Tuesday, 24 May 2011

połamaniec i etażerka

znowu mnie połamało. kilka(naście!!! :o) lat temu, kiedy połamało mnie po raz pierwszy płakałam ze strachu - nie wiedziałam co się dzieje i bałam się, ze może już tak zostanie na zawsze. ;)
klika połamań później przychodzi już tylko rodzaj złości i rozczarowania.. znoooowu?? no nie..
no ale właśnie tak. ;)
znienacka zaczyna się człowiek obleczony na swoim własnym szkielecie czuć coraz niewygodniej, potem przychodzi do głowy głupio naiwne pytanie: znowu mnie połamało?
a potem refleksja, ze pytanie było głupie, a nie naiwne. Oczywiście, ze połamało!
kolejny etap, to ból, który na widok Ibupromu ucieka gdzie pieprz rośnie.. są jednak dwie atrakcje, które nie uciekają.. ;)
1. uczucie, jakby w kręgosłupie ktoś wiercił wepchniętym miedzy kręgi śrubokrętem
2. koszmarne poczucie maksymalnej niewygody w każdej przyjmowanej pozycji..
i tak jest dopóki nie pójdzie się do Karlosa – łotyskiego kręgarza-cudotwórcy, który kilkoma sprawnymi i silnymi ruchami wrzuca wszystkie poprzesuwane poza normy przyzwoitości dyski, az klekocze. i tego klekotania mojego własnego kręgosłupa boje się najbardziej. ustawianie kręgosłupa nie boli. ono CHRUPIE!!!!! i jakkolwiek bardzo starałabym się NIE MYSLEC O CHRUPANIU KREGOSLUPA, NIE MYSLEC O CHRUPANIU KREGOSLUPA, NIE MYSLEC O CHRUPANIU KREGOSLUPA, to oczywiście mi to nie wychodzi! ;)
i za każdym razem, przed wejściem do gabinetu Karlosa prawie sikam w majty ze strachu na nie-myśl o chrupaniu, a potem za każdym razem oddaje swój powichrowany kręgosłup w jego leczące dłonie i dziękuje matce naturze, ze stworzyła Karlosa.. i wiem, ze za rok – dwa lata do niego wrócę.. znów z żołądkiem rozwalonym od leków przeciwbólowych, znów ze strachem i znów, po 2-3 dniach od wizyty, już nie będę musiała leków brać..


od wizyty w ojczyźnie i u Karlosa dzieli mnie jeszcze 6 tygodni, więc zaczęłam szukać kogoś bliżej na jego kształt i podobieństwo, żeby nie musieć czekać aż tak długo.. kogoś polecanego, do kogo chodzi jakiś mój znajomy i mało że przeżywa, to jeszcze chwali..
kierowana szóstym zmysłem połamańca podeszłam w pracy do tubylki Ann i spytałam, czy nie zna kogoś od łamania w kręgosłupów, albo kogoś kto zna kogoś, bo ja cieeeeeerpię.
Ann odpowiedziała spokojnie..
- kręgarzy nie znam, ale mogę Ci polecić osteopatę czaszkowego.
- a jeśli ja potrzebuje kręgarza właśnie? bo czaszkę mam raczej w porządku.
- jak kręgarza, to nic nie poradzę. mnie sprawy kręgów już nie dotyczą. kilka lat temu mnie dotyczyły, ale mam to z głowy. wstawili mi w plecy kilka drutów i etażerkę. (i mrugnęła do mnie porozumiewawczo..)
A ja nie spytałam – jak to?
No bo jak spytać.. ;)


Ann się mną na tyle przejęła, ze podpytuje mnie, czy śrubokręt już wypadł, czy klikam dyskami jak się gwałtownie obracam i w ogóle zadaje pytania człowieka, który nauczył się głupoty wymyślać i opowiadać, żeby rozśmieszyć znajomych, samemu się zarazić ich śmiechem i odgonić ciemne myśli.
A ja szukam zaufanego cudotwórcy na miarę Karlosa i po cichu marze o tym jedynym dźwięku, który po strachu oczekiwania przynosi ulgę i wdzięczność.. nieskończoną..
Chrrrrrrrrr-klik-klik-klik-klik-klik-klik-klik...

PS. jesli ktos bedzie w bolu i potrzebie, chetnie sie podziele kontaktem do Karlosa.. on naprawde pomaga..

