po raz kolejny klekam przed madycyna naturalna.
w spadku po dziadku (doslownie!) Szuryku i Cioci Zeni (siostrze dziadka, czyli, bylo nie bylo od Bieglukow ten prezent!) dostalam haluksy. :(
zawsze te stopy takie nie do konca wyjsciowe byly, ale w sumie jednak do zaakceptowania, az tu nagle, w sierpniu, zaczely mi rosnac haluksy... :(
ani to przyjemne, bo boli.. ani ladne, nie wiem, czy kiedykolwiek mieliscie okazje zobaczyc.. ani budujace, bo oficjalne zrodla mowia, ze trzeba doczekac az urosna takie, ze sie czlowiek zdecyduje na operacje. innego wyjscia nie ma.
no wiec wyjscie jest, ale troche niespodziewane.
przegrzebalam pol internetu i znalazlam informacje, ze jest taki aparacik, ktory sie na noc zaklada na stopy i on prostuje paluchy w taki sposob, ze podczas snu stopa uklada sie tak, jak powinna. i taki maly aparacik korekcyjny moze zahamowac rozwoj deformacji. hurrrraaaaa!!!!!
potem wyzalilam sie Kini, ktora jest kopalnia madrych rad medycznych. i oczywiscie, zamiast wpasc w wielkie wspolczucie nad moim ciezkim losem, Kinia podpowiedziala cos smiesznego. ;)
ze na haluksy trzeba stopy moczyc w wodzie po gotowanym selerze. sic!
no i tak.. z jednej strony zrobilabym wszystko, zeby ich sie pozbyc, a z drugiej strony - woda po selerze? no halo..?
wrocilam do grzebania.. grzebalam, grzebalam i wygrzebalam! po ktorejs-tam kombinacji selera i haluksow dogrzealam sie do stron poswieconych medycynie niekonwencjonalnej i leczeniu silami natury.
na kilku z tych portali i blogow, oraz na stronie, o dziwo(!) szkoly jogi, znalazlam info, ze w zasadzie haluksy mozna powstrzymac, a nawet cofnac. :D
ze to nie genetyczna deformacja, tylkko odkladajacy sie w stawach wapn, ktorego organizm nie dal rady wchlonac. a wapn sie wchlania najlepiej jesli jest spozywany z magnezem, przy odpowiednim poziomie witaminy E i C. wiec czas zmienic diete - odstawic nabial, gdzie przeprocesowane na tysiac sposobow mleko wcale nie jest przyjazne dla organizmu, jesc wiecej wapnia warzywnego i produkty z magnezem; stopy na noc prostowac aparatem (aparat korekcyjny nazywa sie "Marcin"!!!?), cwiczyc stopy (nie musze rezygnowac z biegania!!) i... moczyc nogi w wywarze z selera!
no wlasnie.. bo seler ma silne wlasciwosci uspakajania stanow zapalnych w stawach.. dokladnie tam, gdzie w tym przypadku trzeba!
i jest jeszcze kilka chwytow, ktore mozna wykorzystac, zeby oczyscic organizm z toksyn i dac mu szanse wchlonac wapn tam, gdzie on powinien byc, a nie odkladac w stawach, ktore sie od tego wypaczaja.
i, jakkolwiek chcialabym byc fanky i trendy i co tam jeszcze mozna wymyslic, codziennie wieczorem siedze ze stopami w wiadrze od mopa wypelnionym po kostki wywarem z selera, a potem grzecznie ide spac z dwoma Marcinami.
Bibsztyl sie smieje, ale nie zglasza sprzeciwu
** w piatek bylam u lekarza. pokazalam doktor moje stopy. powiedziala, ze problem jest wciaz za maly, zeby operowac i ze ona by w sumie operacje odwlekala jak najdluzej sie da, bo mnostwo pacjentow zaluje, ze ja zrobilo... rezultaty nie sprostuja oczekiwaniom.. spytalam, czy jest cokolwiek co moge zrobic zgodnie z medycyna wspolczesna. uslyszalam, ze noszenie luznych butow pomaga. wtedy zaczelam mowic ja. opowiedzialam droge, ktora z moimi haluksami juz przekustykalam... doktor sluchala z zainteresowaniem, zadawala pytania, kiwala glowa. powiedziala, ze nie widzi w moich slowach niczego nielogicznego, ze wszystko, co mowie ma sens z puntku widzenia jej wiedzy lekarskiej. powiedziala, ze bedzie trzymala kciuki, zeby metody naturalne zadzialaly. :)
dostalam zielone swiatlo od lekarza! :D
dzis wieczorem caly dom znow pachnial gotowanym selerem. i tak juz zostanie.
