy pytal, kiedy ja bede robic ponownie. :)

*** Przy nastepnym gotowaniu dolacze zdjecie!


Thursday, 2 August 2012

przedziwnosci

od poniedzialku jestem bezrobotna i wyglada na to, ze straszny ze mnie cienias, bo mamy dzis czwartek, a ja juz zaczelam sie rozpadac na kawalki.

za duzo mysle chyba. postanowilam sie skupic na pozytywach, a ze skupianie sie na pismie dziala najskuteczniej... ;)

- wrocilam do regularnego biegania i zaczelam tracic wage (a gdyby nie pomylkowe pojscie na extremalnie ciezki typ aerobiku nie mialabym zakwasow i biegalabym jeszcze wiecej!)
- zaczelam chodzic na basen i czuje, ze bede na niego chodzila regularnie! :) BB powiedzial, ze jestem w niezlej formie, choc nie plywalam porzadnie od jakichs 13 lat.. pomijajac oczywiscie ten raz kiedy na Ibizie probowalam doplynac z jachtu do plazy i malo nie dostalam ataku serca z wysilku! ;)
- wszystkie zajecia sportowe zalatwiam przed poludniem :)
- nie spiesze sie z piciem porannej kawy :)
- mam wiecej czasu na przygotowywanie posilkow, dzieki czemu i ja i BB jemy duzo zdrowsze jedzenie
- wyciagnelam maszyne do szycia i skroilam spodnice - niestety maszyna wciaga material, wiec potrzebuje ekspeta (Mamy), ktora chwilowo nie ma internetu. :( sprobuje szyc z podlozona gazeta. pamietam, ze kiedys sie tak z jakims typem materialow robilo.
- mam czas na edytowanie zdjec i niedlugo wrzuca na afcebooka galerie z osmiornica z zeszlorocznej Chorwacji!
- mam czas na czytanie mojej ksiazki! :)
- mam czas na czytanie megainteresujacych artykulow w internecie!
- w glowie urodzilo mi sie milion pomyslow na podrozowanie (przejazda rowerami ze Szkocji do Londynu), szydelkowanie (bizuteria), szycie (narzuta na sofe), businessy (etniczna bizuteria sprowadzana z Nepalu) i pisanie..

i nawet zrodzil mi sie pomysl, ze moze zamiast mojego wymarzonego maratonu pobiegne triatlon? ;)

na razie niewiele wiecej jestem w stanie wymyslic, ale tez i bezrobotna jsetem dopiero 3,5 dnia...

nowa praco, czy moglabys sie pojawic jak najszybciej, bo jeszcze troche i wdam sie w jakies niebezpieczne sporty ekstremalne.. oczywiscie tylko w mojej glowie, ale to w zasadzie jeszcze gorzej.. bo chyba lepiej jest byc chorym zapalencem i cos konkretnego uprawiac, niz miec core ambicje w glowie i nie cieszyc sie z normalnych osiagniec...

przedziwnosci takie bezrobotne.

PS. cos mi glupi blog nie chce wstawiac przerw miedzy liniami... ;( i znowu walka. ;)

Sunday, 29 July 2012

bieganie

czytam wspaniala ksiazke - Born to Run Christophera McDoughala ksiazka zaczela sie jakos wolno i ciesze sie, ze przetrwalam pierwsze 20-30 stron.. jest to dokument o wspolczesnym swiecie biegaczy dlugodystansowych. fascynujacy. jeszcze nie doczytalam do konca, a juz maraton wydaje mi sie dziecinnym marzeniem.. ludzie biagaja ultramaratony na pustyniach i na szczytach gor.. bede opowiadac.. :)

Wednesday, 18 July 2012

nowy make up

.. chyba troche niewygodnie do czytania, ale bardzo chcialam posadzic tu moje drzewo z Beachy Head... pokombinuje jeszcze..

szczęście

"Do szczęścia nie dochodzi się poprzez konsekwentna pogon za nim. Generalnie, stan szczęścia jest produktem ubocznym uzyskanym w wyniku wykonywania innych aktywności" Aldous Huxley


Sunday, 15 July 2012

Arka

Ale nie ta, Noego.. Arka Victora, ktoremu Bibsztyl wczoraj dal papierosa i na ktorej poznalam Anye, rosyjska kanadyjke mieszkajaca w naszej okolicy...

A wszystko zaczelo sie tak, wczoraj poznym popoludniem Bibsztyl poszedl przed dom na papierosa. Przechodzac obok okna zerknelam, czy stoi na swoim stalym miejscu, oparty plecami o wylot zabytkowej armaty - stal i podawal komus 2 papierosy ze swojej paczki.

