Thursday, 31 January 2013

dzidzius

Dla zrownowazenia wczorajszego ladunku emocjonalnego, zeby na dzis zapanowal usmiech..
Po prostu zakochalam sie w tym gorylatku..

Niedawno urodzone gorylatko reagujace na zimno stetoskopu podczas swojego pierwszego badania w zoo w Melbern.

Rozplynelam sie ze wzruszenia tak, ze juz mi polamany palec nie przeszkadza.. I taka rozplynieta bede sie teraz przelewac po swiecie kaluza czulosci... bez uzywania nog.. ;)

Spojrzcie na te malutkie raczki zacisniete z zimna na palcu doktora! ;)



Zdjecie znalezione na grupie True Activist na facebooku. Oryginalny podpis: A newborn baby gorilla at Melbourne Zoo gets a checkup at the hospital and shows surprise at the coldness of the stethoscope.

:D

Wednesday, 30 January 2013

inspiracja byc

stala sie tragedia na miare wszechswiata..

we wtorek rano, na wpol jeszcze spiaca, szlam do lazienki i kopnelam ciezki metalowy przedmiot na podlodze, lezacy w waskim przejsciu, w miejscu, gdzie go nie powinno byc..

po kilku godzinach okladania stopy pod biurkiem torebka z lodem opuchlizna wokol najmniejszego palca przestala sie powiekszac.. kiedy poszlam do lazienki sprawdzic, czy palec sie wciaz zgina, w przeciwienstwie do porannego sprawdzania, uslyszalam i poczulam chrupanie.. 3 godziny pozniej lekarz potwierdzil diagnoze - zlamany, jak nic.

trzeba plastrem przykleic do sasiada/kumpla i za 6-8 tygodni bedzie dobrze.

na chwile zawalil sie moj swiat. moj maraton..
moj wymarzony i juz zaplanowany maraton...  w moim wymarzonym, dokladnie rozplanowanym na treningi czasie sie juz nie stanie.
przynajmniej nie w tym roku.. a to oznacza, ze czwarty rok pod rzad nie uda mi sie spelnic tego samego magicznego marzenia..

juz sie z tego zawalonego swiata troche wygrzebalam, ale wciaz mnie nekaja bole w duszy.. BB powiedzial dzisiaj, ze jestem negatywna i ze on nie lubi podejscia, gdzie zamiast szukania rozwiazania robi sie z czegos ogromna tragedie..
ja nie do konca to rozumiem, bo rozwiazania szukam, dopytuje wysluzonych biegaczy o inne mozliwosci treningow, ale wszystko wskazuje na to, ze jednak tego maratonu, w tym czasie nie uda mi sie zrobic.. marzeniem/planem/postanowieniem nie byl jakikolwiek maraton w jakimkolwiek czasie. mial to byc maraton Szekspira przebiegniety ponizej 4 godzin, na angielskiej wsi, z twarza oslonieta daszkiem czapki od letniego juz prawie slonca, z plucami wypelnionymi swierzym powietrzem.
czy powiedzienie, ze to marzenie upadlo i sie nie spelni to bycie negatywnym? to realizm w moim odczuciu.
bylo ono konkretnie okreslone czasowo i geograficznie. jesli sie nie dokona, to koniec. jest nie spelnione.

BB powiedzial, ze nie szukam pozytywow.. cozz.... zlamany palec w stopie dla biegacza szykujacego sie do maratonu... jakies pozytywy? nie moge biegac, wiec sie nie bede meczyc. zaoszczedze pieniadze na bilet i dojazd na miejsce maratonu. w sumie mam farta, bo moglo byc gorzej. hura?

a Bibsztyl mowi pieknie: ogladasz filmiki o inspirujacych ludziach - stan sie inspiracja dla innych. jak sie palec zrosnie zacznij trenowac i pokaz sobie i wszystkim, ze niezaleznie od tej kontuzji spelnilas swoje marzenie..
ale moje marzenie to przebiegniecie tego maratonu w konkretnym czasie.. w czasie, do ktorego musialabym trenowac intensywnie, bo przekracza moje obecne mozliwosci sprawdzone na krotszych dystansach, i tak bardzo, jak chcialabym podpisac sie pod sugestia Bibsztyla, to przeciez ja nie pokaze nikomu, ze spelnilam swoje marzenie, bo ja w ten sposob mojego marzenia nie spelnie...