do skutku :)
trudno mi napisac o czym jest moj blog.. to przygody, wieksze i mniejsze, smieszne lub filozoficzne, ktore przezywam kazdego dnia w pracy, domu, sklepie, jezdzac na rowerze, biegajac, czy tez robiac zdjecia.. to przyjaciele, znajomi i rodzina.. pasje badz ich brak.. zbior mysli uczesanych i gladkich oraz tych skrzypiacych, ktore nie daja spokoju.. ..moje zycie na emigracji.. czasami magiczne i kolorowe, czasami szare do bolu, ale przeciez szary to tez kolor.. ;-)
Monday, 29 October 2012
Friday, 26 October 2012
zwiedzanie Irlandii
Jedziemy dzis do Irlandii.
Tylko na 2 dni, na weekend, odwiedzic znajomych.
Znajomi maja dwojke maluchow, my mamy prezenty. :)
Prawie sila powstrzymalam Bibsztyla od rozpakowania kolorowego samochodu! Bo przeciez trzeba sprawdzic, czy dziala, zanim da sie dziecku, prawda? Zeby dziecka nie rozczarowac. ;)
(jakims dziwnym zbiegiem okolicznosci Bibsztyl nie czul potrzeby sprawdzania teczowych flamastrow...)
Jutro rano, pod Dublinem, ja bede kolorowala z Sbdh teczowe wrozki, a Bibsztyl z Connem bedzie jezdzil po podlodze najpradziwsza terenowa wyscigowka. ;)
..tez dobry sposob na poznawanie tego pieknego kraju ;)
Tylko na 2 dni, na weekend, odwiedzic znajomych.
Znajomi maja dwojke maluchow, my mamy prezenty. :)
Prawie sila powstrzymalam Bibsztyla od rozpakowania kolorowego samochodu! Bo przeciez trzeba sprawdzic, czy dziala, zanim da sie dziecku, prawda? Zeby dziecka nie rozczarowac. ;)
(jakims dziwnym zbiegiem okolicznosci Bibsztyl nie czul potrzeby sprawdzania teczowych flamastrow...)
Jutro rano, pod Dublinem, ja bede kolorowala z Sbdh teczowe wrozki, a Bibsztyl z Connem bedzie jezdzil po podlodze najpradziwsza terenowa wyscigowka. ;)
..tez dobry sposob na poznawanie tego pieknego kraju ;)
Wednesday, 24 October 2012
odkrywanie Radhiki
Zmienilam prace, zmienilam otoczenie, zmienili sie ludzie, z ktorymi dziele robocze dni.
Nowi ludzie sa inni... Oni sa bardzo mili, nie tylko z usmiechami, ale i z sercem na dloni, a jednak inni do tego stopnia, ze miesiac temu zadeklarowalam Amelii, ze przyjazni z tej firmy raczej nie wyniose..
Nigdy nie mow nigdy. ;)
Radhike zauwazylam 3 tygodnie temu, bo miala zapuchniete uczuleniem oczy. Przed tym dniem widzialam ja wielokrotnie, oczywiscie, ale przesuwalam po niej wzrokiem i wymienialam grzeczne usmiechy - kolezanka z pracy. Zwykla, szara kolezanka. Troche zamyslona, troche strapiona, mowiaca tak szybko, ze czasami trudno ja zrozumiec.
O Radhice wiedzialam tylko, ze jest mezatka i ma coreczke, do ktorej wybiega z pracy codziennie o 5tej po poludniu.
I ze jest mila.
***
Na zapuchniete oczy Radhiki zwrocilam uwage w lazience. Myslac, ze to od placzu, spytalam, czy cos sie stalo.. Odpowiedziala, ze nie, ze wszystko jest w porzadku, tylko ona ma takie okropne uczulenie.. Az jej wstyd..