Minute pozniej Bibsztyl byl na gorze z wizytowka Victora - na gwalt potrzebowal tlumacza, bo Victor bardzo slabo mowi po angielsku, a Bibsztyl w ogole po litewsku, ale juz zaczeli rozmawiac i Victor ma lodz i ze musze przyjsc i tlumaczyc. :))

Victor okazal sie Litwinem rosyjskim - za czasow Sojuza przerzucono go do jednostki wojskowej w Litwie, gdzie po rozpadzie ZSRR Victor z zona postanowil zostac. Kilka lat temu Victor postanowil zrealizowac swoj sen. Podczas gdy jego koledzy budowali domy, Victor zaczal szykowac plany budowy lodzi. Poczatkowo miala ona byc zupelnie inna, niz Arka, ale okazalo sie, ze dzieki wybudowaniu repliki XIIIstowiecznej lodzi handlowej, typowej dla Hanzy, ma szanse na otrzymanie dotacji z funduszy Unii Europejskiej. To przewazylo szale decyzji na korzysc Arki.

Arke budowano przez rok w stoczni w Petrozavodsku. Rok, poniewaz wszystko na Arce jest zrobione recznie, dokladnie tak, jakby faktycznie prace odbywaly sie w XIII wieku.. No moze prawie dokladnie, bo budowniczowie od czasu do czasu pomagali sobie wspolczesnymi narzedziami. Po ukonczeniu budowy Victor zaczal wykorzystywac Akre do wozenia turystow w przeroznych miastach na historycznym szlaku Ligi Hanzeatyckiej. Jako jedyny przeplynal caly szlak - od dawnej czesci rosyjsko-litewskiej, az po Londyn. W odroznieniu od dawnych czasow, Victor nie przyplynal zaladowany skorami z dalekiej Rosji.

Victor do Londynu przyplpynal na Olimpiade. Za kilka dni przyleci tu agent Victora, a poki do Victos i Daynel odpoczywaja w marinie niedaleko naszego domu.. Nudza sie, chodza na spacery, spotykaja ludzi i ze smiechem opowiadaja przedziwne historie.. :)

A ze sa bardzo symaptyczni i otwarci, otwieraja sie przed nimi ludzkie serca.

Po kilku minutach rozmowy Bibsztyl zaprosil Victora do nas na gore. Victor dostal piwo, kieliszek wodki (Bibsztyl jest wciaz na fali swietowania imienin mojego Taty w Polsce) i zaczal opowiadac o swoich perypetiach. Np. o tym, ze przez pierwsze 3 dni w Londynie nie dzialaly im karty bankomatowe, wiec po 7 dobach plyniecia wyladowali z pusta spizarnia w obcym miescie... bez pieniedzy. Jednak od czego jest pomyslowosc! :) Na spacerze Victor zauwazyl, ze cala marina jest oblepiona muszlami. ;) Poszli wieczorem we dwoch, pozrywali czarne muszle z kamiennych brzegow, wymyli porzadnie i zrobili pierwszorzedne danie, jak w restauracji... o tym, ze w marinie do wody pompuje sie troche brudow z jachtow Victor wie.. ale jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi, co sie ma..  muszle po wymyciu i ugotowaniu byly smaczne.

Posiedzielismy, pogadalismy, zapakowalismy do plecaka worek ziemniakow, cebile, czosnek, kawalek szynku jaki mieliemy dla naszych jutrzejszych gosci i 2 paczki papierosow i poszlismy z Victorem na Arke..

Reszte wieczoru spedzilismy pijac piwko i smiejac sie sluchajac i opowiadajac przerozne historie. Pozniej dolaczyla do nas Anya i Jane, ktore przechodzac obok zadaly kilka pytan o lodke. Odpowiadalam na nie ja, jako jedyna osoba poslugujaca sie oboma jezykami. Po pytaniu dziewczyn przetlumaczonym przeze mnie w tyl, do Victora, Anya oswiadczyla: ja govoryu po russki (okazalo sie, ze jej rodzice wyemigrowali do Kanady, jak miala 5 lat) i zadzwonila do kolezanek (do ktorych zsla na impreze), ze sie troche spoozni i ze w zasadzie one tez moga dolaczyc. Dolaczyly blyskawicznie. Wtedy zaczelo padac... Wieczor zakonczylismy siedzac w 8 osob w niewielkiej kapitance Arki, pijac piwo i jedzac tarte migdalowa z bita smietana, z rosyjska muzyka w tle...

Victor, z radoscia i niedowierzaniem krecac glowa, wielokrotnie powtarzal: "Thank you, Chris.. One cigarette! One cigarette!"