to, co na pewno rozumiem, to to, ze kazdy chcialby pomoc, a mojego 'problemu' (przepraszam: mojego wyzwania, mojej mozliwosci podjecia wyzwania? - brzmi lepiej?) chwilowo sie nie da rozwiazac.. czy tu tez jestem negatywna? czy moze nie widze jakichs rozwiazan..
to konkretne moje marzenie nie spelni sie w tym roku na pewno (uwaga, uzylam frazy potwierdzajacej, ze mysle negatywnie, bo z gory zakladam, ze sie nie uda (jak to BB powiedzial..).. a ja niczego nie zakladam. ja WIEM ze sie nie uda. ponizej 4 godzin bez intensywnego treningu nie pobiegne. zeby nie byc goloslowna spytalam juz 2 odwiecznych biegaczy. sa tak samo negatywni, jak ja! - napisalam prosbe o sugestie treningu rowniez na forum biegowym. czekam z nadzieja na nadzieje ;) )

przejrzalam liste pozniejszych maratonow.. tak, jak przez 4 minione lata, tylko ten jeden do mnie przemawia.. slysze jego wolanie.. coz.. moze to wolanie dotyczy przyszlego roku..

*** nie spedze mojego zycia myslac o tym, jakie mnie spotkalo nieszczescie, ale jak slysze o tym, ze nie szukam pozytywow i ze ktos nie lubi, jak sie nie szuka rozwiazan tylko robi z czegos tragedie, to mam mu ochote nakopac lewa noga tak, zebym kulala na obie.

ja nie prosilam o cofniecie czasu, zebym mogla nie zlamac tego glupiego, malego palca. nie prosilam tez o naprawienie mojego swiata.. po prostu powiedzialam, jak sie z tym czuje i jaki to ma wplyw na moje zycie. moze za dlugo o tym mowilam (tak powiedzial BB), ale to nie jest codzienna sprawa. to jest pierwsze zlamanie w moim zyciu. zlamanie, ktore zaprzepascilo (o negatywy!) spelnienie czegos, co mi sie nie udaje od kilku lat.
i jakos dziwnie zalozylam, ze bliskie mi osoby moga wysluchac jednego telefonu bez irytowania sie, zbijania tego, co ja czuje, zarzucania, ze nie szukam pozytywow i temu podobnych reakcji. i ze moga okazac zrozumienie, ze w MOIM swiecie stalo sie cos bolesnego DLA MNIE.

i pewnie, ze przezyje. i bede sie smiac, ale maratonu Szekspira pod koniec kwietnia 2013 juz nie pobiegne ponizej mojej magicznej czworki niezaleznie od tego, jak pieknie by bylo to zrobic, a potem wzruszyc sie, doznac szalonej radosci, dumy i satysfakcji i stac sie inspiracja dla innych i sila dla samej siebie.

moze w przyszlym roku sie uda..

*** a najmniejszy paluch mojej lewej stopy, wciaz obolaly i siny odpoczywa przyklejony plastrem do swojego  sasiada. powoli zaczyna sie zrastac, polamany biedak...

Monday, 28 January 2013

pamiec i zubry

mialam kilka ciekawych historii do opowiedzenia i od kilku dni codziennie przypominalam sobie, ze wieczorem usiade i wszystko opisze.
punkt kulminacyjny nastapil wczoraj. natchnelo mnie nieziemsko, ale postanowilam najpierw wstawic pranie, a potem pomyslalam, ze moze lepiej niech mi sie wszystko ulozy na spokojnie w glowie zenim usiade przed laptopem.. zabralam sie za czytanie ksiazki..

i naprawde nie pamietam, co to bylo! :o

linijki "Testu Psychopatow" Jona  Ronsona nalozyly sie na linijki moich mysli i zapadla ciemnosc..

nie ma.
zniknelo chyba raz na zawsze.