Monday, 9 May 2011

Dziewczyny z Portofino

..chyba jedyna korzystna dla mnie rzecz wiążąca się z wyjazdem Łasiczki do kraju kangurów, dziobaków i kolczatek to kilka (aż poszłam policzyć, czy nie kilkanaście – jest dokładnie dziewięć!) książek, których Łasiczka nie dała rady dopakować do paczek i walizek wrzuconych na statek. najważniejsze książki pojechały za Wielka Wodę w miejsce bez skrupułów wyrzuconej zastawy stołowej, zielonego zestawu kubków, kompletu garnków, oddanych znajomym foteli, mebli, pościeli i wszystkiego, co ludzie zazwyczaj ciągną za sobą po świecie. Łasiczka zgodnie ze zdrowym rozsądkiem zabrała to, co najważniejsze i najpotrzebniejsze – własnego małżonka, trochę ciuchów na podroż i na początek nowego, komputer, kilka drobiazgów i ukochane książki, które dostawała z rożnych okazji od Mamy Łasiczki, która zawsze była, jest i będzie absolutnym autorytetem w sprawie literatury.
dziewięć książek, tych mniej ulubionych dostałam ja. :) i pomimo, ze minął już ponad rok, od kiedy książki wylądowały na mojej półce zabrałam się za nie dopiero niedawno.
kilka dni temu otworzyłam 'dziewczyny z portofino' Grażyny Plebanek. otworzyłam i zaczęłam czytać. od początku w miarę zainteresowana, ale jeszcze nie do końca wciągnięta w treść, śmiałam się z PRL'owskiej rzeczywistości – cztery bohaterki, ośmiolatki, poznają się zaraz po zamieszkaniu na nowo wybudowanym osiedlu. jest hałda żwiru, jest murek i jest trzepak. TRZEPAK!!!! przecież my na trzepaku całe dzieciństwo przesiedziałyśmy! i tu się już rozkręciłam na dobre.. w sklepach są kolejki i jest obowiązkowe trzymanie sobie miejsca w kolejkach, nie ma łapówek – są prezenty i podziękowania, jest osiedlowa zawiść i osiedlowe ciepło, jest bazar, na którym się targuje warzywami.. czytałam książkę coraz szybciej, a dziewczyny rosły, dojrzewały, uczyły się ceny płaconej za naiwność, za brak doświadczenia, uczyły się unoszenia porażek, walczyły o siebie i .. przyjaźniły się. dziewczyny o kilka lat starsze od nas. nasze koleżanki.
i książka nie jest łatwa. są w niej trudne rodziny i trudne dzieciństwa, jest niesprawiedliwość i kara bez winy.. dzieje się wiele rzeczy, w miejsce których można by wstawić lalki barbie z pevexu i różowe zasłonki. ale różowych zasłonek wtedy nie było. i ta powieść nie kłamie. pokazuje niesprawiedliwy świat dojrzewania w trudnym świecie lat 70tych i 80tych. takim nierealnym, że czasami śmiać się chce, a czasami nie chce się wierzyć w pokazywana za plecami dziewczyn ogólną paranoję.. świat absurdów nad absurdami.
ale ja pamiętam, ja znam ten świat. świat, który już nie istnieje. i jakkolwiek by nie był oceniany przez historię, jest światem mojego dzieciństwa. i ja go nie potrafię źle wspominać.

opowieść o naszych starszych koleżankach, którym udało się nie ulec naciskom i wywalczyć niezależność. nie zawsze najłatwiejszymi metodami, prawie zawsze w bólu.. ale się udało. warto było otworzyć tę ksiażkę..
..i tak na marginesie.. dwie z czterech przyjaciółek wyjechały za granicę. jedna chyba na stale.. jak ja, Łasiczka i jak Grażyna Plebanek.. ;)

Saturday, 7 May 2011

Czerwony Dżentelmen z Paviland

jest takie miejsce w Walii, które nazywa się Gower..
wieki temu dumne królestwo, dziś - po prostu półwysep. i mimo, że też jest półwyspem, niewiele ma wspólnego z półwyspem Helskim. Gower jest ogromne, wyraźnie obrysowane klifami postrzępionych skalistych wybrzeży, gdzie-niegdzie łagodnie głaszczące zatokę dłonią piaszczystej plaży..
na szczytach klifów spaceruje się po krotko wygryzionej przez owce trawie, od czasu do czasu przedzierając przez kwitnące na żółto krzewy, które niewiele zostawiają na nogach skóry, jeśli się miedzy nie wlezie w krótkich spodenkach.. to już wiem! ;)