Saturday, 30 June 2012

odwrocenie losu

czyzby wszystko zaczelo sie naprawiac?
jedno sprzatanie, a taka roznica we wszechswiecie...

wynosilam dzis rano smieci do recyclingu i znalazlam na schodach funta!
juz nie wspominajac o potwierdzonym w ostatniej chwili urlopie Bibsztyla i wyjezdzie do Polski..


czyzby magiczne odwrocenie losu! ;)

Kosmosie, ufam Tobie i oddaje Ci sie bez reszty - jestem gotowa na wiecej! :)

;)

Friday, 29 June 2012

:)

Nie ma to jak dobrze posprzatac.. wszystko wskakuje na odpowiednie tory.

Bibsztyl dostal urlop (z laska, ale jednak)
Bilety na autobus na lotnisko kupione
Drukarka (po zaplaceniu za bilety pojawia sie informacje, ze MUSISZ miec je wydrukowane przed wejsciem do busa) chyba jest w centrum komunalnym na rogu

no..

to jeszcze tylko pakowanie, pezenty i jutro rano mozemy jechac. ;)

na wszelki wypadek oficjalnie wyjazd zaczne, kiedy usiade w samolocie.. :)

Thursday, 28 June 2012

porzadkowanie swiata - wydanie drugie, poprawione

wkurzylam sie na swiat. ostatnio nie byl dla mnie laskawy..

tyle niepotrzebnych rzeczy w zyciu moim i moich najblizszych sie dzieje, ze glowa boli: zdrowie, praca, praca pod innym wzgledem.. ;)
glowa boli, a od myslenia zaczyna kluc w klatce piersiowej.

przestalam myslec. dis o 17:38 zabralam sie za sprzatanie. stol przestawiony, bibsztylowe skarpety zmiecione spod lozka na polpietrze na parter i wrzucone do kosza, sciery mocza sie w wywabiaczu plam, pranie posortowane czeka az sie ze scier plamy wywabia, woda do mycia podlogi sie grzeje, koldry sie wietrza na oknie, a ja wycieram kurze i czekam na telefon od Bibsztyla, czy mu wreszcie dali urlop, bo bilety lotnicze na sobote juz mam wydrukowane.

no jak sprzatanie nie pomoze, to chyba juz nic innego nie wymysle.

czekam i porzadkuje ten przewrocony do gory nogami swiat.

Sunday, 17 June 2012

Anglia

pojchalismy wczoraj z rowerami w angielski countryside.

zawsze mnie zadziwia, ze w tym przeludnionym kraju, z doskonala infrastruktura, tunelami dla zab i zajecy, zeby bezpiecznie przechodzily pod autostradami, bo w zaden inny sposob nie dadza rady przedostac sie na druga strone, w miejscu, gdzie w jednym domu (jednorodzinnym!) mieszkaja po 3 rodziny - w tym jedna w piwnicy,... ze w tym kraju jest miejsce na zielona samotnie.. i to nie w Walii czy Szkocji, ale w Anglii wlasnie..

pojechalismy do Deer Leap Bike Park, wejscie £2,50, ubikacja, po powrocie szlauch do mycia rowerow. w miedzyczasie, pomiedzy recepcja a zmywaniem blota z kol, ram i lancuchow, kilkanascie kilometrow pokrytymi lasami i polami pagorkow. spotkalismy zajace z bialymi pupami spokojnie kicajace w strone pola owsu, spotkalismy jelenia, do ktorego udalo nam sie dosc blisko podczolgac za co zostalismy obkrzyczeni jego zachrypnietymi basowymi rykami.

przez chwile bylo zielono, dobrze i spokojnie.. dokladnie tak, jak powinno byc. 



Reksio versus Krecik

slyszalam od znajomych, ze to taki wazny mecz i ze kibice uzyskali pozwolenie od Premiera czy Prezydenta na uszycie ogromnej flagi, ale jakos mnie to zupelnie nie ruszalo..

no i wlasnie. stalo sie.

i az dziwne, ze wciaz mi jest tak absolutnie wszystko jedno.

czy chodzi o to, zebysmy wygrali my, czy zeby ogladac dobre mecze i zeby wygrywali lepsi.. 

Friday, 1 June 2012

i to by bylo na tyle

rowery przygotowane, namiot w bagazniku, a pogoda sie popsula

nie bedzie osiolkow i dzikich-oswojonych kucy.

opracowujemy plan B


A z okazji Dnia Dziecka, tak sobie mysle, ze swiat bylby zdecydowanie lepszy, gdyby wszyscy dorosli od czasu do przytulili dziecko w sobie.


Thursday, 31 May 2012

Wielki Jubileusz...