i zupelnie nie mam pojecia, o czym wtedy myslalam..
jedyne, co mi sie przypomina, to to, ze to "cos" bylo interesujace i ze bylam zadowolona z odkrywczosci mojej puenty!! kara za zadowolenie z siebie?? ;)

ale.. tak tylko chcialam sie tym podzielic, a jesli ktos mi wspoczuje i zaczyna z tego powodu lapac dolka, to zapraszam na poscieszenie do zubrow, saren, dzikow i sikor.. podzielilam sie tym linkiem juz ze znajomymi na facebooku i chcialabym, zeby jak najwiecej osob moglo go zobaczyc, bo to jedna z niewielu mozliwosci popatrzenia na dzikie lesne zwierzeta.. a dobrym trzeba sie dzielic.. :)

zapraszam...

zubry na zywo




Wednesday, 23 January 2013

prohibicja

no to koniec dmuchania nosa i kaszlania- wracamy do pisania.. nawet sie zrymowalo! ;)

***

w sobote spotkalam sie z Panna M i Babsi na spozniony lunch swiateczny.
tym razem, jako ze poprzednio to ja sie nie pojawilam, na mnie spoczelo (zaproponowane przez winna sama przez siebie zreszta) zadanie zorganizowania spotkania, a ze bylo jedno przesuperowe miejsce, o ktorym slyszalam wczesniej i nie udalo mi sie do niego jeszcze dotrzec, ucieszylam sie moim obowiazkiem! ;)

na lunch zaplanowalam wybor wloski lub azjatycki, na deser... tajemnicze drinki..

na miejsce przyjechalam przed czasem - zajrzalam do kuchni azjatyckiej - niezaleznie od informacji na www - zamkanieta w weekendy!
zajrzalam do kuchni wloskiej, w ktorej powiedziano mi przez telefon, ze jest otwarta w soboty - tak, otwarta, ale od 17stej!

no kuchnia mac! a tu dopiero dochodzi druga!

dobra - ostatni strzal - magiczne miejsce drinkowe w czesci restauracyjnej serwuje jedzenie - pojdziemy od razu tam.

spotkalam dziewczyny, zaprowadzilam do 'klubu sniadaniowego', odstalysmy 20 minut w kolejce i usiadlysmy przy stoliku. wic polega na tym, ze te restauracje (4 w Londynie) sa inspirowane czasami prohibicji - wystroj wnetrz jest genialny - stare stoliki, niektore drewniane, niektore sklejkowe, stara waga szalowa na ladzie, kilka swiatelek.. ludzie krzycza: prohibicja! ja krzycze: stolowka na dworcu w Siedlcach! (ta za moich czasow studenckich, oczywiscie, bo obecna jest obklejona pepsi, coca-cola i im podobnymi .. :( )

w pewnym momencie do restauracji wszedl niesamowity przystojniak. normalnie takie ciacho, ze z Panna M (na szczescie Bibsztyl nie przeczyta tego wpisu!) spojrzalysmy na siebie z blyskiem w oczach i zrozumieniem, jakiego tylko zaprzyjaznione kobiety i to tylko w specyficznych sytuacjach moga doznac. facet wygladal, jakby sie obudzil 15 minut temu, nalozyl dzinsy i sweter i wybiegl do pracy. norlanie, jakby sie prosil, zeby mu ten sweter zdjac, polozyc go spowrotem do lozka i przyniesc kubek goracego kakao.... bosko przystojny, nie uczesany. kelnerki go sciskaly na przywitanie.. hmm.. nic dziwnego! ;)
facet przyszedl i zaczal nalewac szampana w lampki ustawione na tacach, a kelnerki gdzies te tace wynosily... jakos duzo tego szampana.. w koncu pomyslalam: "a gdzie jest moja lampka ??? ha!!??"

i doslownie minute pozniej podeszla do nas jedna z kelnetrek z taca. pochylila sie nad stolikiem i konspiracyjnym szeptem powiedziala, ze za 5 minut bedzie mala celebracja. jedna z ich kolezanek odchodzi po 4 latach pracy u nich i bardzo chcieliby, zeby wszyscy goscie z nimi wzniesli toast za jej zdrowie i powodzenie w nowej pracy.
 - is this ok? - szepnela
 - ok.. - odszepnelysmy rozchicotanym chorem..