I zaczelysmy rozmawiac o jej uczuleniu, spytalam, czy moge jakos pomoc, czy to boli, czy ma na to leki.. Okazalo sie, ze Radhika czeka na urlop, kiedy pojedzie do swojego egzotycznego rodzimego kraju i poprosi o przygotowanie dla niej specjalnych lekow homeopatycznych, a poki co ratuje sie miesjcowymi. Chwile porozmawialysmy o medycynie z jej kraju, o medycynie tutejszej i zachaczylysmy o moj kregoslup i Radhika podpowiedziala mi niekonwencjonalny pomysl, jak sobie z nim poradzic. Chyba sprobuje. :)
Dzien pozniej Radhika zapytala mnie, czy moge jej pomoc z czyms-tam sluzbowym. Pewnie, ze moglam. Radhika jednak nie oddala mi czegos-tam do zrobienia, tylko zaczela zadawac mnostwo pytan, jak to sie robi i po co. W koncu zrobila wszystko sama.
I wtedy tak naprawde pomyslalam po raz pierwszy, ze pomimo tego, ze w ogole sie nie wyroznia w tlumie moich nowych kolegow, to wlasnie jest inna. I ze to wrecz zaskakujace, ze ktos chce zainwestowac czas i nauczyc sie dodatkowych rzeczy, choc moglby je oddelegowac do zrobienia komus innemu.
Pozniej, pod wplywem filmu o Gandhim, spytalam Radike o to, jak ludzie postrzegaja go w jej kraju.. Radhice zaswiecily sie oczy. Mowila przez kilka minut, jak zwykle cichym glosem, jakby czekala, czy komus nie ustapic miejsca w zyciowej kolejce..
A potem byl tydzien z minimalnym kontaktem i nagle lunch. I rozmowa przy stole, podczas ktorej Radhika powiedziala, ze ona i jej maz planuja zostac w Wielkiej Brytanii. Osiedlaja sie tutaj, choc bardzo lubia podrozowac i mogliby jeszcze pojezdzic po swiecie zawodowo, ale coreczka niedlugo pojdzie do szkoly i w ogole.. to jest dobry kraj, zeby w nim mieszkac..
- Lubicie podrozowac? A jakie kraje, kontynenty?
- Ja to kocham Azje - Japonie szczegolnie, ale lista moich miejsc do zobaczenia jest ogromna..
- Japonie? Hmm.. Japonia nie jest na szczycie mojej listy, ale tez chcialabym ja kiedys z bliska obejrzec..
- Aga, naprawde warto. Japonia jest niesamowita.
- To Ty juz bylas w Japonii?
- Ja tam mieszkalam. 3 lata. (...)
Rozmowa poplynela magicznie.. Radhice znow blyszczaly oczy.
Znajac ciut literatury japonskiej spytalam, czy lubi czytac ksiazki. - Czy lubi? Uwielbia! Czyta mnostwo ksiazek!
A czy zna literature japonska? - Troche zna.
A kogo lubi najbardziej? - Kilku autorow, ale ostatnio dominuje Haruki Murakami.
(No przeciez ja dlatego spytalam o literature, ze pomyslalam, ze skoro tak uwielbia Japonie, to ja jej moge pozyczyc jego ksiazki, zeby jej sie przyjemnie poczytalo cos wyplywajacego z kultury, ktora ja az tak zafascynowala!!!!)
I tak jakos cieplo sie zrobilo - i mnie, i jej. Nawiazala sie nic bliskosci i porozumienia.
Kilka dni temu znienacka zaczelysmy rozmowe o zdrowym odzywianiu (bo Radhika zwraca uwage na to, co je i, jak ja, czyta w sklepach etykiety) i z tej rozmowy wyplynelo, ze Radhika kilka lat temu uciekla nowotworowi. Po diagnozie i wstepnej rozpaczy zaprzegla wszelkie dostepne metody - chemie i naswietlania wspolczesnej medycyny, diete, bioenergoterapie, techniki oddechowe i wszystko czym ja medycyna naturalna mogla wesprzec. Jej determinacja przyniosla swietny rezultat. 2 lata pozniej urodzila sie Aditi, ktora jest w polowie checia posiadania dziecka przez Radhike i jej meza, a w polowie checia najpelniejszego i najglebszego podziekowania Rodzicom i tesciom za kazdy dzien, kiedy Radhika walczyla z nowotworem, a oni wszyscy byli przy niej i z nia w kazdym momencie radosci i zalaman w tej walce.
Radhika powiedziala, ze miala w tym wszystkim duzo szczescia, i to doswiadczenie nauczylo ja doceniec wszystko co ma. Wszysto. Nie nauczylo jej za to ani spokoju ducha, ani cierpliwosci. ;)
***
Nie wiem, czy bedzie z tego przyjazn. Chyba dzieli nas zbyt duza roznica kultur, za duza odleglosc miedzy naszymi mieszkaniami. Za malo jest tez czasu w ciagu kolejnych dni i tygodni.