Beda plywaly statki, rodzina krolewska bedzie laskawie machala wypieelegnowanymi dlonmi, poddani horawiewkami...
Na chodnikach powoli organizuje sie miejsce przeznaczone do padania na kolana. ;)
60ciolecie panowania krolowej Elzbiety..

A my szykujemy kuchenke turystyczna, namiot i rowery, zeby na czas tego szalenstwa uciec do lasu New Forest, gdzie na wolnosci zyja kucyki, swinie i 80 oslow. ;)

Bedziem sie bratac z natura. ;)

PS. Tak sobie mysle, ze Elzbieta jest w zasadzie w wieku mojej Babci... i teraz bedzie truizm.. jak wielka roznice stanowi to, czy urodzisz sie w Puszczy, czy w przypalacowym szpitalu... jesli los by sie nagle odwrocil, zamiast zapasowych detek i smaru do rowerow szykowalabym dzisiaj garsonki od projektantow, zeby wygladac idealnie podczas usmiechania sie do poddanych mojej Babci.. Krolowej Aleksandry.. ;)

Sunday, 13 May 2012

Claire Squires i Samarytanie

W Wielkiej Brytanii biegom publicznym, zdobywaniem szczytow wzgorz, skokom z dachow budynkow, skokom spadochronowym itp. bardzo czesto towarzyszy zbieranie pieniedzy na cele charytatywne. Osoba, ktora zapisuje sie na bieg / polmaraton / maraton / triatlon zaklada strone internetowa na jednym ze specjalnie do tego przeznaczonych portali i rozglasza wsrod znajomych, ze tego i tego dnia bedzie biegl/biegla wyscig dla organizacji charytatywnej i prosi o darowizne dla wspieranej przez niego organizacji.

O tyle, o ile nie do konca zgadzam sie z czystoscia idei (poski sceptycyzm we mnie krzyczy: wplac na konto organizacji pieniadze, ktore zaplaciles za zrobienie sobie przyjemnosci z biegu, skoku itp zamiast prosic znajomych, zeby oni sie zrzucali, Ty ich darowizny przekazesz dalej ;) ) to faktycznie tysiace ludzi robi takie zbiorki i organizacje charytatywne dostaja z tego naprawde porzadne wsparcie, wiec ma to sens..

W tegorocznym Maratonie Londynskim dla organizacji charytatywnej Samarytanie pobiegla Claire Squires. Samarytanie to organizacja ktora zajmuje sie pomaganiem ludziom stojacym na krawedzi. Telefon zaufania dzialajacy 24 godziny na dobe, spotkania twarza w twarz, maile. Ludzie, ktorzy potrafia i chca wysluchac. Poufne wsparcie emocjonalne.

Claire, 30stoletnia fryzjerka z niewielkiego miasta w Anglii biegla Maraton Londynski zbierajac srodki na wsparcie dla Samarytan. Wyglada na to, ze Claire zbierze najwieksza w historii pule dotacji pomimo, ze nie udalo sie jej dobiec do mety. Przewrocila sie na ostatniej prostej, kilkaset metrow przed meta... i umarla.

Tak po prostu, nieodwracalnie, pomimo natychmiastowej pomocy medycznej. Trzydziestoletnia.

Wielu Brytyjczykow potraktowalo to jako najwieksze poswiecenie. Pomimo smierci Claire na jej profil wciaz wplywaja pieniadze. Od niewielkich, symbolicznych sum po naprawde duze..
Fundusz na koncie charytatywnym zalozonym przez Claire przekroczyl juz 930 000 funtow.

Wplacajacy pieniadze ludzie powtarzaja - zbierzmy milion dla Claire.

Profil Claire Squires zbierajacy fundusze dla Samarytan

"I can't imagine how your parents must feel. Let's get you to £1 million."
"what a woman! This needs to get to 1m! xxxx"
"You have touched the hearts of so many people around the world. You will always be remembered and never forgotten. R.I.P Claire x"
"A small donation to help you get to that £1m target. What an amazing lady."
"....have had a recent tragedy with family member with mental health illness. Wish there were more Samaritans to reach out to for help. "
"A small amount extra in memory of the young lady who gave everything. I hope that £1million+ is donated."
"Also, a further small donation ... this SO deserves to hit the million in memory of Claire."


Claire nie umarla dla organizacji charytatywnej. Przeciez to wlasnie zbieranie srodkow dla nich dodawalo jej zyciu radosci, satysfakcji i blasku, ale jej smierc poruszyla setki tysiecy serc. Moze nawet miliony.

Jeden mezczyzna przy swojej darowiznie napisal: Smierc Claire jest ogomna i niepowetowana strata, ale to piekne, ze jej zbiorka charytatywna, ktora wciaz trwa ocali tyle innych zyc..

I jeszcze jeden cytat, ktory mi zapadl w serce...