jakies 3-4 minuty pozniej, zupelnie znienacka, chlopak ociagajacy sie z zamowieniem przy sasiedninm stoliku zaczal spiewac.. zaczal spiewac, potem wstal, a potem wstali jego czterej koledzy. wstali, dolaczyli do spiewania i kilka taktow pozniej na raz siegneli do swoich plecakow, wyciagneli z nich slomkowe kapelusze i wlozyli je na glowy.. zaspiewali dziewczynie 2 piosenki. dziewczyna wskoczyla na lade i wysciskala swojego prawie bylego szefa. oczy dziewczyny byly pelne lez, sala pelna wzruszonych chichotow i usmiechow.

toast: "for Lisa!!!!" "for Lisa!"

nagle, zapatrzona w jedno miejsce i na wpol sparalizowana czyms Panna M powiedziala na glos: "Aga, widzialam dwoje ludzi wchodzacych do lodowki!! Ja wlasnie widzialam, jak dwoje ludzi wchodzi do lodowki! Ja.."
"cicho!"
"ale ja widzialam..."
"cichOOOOO. Barbara jeszcze nie zauwazyla!"

spojrzalysmy na Babsi.. Babsi palaszowala sie swoj lunch..

"ciiiiicho.."
"czy to jest ten trik?"
"tak, to jest ten trik.. ;) "

kilka minut pozniej, kiedy Babsi byla w lazience a my placilysmy rachunek, spytalysmy kelnerke:
" czy moglybysmy zobaczyc sie z Merem Tchorzliwego Miasta?"

"prosze chwilke poczekac. zaraz po Panie przyjde"

po powrocie Babsi zdazylysmy jej tylko powiedziec, ze na obiecane magiczne drinki wchodzi sie tutaj dzieki wypowiedzieniu tajemnego hasla.. i ze to nie pop-kulturowy wystroj restauracji jest tu glownym nawiazaniem do czasow prohibicji!!!! ;D

kelnerka podeszla i poprosila, zeby isc za nia..

jako ze Panna M juz odgadla sztuczke powiedzialysmy Babsi, zeby szla przodem, za kelnerka..  i tu nastal kulminacyjny punkt spotkania...  na widok otwierajacych sie przed nia drzwi do lodowki Babsi, robiac najokraglejsze na swiecie oczy, zaczela piszczec z wrazenia!

a lodowka byla przejsciem do ukrytego w piwnicy pubu...

spotkanie poswiateczne udalo sie rewelacyjnie. nieczesto udaje sie AZ TAK!
Panna M rozbawiona i zadowolona, Babsi oczarowana..
a pozniej, na dodatek do dnia, dolaczyl do nas Bibsztyl, ktory wykorzystal te okazje, zeby spotkac sie z dziewczynami i.. z Merem Tchorzliwego Miasta.. ;)

a tu spiewajacy Panowie, Babsi z kamerka i usmiechem od ucha do ucha i.. magiczna lodowka w tle...


Tuesday, 15 January 2013

zombie

moja choroba dobiega konca. na szczescie. 
prawie cztery tygodnie meczarni, ktora juz niedlugo sie skonczy.

ale..

dzieki minionym 4 tygodniom wiem, jak sie czuje zombie..

zombie ma zimne stopy i ziemne dlonie, skore moze i ma ciepla, ale czuje zimno wewnatrz. zombie jest zmeczony. jest zmeczony i zly.. i jeszcze bardziej zly, poniewaz jest okrutnie zmeczony i jeszcze bardziej zmeczony wlasna zloscia.. zombie nie lubi siebie, ani nikogo innego.. 

zmeczenie zombiego powoli go zjada od srodka.. nie ma znaczenia czy zombie padnie ze zmeczenia teraz czy z chwile.. poza zloscia i zmeczeniem w zombim w zasadzie nie ma odczuc czy uczuc.. 

od czasu do czasu zombie musi przejsc jakis odcinek - moze do czajnika, moze do toalety, ale musi gdzies dojsc.. zeby dojsc do cely zombie zawsze wybiera najkrotsza droge i powoli przesuwa po niej zmeczone nogi.

jezeli na drodze zombiego ktos sie pojawi, zombie ma tylko jedna mozliwosc - zabic go lub zlikwidowac w sposob wykorzystujacy jak najmniej energii.. i isc dalej.. byle dojsc zanim padnie..

nie zabilam Bibsztyla, widocznie moja przemiana w chorobie nie byla ostateczna, ale ucierpial kilka razy..
zombiemu nie staje sie z usmiechem na drodze!