w zboczach klifów Gower kryją się jaskinie. w 1823 roku w jednej nich profesor archeologii z Oxfordu, William Buckland odkrył szkielet. w związku z ilością biżuterii, włączając pierścionki i naszyjniki z kości słoniowej i muszelek i pomalowaniem czerwoną ochrą, profesor uznał, ze szkielet jest kobiecy a jego wiek został oszacowany na czasy imperium rzymskiego. szkielet otrzymał nazwę - Czerwona Dama Paviland'u (Red Lady of Paviland).
Buckland, który był kreacjonistą i wierzył, ze świat został stworzony przez Boga, nie dopuszczał do siebie myśli, ze szkielet ludzki może pochodzić sprzed Wielkiego Potopu. i tu się nieźle rąbnął. podwójnie. ;)
po pierwsze rzymska czarownica, czy tez prostytutka (jak zakładał) okazała się mężczyzną, po drugie mężczyzna ten zmarł 29 tys. lat temu i ozdoby z kości słonia były ozdobami z kości mamuta! :D

jaskinia, w której został pochowany Czerwony Dżentelmen (do dziś nazywany Dama zresztą), jest tak usytuowana, że jej otwór znajduje się w ścianie klifu, od strony morza. wejść do niej można tylko podczas odpływu, wiec jeśli ktoś chce ją zwiedzić musi zmieścić się w godzinnym okienku, kiedy woda z zatoki pójdzie sobie na ploty do morza. wtedy trzeba przebiec po kamieniach odsłoniętego dna, wspiąć się na skały, obejrzeć jaskinie i biegiem po kamieniach wrócić na najbliższy klif. jeśli ktoś nie zdąży – zostaje w jaskini na 12 godzin – do kolejnego odpływu.
bez wątpienia Czerwona Dama miała mieszkanko z niezłym widokiem, niezależnie od tego, że 29 000 lat temu ten widok był trochę inny. tam, gdzie dziś jest zatoka, zamiast wody falował las.. Walia była połączona (czy raczej jeszcze nie rozdzielona) z Devon. Czerwona Dama, z wrót jaskini miała widok na kilkadziesiąt kilometrów niziny porośniętej drzewami i krzewami.. zamiast szumu morza, szum lasu.. też pięknie.. myślę, że takie rzeczy się docenia nawet jeśli się nie jest damą. ;)

i od kiedy Steve opowiedział mi historie jaskini i Damy, która profesor z Oxfordu uznał za wiedźmę lub ladacznicę, tymczasem ona okazała się być mężczyzna (!), bardzo chciałam te jaskinię obejrzeć. potem stanąć w wejściu, odwrócić się twarzą do morza, zamknąć oczy i wsłuchać się w szum pełnego widłaków i paproci paleolitycznego lasu..

na klif Jaskini Paviland dotarliśmy z Bibsztylem 2 godziny po najgłębszym odpływie. poziom wody już się powoli podnosił. sprawdziliśmy wszystkie możliwe ścieżki i obadaliśmy zbocza, ale na wejście do jaskini już nie było szans.. jakiś czas staliśmy na kamieniach wciąż jeszcze odsłoniętego dna pod klifem. Bibsztyl pokazywał mi przyrośnięte do skał muszle, szukał ślimaków i morskich żyjątek, cieszył się jak dzieciak, który może się pochwalić ciekawostkami komuś, kto będzie go słuchał zafascynowany.. :)
a ja go nie słuchałam.. ;) pomimo, że nie weszliśmy do Paviland, a może właśnie dlatego, szukałam szumu lasu, który zniknął tysiące lat temu.
kiedyś wrócimy do Paviland, stanę w wejściu do jaskini i spojrzę na ten las z góry.. i założę się, że w grzbietach fal zatoki dopatrzę się wtedy kształtów futrzastych mamutów.. i może szum lasu wtedy też będzie słychać ciut wyraźniej.. ;)

Tuesday, 3 May 2011

wehikul czasu

wlasnie chyba przeskoczylam 11 dni w czasie. tak po prostu.
wakacje w Walii minely, jakby ich nie bylo..

i gdyby nie kaszel dumnie nabyty podczas spania bez karimaty w namiocie w Gower, wysmagana wiatrem klifow opalenizna i zapelniona karta pamieci aparatu, to moze i uwierzylabym, ze przez przypadek wsiadlam do wehikulu czasu i 11 dni po prostu zniknelo z mojego zycia..

no moze jeszcze te 4 dodatkowe kilogramy, by mnie zastanowily troche.. ;)

bylo pieknie