"Still up and running for you Claire x"


..still up and running..


PS. a Bibsztyl mowi, ze to kolejna moda wsrod ludzi, ktorzy zyja w jednym z najwiekszych dobrobytow na swiecie i ktorym tak naprawde blizni wisi i powiewa... ze gdyby to umarl starszy czlowiek, nikt by sobie glowy ani portfela nie zawracal, ale ze byla to mloda, ladna dziewczyna, to jest kolejny punkt sprzedazowy. wszyscy sie wzruszaja, wpisuja rzewne komentarze, wrzucaja po kilka funtow zastanawiajac sie, jacy sa dobrzy. no troche sie zgadzam, a troche sie nie zgadzam. a pieniadze, nawet jsli wygenerowane w rezultacie zbiorowego zachwytu nad wlasna wrazliwoscia, pojda na dobry cel..

Tuesday, 8 May 2012

magnetofon kasetowy i.. odkrycie zaskakujace co niemiara!

w Bibsztyl domu rodzinnym przegrzebalismy pol strychu. Bibsztyl zaciekle szukal zdjec, ktore pozniej znalazly sie w jego pokoju za szafa.. Natomiast, jako ze nalazly sie dopiero PO przegrzebaniu strychu, w nasze rece wpadlo kilka skarbow.

Jednym ze skarbow bylo ostatnie pudlo z bibsztylowej kolekcji kartonow z kasetami magnetofonowymi. :))

Skarb-nie-skarb, ale jako, ze Bibsztyl przez trzy lata mieszkal z zespolem muzycznym, to na tych kasetach utrwalony jest calkiem spory kawal historii muzyki - niesmiale proby, rozkrecone szalencze jam sessions, podspiewywania, smiechy, falsze i arcydziela. Zespol sie rozpadl jakies 15-20 lat temu, wiec najprawdopodobniej wielkich pieniedzy na posiadaniu tych oryginalow nie zarobimy, ale.. ;) ale kasety magnetofonowe z historia powstawiania nieodkrytych dziel rocka grzecznie leza w pudlach w naszym domu i czekaja az ktos je zarchiwizuje na komputerze...

No i wlasnie w tym celu wraz z ostatnim pudlem kaset przyjechal do nas magnetofon kasetowy! :D

Siedzi Bibsztyl zgarbiony nad magnetofonem, wrzuca  kasete, odsluchuje kawalek, wyciaga ja, wrzuca nastepna, slucha.. chyba bardziej wspomnien niz muzyki, potem kolejna, i jeszcze jedna,
az nagle podskoczyl na krzesle: "sluchaj, sluchaj, ale to byl wieczor! poczekaj, zaraz Ci puszcze!"

Nacisnal przewijanie do poczatku.

szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy szy... przewija magnetofon... szy szy szy szy szy szy szy szy szy...

Siedzimy, patrzymy na czarne pudlo i czekamy.
W koncu zniecierpliwiona spojrzalam na Bibszyla, a on zaczal sie smiac! ;)

Jak to sie czlowiek przyzwyczaja do postepu w technice!
Wlasnie odkrylismy rzecz najzupelniej naturalna w przeszlosci - na przewiniecie utworu do poczatku trzeba CZEKAC!!! :D

Czekanie na to, az kaseta sie przewinie wydaje sie dzis tak dziwne i nienaturalne! ;)

Przed chwila policzylam, ze ostatni raz przewijalam tasme jakies 15 lat temu.. a niech bedzie, ze 12, to i tak smiesznie to brzmi, prawda?

jak ten czas szybko leci.. zeby zakonczyc banalem. ;)


Monday, 7 May 2012

Oscar

Nie ten przyznawany amerykanskim aktorom, tylko tez 11tygodniowy, wybrany przez Emme sposrod 9tki szczeniakow, jako prezent z okazji jej siodmych urodzin.

Oscar jest malym zlotym labradorkiem z oczami jak czarne guziczki i z wciaz jeszcze wyzynajacymi sie zabkami.. Oscar zuje wszystko, co stanie na jego drdze, ze szczegolnym zamilowaniem do rak i stop przedstawicieli gatunku ludzkiego. Po 40 minutach szalenczego zucia i podgryzania - plastikowy kurczak, gumowy piszczacy hamburger, kolko, dwie pilki, kosc PLUS wszystkie rece, stopu, rekawy i buty, ktore nieopatrznie wejda w pole widzenia Oscara; Oscar powoli sie uspokaja (czytac: meczy!) i staje sie pluszowym misiem, ktory przytula sie do wszystkich i wzdycha z przyjemnoscia, kirdy sie go glaszcze po brzuszku.. potem, znienacka, Oscar zaypia w miejscu, w ktorym stoi lub lezy. Klebek szczeniecej radosci i milosci do swiata.