Ale ciesze sie niesamowicie, ze zaczelysmy tamta rozmowe o zapuchnietych oczach Radhiki, bo moglabym przegapic te szara dziewczyne w tlumie kolorowych ludzi.
***
I ciesze sie, ze ktos tak daleki kulturowo, jakby troche z innej planety, ma tak podobne zainteresowania. I z ten ktos, dokladnie to samo mysli o mnie! ;)
Nowi ludzie sa inni... Oni sa bardzo mili, nie tylko z usmiechami, ale i z sercem na dloni, a jednak inni do tego stopnia, ze miesiac temu zadeklarowalam Amelii, ze przyjazni z tej firmy raczej nie wyniose..
Nigdy nie mow nigdy. ;)
Radhike zauwazylam 3 tygodnie temu, bo miala zapuchniete uczuleniem oczy. Przed tym dniem widzialam ja wielokrotnie, oczywiscie, ale przesuwalam po niej wzrokiem i wymienialam grzeczne usmiechy - kolezanka z pracy. Zwykla, szara kolezanka. Troche zamyslona, troche strapiona, mowiaca tak szybko, ze czasami trudno ja zrozumiec.
O Radhice wiedzialam tylko, ze jest mezatka i ma coreczke, do ktorej wybiega z pracy codziennie o 5tej po poludniu.
I ze jest mila.
***
Na zapuchniete oczy Radhiki zwrocilam uwage w lazience. Myslac, ze to od placzu, spytalam, czy cos sie stalo.. Odpowiedziala, ze nie, ze wszystko jest w porzadku, tylko ona ma takie okropne uczulenie.. Az jej wstyd..
I zaczelysmy rozmawiac o jej uczuleniu, spytalam, czy moge jakos pomoc, czy to boli, czy ma na to leki.. Okazalo sie, ze Radhika czeka na urlop, kiedy pojedzie do swojego egzotycznego rodzimego kraju i poprosi o przygotowanie dla niej specjalnych lekow homeopatycznych, a poki co ratuje sie miesjcowymi. Chwile porozmawialysmy o medycynie z jej kraju, o medycynie tutejszej i zachaczylysmy o moj kregoslup i Radhika podpowiedziala mi niekonwencjonalny pomysl, jak sobie z nim poradzic. Chyba sprobuje. :)
Dzien pozniej Radhika zapytala mnie, czy moge jej pomoc z czyms-tam sluzbowym. Pewnie, ze moglam. Radhika jednak nie oddala mi czegos-tam do zrobienia, tylko zaczela zadawac mnostwo pytan, jak to sie robi i po co. W koncu zrobila wszystko sama.
I wtedy tak naprawde pomyslalam po raz pierwszy, ze pomimo tego, ze w ogole sie nie wyroznia w tlumie moich nowych kolegow, to wlasnie jest inna. I ze to wrecz zaskakujace, ze ktos chce zainwestowac czas i nauczyc sie dodatkowych rzeczy, choc moglby je oddelegowac do zrobienia komus innemu.
Pozniej, pod wplywem filmu o Gandhim, spytalam Radike o to, jak ludzie postrzegaja go w jej kraju.. Radhice zaswiecily sie oczy. Mowila przez kilka minut, jak zwykle cichym glosem, jakby czekala, czy komus nie ustapic miejsca w zyciowej kolejce..
A potem byl tydzien z minimalnym kontaktem i nagle lunch. I rozmowa przy stole, podczas ktorej Radhika powiedziala, ze ona i jej maz planuja zostac w Wielkiej Brytanii. Osiedlaja sie tutaj, choc bardzo lubia podrozowac i mogliby jeszcze pojezdzic po swiecie zawodowo, ale coreczka niedlugo pojdzie do szkoly i w ogole.. to jest dobry kraj, zeby w nim mieszkac..
- Lubicie podrozowac? A jakie kraje, kontynenty?
- Ja to kocham Azje - Japonie szczegolnie, ale lista moich miejsc do zobaczenia jest ogromna..
- Japonie? Hmm.. Japonia nie jest na szczycie mojej listy, ale tez chcialabym ja kiedys z bliska obejrzec..
- Aga, naprawde warto. Japonia jest niesamowita.
- To Ty juz bylas w Japonii?
- Ja tam mieszkalam. 3 lata. (...)
Rozmowa poplynela magicznie.. Radhice znow blyszczaly oczy.