Bo nie trzeba byc psychologiem, czy znawca psow, zeby dostrzec, ze Oscar swiat kocha. Kocha swiat i wszystkich ludzi, ktorych zna; kocha swoje zabawki i czterdziestoletniego zolwia Pana Tommy'ego, ktory dolaczyl do rodziny jakies 25 lat temu i od dnia wprowadzki probuje uciec. ;)
Oscar kocha swiat, a swiat kocha Oscara. Bo jak nie kochac takiego pluszaka, ktory smialo, z rozpedu rzuca sie na wielkie czarne buty Bibsztyla, a potem chowa sie za czyjes nogi, bo boi sie kartonowego pudelka?

I patrze na Bibsztyla, ktory turla sie z Oscarem po podlodze, a potem spi z nim w objeciach..
I widze, ze za kilka godzin, kiedy opuscimy dom Oscara, wielki kawal doroslego i rozsadnego Bibsztylowego serca zostanie tutaj, przy maluchu, dla ktorego jedyna roznice miedzy droga szczenieca zabawka a kawalkiem sznurka stanowi to, czy sznurek lezy bez ruchu, czy ktos sie nim bawi.

Zlodziej ludzkich serc. Dobry duszek - Oscar. :)


Oscar zmeczony polgodzinnym radosnym atakiem na moje stopy...

Friday, 27 April 2012

Aniol

w czwartek rano jechalam do pracy. przesiadlam sie z metra do pociagu, otworzylam ksiazke, oparlam glowe o szybe, zamknelam oczy... otworzylam lewe oko - Clapham Junction, otworzylam prawe oko - Richmond, ktos dotknal mojej dloni..

- Przepraszam, wydaje mi sie, z to Twoja stacja..

powiedziala niesmialo usmiechnieta ladna dziewczyna w czerwonym plaszczu i poszla w strone drzwi. podziekowalam dziewczynie, spojrzalam przez okno - rzeczywiscie pociag hamowal na mojej stacji!!

wstalam szybko, podeszlam do drzwi i wysiadlam. kilka minut pozniej zobaczylam te same dziewczyne w kursowym autobusie laczacym stacje kolejowa z centrum businessu. podziekowalam jej jeszcze raz. powiedzialam, ze nie wiem, czy mi uratowala zycie, ale na pewno uratowala mi mnostwo zyciowej radosci i humor na caly dzien. :))

wysiadla na moim przystanku i poszla w inna niz ja strone.

aniol
w czerwonym plaszczu


Wednesday, 18 April 2012

Żądło

w ramach powrotu do cwiczen i proby ratowania bolacego od kilku lat biodra, od kilkunastu tygodni w miare regularnie cwicze pilates.

przedwczoraj  wspomnialam o tym w pracy, a dzis uradowana Piwonia przyniosla mi dvd z pilatesem instruowanym przez Trudie Styler - zone Stinga.

i jakos tak nie mogac sie do cwiczenia zebrac zaczelam grzebac po youtube, zeby popatrzec, kim ta Trudie jest... obejrzalam kilka zdjec i wywiadow, i tak jakos mi sie melancholijnie zrobilo.. 18 lat malzenstwa. przed slubem przezyli razem 10 lat i urodzili trojke dzieci. od 21 lat bardzo intensywnie dzialaja charytatywnie, walcza o lasy rownikowe, prawa mieszkajacych w nich ludzi - do zycia i wody pitnej, podnosza swiadomosc zwyklych ludzi o tym, jakie zlo wyrzadza Chevron i inne korporacje czerpiace zyski z paliwa i cennego drewna.. i prosza o wylaczanie komputerow, zamiast zostawiac je na funkcji czekania, o gaszenie swiatla w pokojach, w ktorych nikogo nie ma. walcza o planete.

i pomimo ponad 28 lat razem sa mlodzi, piekni, silni i.. wciaz sie kochaja.
jaki jest sekret udanego zwiazku?
nie wiedza do konca. twierdza, ze chyba chodzi o to, ze oni sie naprawde bardzo lubia...


obie zainteresowane psychologia, obie zainteresowane ludzmi, rozmawialysmy niedawno z Piwonia na temat powodow nidosytu zyciowego i generalnie panujacego wsrod naszych znajomych poczucia, ze nie sa dosc dobrzy, ze ich zycie nie jest takie, jak 'powinno' byc, ze nie osiagaja tego, co 'powinni' lub co osiagaja inni...

jedna z recept na szczescie jest uspokojenie sie we wlasnej pogoni, docenienie tego, co sie ma i nauka radosci z rzczy malych. obnizenie poprzeczki ktora sie zyciu i (przede wszystkim!!) sobie stawia...

no Trudie i Sting nijak nie pomagaja w tym zadaniu...
wydaje mi sie, ze im sie udalo dojtrzec w miejsce, o ktorym tak wielu marzy.. sluchajac tego, co mowia, poprzeczka oczekiwan sama idzie w gore. ;)

az milo popatrzec na nich razem. i trzymam kciuki, zeby im sie udalo, skoro zaszli juz tak daleko! :)


*** a tu link do wywiadu z Trudie i Stingiem. pierwsze 20 minut - Ona o ich dzialalnosci charytatywnej, pozniej we dwoje o lasach rownikowych, dzieciach, zwiazku, o czytaniu ksiazek..
wywiad z Trudie Styler i Stingiem

Thursday, 12 April 2012

Brzydkie Kaczatko

zdjecia sa bardzo slabejjakosci - zrobione moim nieszczesnym aparatem w komorce, ale to taki przyjemny dokument...

zaprzyjaznione labedzie spodziewaja sie dzieci..  :)

za kila tygodni pojawi sie na swiecie szesc brzydkich kaczatek! ;)





a ja nastepnym razem pojde nad staw z normalnym aparatem..

wiosna?

nie wiem, czy to wiosna, czy tylko kolejna wymowka, ale strasznie mi sie nie chce pracowac ostatnio..
zamiast dostac zastrzyk zyciowej energii, czuje, jakby gdzies cos peklo i ta energia zaczela ze mnie uciekac.

i nawet pobicie wlasnego rekoru na 10km nie cieszy (bo oszukiwane - przerwe zrobilam), i nawet polmaraton Shakespeare'a jakos nie cieszy - przeciez jeszcze nie wiadomo, czy na niego w ogole pojade..

i planowanie wakacji nie cieszy.. i poznawianie ciekawych ludzi nie cieszy..

praca dobra, pieniadze nienajgorsze - mozna robic szczesliwe plany, rodzina zdrowa, Bibsztyl grzeczny, wiosna idzie, zaprzyjaznione labedzie wysiaduja 6 wielkich jaj, a tu cos sie w pusta glowe stalo i radosc z niej znika, jak tylko ludzie znikaja za drzwiami. na prywatne potrzeby jej juz nie starcza.

i niby dzielic sie myslami nie chce, bo nie ma czym, tak naprawde.. ale jak zaczne opowiadc, to jakbym wiadrem je komus lala na glowe.

i sama jeszcze nie wiem, po co, to tak i na co..

kryzys wieku sredniego mnie naszedl czy co?

ide na latwizne - lykam ekstrakt z gingko biloba i pije wyciag z zenszenia. jesli to nie odbuduj moich sil witalnych i radosci zycia, trzeba bedzie podejsc do sprawy bardziej drastycznie i pogrzebac w sobie.. moze tam jakas cholera za tym siedzi. utopic babe, jak Marzanne, albo spalic czarownice.

chce miec siebie spowrotem, na wlasnosc, jak kiedys...


PS. przed chwila, szukajac googlowych inspiracji wpadlam na link: "Teraz nauczysz się prostej i skutecznej metody jak już za 5 minut cieszyć się życiem podążając za swoją inspiracją." zamrugala mi czerwona lampka w glowie. czyli sa ludzie, ktorzy maja proste i skuteczne metody cieszenia sie zyciem na sprzedaz? coz.. moze to glupia postawa, ale nie sprawdze, co sie za tym linkiem kryje. ;)

Monday, 2 April 2012

troche metalowej radosci

moj stary sprzet gasl po kawalku od ponad roku. robil coraz mniej, coraz wolniej, az w koncu przestal sie wlaczac. i juz.

zamowienie nowego potwierdzilam w miniony czwartek po poludniu :)

Piotrek, glowa IT'owa, ktorego dosc dlugo glupio mi bylo o podpowiedz prosic, bo na pierwszym wspolnym rejsie pojawil sie w koszulce z napisem: NO, I WON'T REPAIR YOUR COMPUTER, na moje prosbe o podpowiedz zareagowal niesamowicie - w ciagu kilku minut przeslal mi 2 czy 3 linki do fajnych laptopow, do tego informacje o najlepszych ofertach, swoje porady i sugestie. wybralam w ciagu kilku kolejnych minut i.. od soboty sledzilam moj laptopik na stronie przewoznika:

- skan fabryczny w Szanghaju
- skan celny w Szanghaju
- skan odbioru w Dubaju
- skan zalaldunku w Dubaju
- skan w Niemczech
- odprawa celna w Niemczech
- skan zaladunku w Niemczech
- skan rozladunku w UK
i wreszcie dzis, o 5:20 rano skan odbioru do dostawy.. :))