Znajac ciut literatury japonskiej spytalam, czy lubi czytac ksiazki. - Czy lubi? Uwielbia! Czyta mnostwo ksiazek!
A czy zna literature japonska? - Troche zna.
A kogo lubi najbardziej? - Kilku autorow, ale ostatnio dominuje Haruki Murakami.
(No przeciez ja dlatego spytalam o literature, ze pomyslalam, ze skoro tak uwielbia Japonie, to ja jej moge pozyczyc jego ksiazki, zeby jej sie przyjemnie poczytalo cos wyplywajacego z kultury, ktora ja az tak zafascynowala!!!!)
I tak jakos cieplo sie zrobilo - i mnie, i jej. Nawiazala sie nic bliskosci i porozumienia.
Kilka dni temu znienacka zaczelysmy rozmowe o zdrowym odzywianiu (bo Radhika zwraca uwage na to, co je i, jak ja, czyta w sklepach etykiety) i z tej rozmowy wyplynelo, ze Radhika kilka lat temu uciekla nowotworowi. Po diagnozie i wstepnej rozpaczy zaprzegla wszelkie dostepne metody - chemie i naswietlania wspolczesnej medycyny, diete, bioenergoterapie, techniki oddechowe i wszystko czym ja medycyna naturalna mogla wesprzec. Jej determinacja przyniosla swietny rezultat. 2 lata pozniej urodzila sie Aditi, ktora jest w polowie checia posiadania dziecka przez Radhike i jej meza, a w polowie checia najpelniejszego i najglebszego podziekowania Rodzicom i tesciom za kazdy dzien, kiedy Radhika walczyla z nowotworem, a oni wszyscy byli przy niej i z nia w kazdym momencie radosci i zalaman w tej walce.
Radhika powiedziala, ze miala w tym wszystkim duzo szczescia, i to doswiadczenie nauczylo ja doceniec wszystko co ma. Wszysto. Nie nauczylo jej za to ani spokoju ducha, ani cierpliwosci. ;)
***
Nie wiem, czy bedzie z tego przyjazn. Chyba dzieli nas zbyt duza roznica kultur, za duza odleglosc miedzy naszymi mieszkaniami. Za malo jest tez czasu w ciagu kolejnych dni i tygodni.
Ale ciesze sie niesamowicie, ze zaczelysmy tamta rozmowe o zapuchnietych oczach Radhiki, bo moglabym przegapic te szara dziewczyne w tlumie kolorowych ludzi.
***
I ciesze sie, ze ktos tak daleki kulturowo, jakby troche z innej planety, ma tak podobne zainteresowania. I z ten ktos, dokladnie to samo mysli o mnie! ;)
Labels:
choroba,
historia,
literatura,
Londyn,
ludzie,
magia,
opowiesc,
przemyslenia,
przyjazn,
Wielka Brytania
Sunday, 21 October 2012
szaro buro i zima.. i bieganie
Troche mnie meczylo drzewo. Utrudnialo czytanie. Czas na zmiane.
...a to juz historia. Historia moja, Londynu, sztuki ulicznej i mojego biegania... ;)
to grafitti zostalo zamalowane jakies 2 tygodnie po tym, jakstryknelam mu zdjecie moja komorka.. jak wrocilam z aparatem, zeby zrobic mu jakies fajne zdjecie, na scianie, zamiast tego kawalka fantastycznej inwencji tworczej, byla rowno rozchalapana fioletowa farba... coz... widocznie ktos wolal fiolet... :(
Pewnie na takim jednolitym tle dlugo nie wytrzymam, ale na razie jakos mi sie spodobalo... :)
Jakby ktos wolal cos innego - czekam na protesty. :))
***
Na urodziny, na spolke z Bibsztylem kupilismy mi garmina. Garmin, zwany odtad gremlinem jest zegarkiem sportowym. Taki komputerek na reke, ktory mierzy i zapamietuje wszystko.
I ktory motywuje do tego, zeby dokrecic dodatkowy kilometr w drodze powrotnej z przebiegnietej petelki.
Gremlin motywuje, mierzy wszystko, zapamietuje, rysuje w komputerze wykresy i..
No i wlasnie.. na gremlinowej stronie internetowej daje mozliwosc ustalania celow biegowych..
I Aga, w natchnieniu szczesliwego swiezego posiadacza gremlina ustalila sobie 200km w 30 dni.
Cel wykonalny, jak najbardziej, ale i dosc ambitny w zyciu, w ktorym nie tylko bieganie zajmuje wazne miejsce i czas...