Doreczycielowi przesylki powiedzialam, ze czekalam na niego caly dzien.
Odpowiedzial, ze widzi to po usmiechu radosci! ;)

To chyba przyjemny zawod - dostarczac ludziom wyczekiwane paczki... ;)

...juz instaluja sie po kolei photoshop, lightroom, skype.. bede miala na czym obrabiac moje zdjecia!
koniec wymowek. przez nastepne tygodnie bede sie przedzierac przez metry kwadratowe obrazow z Polski, Chrowacji, z Niemiec.. z polowania na skamieliny, na ktore wybralismy sie z Bibsztylem wczoraj! :))

i wiem, ze to troche dziecinne, ale.. na jakis dziwny sposob, wraz z ta kilkukilogramowa przesylka moje zycie odzyskalo cien sensu z przeszlosci.. zdjecia, pisanie, smecenie, ekscytacje.. na moim laptopie, nie na firmowym, gdzie jednak czlowiek nie czuje sie do konca swobodnie..

i moze nawet zdjec bede znow wiecej robic.. :))

moj nowy komputer



PS. Piotrkowi za blyskawiczna, bezinteresowna i tak ogromna pomoc zaproponowalam butelke, pol krolestwa i brata za meza.. Nie przyjal nagrody. ;)

Friday, 16 March 2012

Shakespeare...

William Szekspir (ur. prawdopodobnie 23 kwietnia 1564  w Stratford-upon-Avon, zm. 23 kwietnia/3 maja 1616, tamże) – angielski poeta, dramaturg, aktor. Powszechnie uważany za jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej oraz reformatorów teatru.
Napisał około 40 sztuk, 154 sonety, a także wiele utworów innych gatunków. Mimo że cieszył się popularnością już za życia, jego sława rosła głównie po śmierci, dopiero wtedy został zauważony przez prominentne osobistości. Uważa się go za poetę narodowego Anglii. (tekst pozyczony: Shakespeare w Wikipedii)

Jeden z bardzo niewielu autorow, ktorzy pisali i komedie i tragedie. Wlakowalismy je z przyjemnoscia badz na sile na lekcjach polskiego. Ja tak Shakespeare'a zawsze uwielbialam. 
Dzis kwestionuje sie autorstwo niektorych jego dziel. Wydaje mi sie, ze dyskusja na temat autentycznosci autorstwa nie skonczy sie nidgy. i chyba nie ma to znaczenia, bo najwazniejsze jest to, jak ogromny wplyw na literature i postrzeganie swiata Shakespeare wywarl, niezaleznie ilu autorow sie na niego jednego skladalo. ;)

William Shakespeare urodzil sie i mieszkal w Stratford-upon-Avon. I chyba to wlasnie tam pobiegne moj pierwszy polmaraton! :)
File:Royal Shakespeare Theatre and River Avon2.jpg Krolewski Teatr Shakeaspeare'a 
File:Hathaway Cottage.jpg
Dom, ktory kiedys nalezal do jego rodziny

  Dom, w ktorym W.Shakespeare sie urodzil  

...i taki sobie sliczny mostek, ktorym na pewno przejde sie przed lub po moim pierwszym polmaratonie...


















dzis lub jutro oficjalnie zglosze czlonkowstwo.
jeszcze sie troche zastanawiam, ale szala przewaza na korzysc Stratford i Shakespeare'a - stosunkowo niewielka liczba uczestnikow, piekne miejsce, chwytajaca nazwa i w dodatku po ukonczeniu biegu dostaje sie medal! taka podroz w przestrzeni, czasie, wspomnieniach literackich i we wlasnych mozliwosciach fizycznych...

biec albo nie biec.. oto jest pytanie...

a tu, zeby nie bylo, Sonet LX Shakespeare'a... o biegajacych chwilach. ;)

Sonet LX

Jak fala mknąca ku piaskom na brzegu,
Każda z chwil naszych ku kresowi płynie,
Miejsce poprzednich zajmując w swym biegu;
I wraz z innym naprzód prąc zaginie.
Światłość otacza chwilę narodzenia;
Ku dojrzałości powoli dociera,
Wkłada koronę, nadchodzą zaćmienia
I dary swoje w końcu Czas odbiera.
Ów Czas odmienia młodości oznaki,
Na pięknym czole równe bruzdy ryje,
Pożera wszelkie Natury przysmaki
I ścina kosą, to wszystko, co żyje.
Lecz chwaląc ciebie, w Czas przyszły poniosę
Wiersz ten; niech Czasu przezwycięży kosę.
Copyright by Urszula Schmidt 1996-2005