Zostaly 3 dni, 30 kilometrow i jest paskudna pogoda.
Naprawde paskudna. Mgliscie, szaro (w tej chwili to juz ciemno), mokro, kapusniak wisi w powietrzu, zamiast spadac na ziemie, wieje zimny wiatr. Korony drzew wygladaja, jakby je ktos naciagnal, zeby kolejnej przechodzacej osobie strzelic w pysk! ;)
...a wlasnie sobie uzmyslowilam, ze chyba wlasnie, w ten pokretny sposob, szukam sobie usprawiedliwienia, zeby nie wyjsc na ten ziab! ;)
(ups.. chyba wlasnie dokonalam psychoanalizy! ;) )
Dobra, ide. Len smierdzacy. ;)
Ci biegacze, ultramaratonczycy, o ktorych czytam z zapartym tchem, nie dostali sie do ksiazek i artykulow w pismach dlatego, ze w brzydka pogode zostawali w domu... ;)
...a to juz historia. Historia moja, Londynu, sztuki ulicznej i mojego biegania... ;)
to grafitti zostalo zamalowane jakies 2 tygodnie po tym, jakstryknelam mu zdjecie moja komorka.. jak wrocilam z aparatem, zeby zrobic mu jakies fajne zdjecie, na scianie, zamiast tego kawalka fantastycznej inwencji tworczej, byla rowno rozchalapana fioletowa farba... coz... widocznie ktos wolal fiolet... :(
PS. ...ale mi sie nie chceeee... ;) Dobra! Koniec. Ide choc na 8 kilometrow.
Saturday, 20 October 2012
Lykke Li
Od czasu do czasu ktos mi otwiera oczy na nowy kawalek sztuki lub muzyki. Na cos czego nie znalam.
Do zeszlego tygodnia Lykke Li nie istniala w moim swiecie. Jej pojawienie sie wywolalo burze artystycznych tesknot i kreatywnosci. :)
Mloda szwedka, corka fotograf i muzyka, wychowana w kilku krajach, ze skala glosu sopran, tworzaca muzyke mieszajaca kilka gatunkow - pop, indie rock i elektronicznej.. Lykke, ktora miala mozliwosc przezycia mlodzienczego buntu na inna, niz 'normalny czlowiek, skale, i ktora powiazala niteczki mlodzienczych zlosci, lekow i uniesien i ukierunkowala ja na sztuke.. moja wyobraznia terkocze, az zgrzytaja zardzewiale zebatki.
Lykke, ktora fotografuja artysci bawiazy sie swiatlem dla podkreslenia magii, nie silikonowych ust i biustu.. Lykke niestandardowo ladna, Lykke piekna.
i pewnie zainspirowana teledyskiem pieosenki, mysle o tym, ze taka Lykke moze sie stac wspolczesnym Andym Warhole'm.. nieujarzmiona artystka tworzaca swoja muzyke, swoja sztuke i swoj swiat.. na ktory inni beda patrzec szeroko otwartymi uszami. :)
Lykke Li "Until we bleed
wejdzie w "photos" na stronie Lykke i poogladajcie, jak ja widza fotograficy, sluchajac jej muzyki.. moze Wy tez przeniesiecie sie w swiat zachwytu dzwiekiem i obrazem, ktory mnie dzis opetal. :)
Lykke Li
*** wyciagnelam aparat i zaczelam ustawiac swiatlo... czasami wystarczy spojrzec na jedno zdjece, uslyszec jeden dzwiek, jedna mysl, zeby zrozumiec, co sie kocha...
Labels:
fotografia,
historia,
ludzie,
magia,
muzyka,
nastroje,
natchnienie
Monday, 15 October 2012
Baćko Gwaj
Zapukal Baćko Gwaj do Nieba…
Swiety Piotr z usmiechem otworzyl drzwi.
“Czekalismy na Ciebie… Zapraszamy…”
:((
w moim oknie plonie dzis swieczka...
Swiety Piotr z usmiechem otworzyl drzwi.
“Czekalismy na Ciebie… Zapraszamy…”
:((
w moim oknie plonie dzis swieczka...
Thursday, 11 October 2012
Sliwkowa herbata
co 2-4 miesiace pije ze Sliwka herbate... na skypie. :)
umawiamy sie na caly wieczor, parzymy herbaty i ziola, i snujemy historie minionych 2-4 miesiecy, dzielimy sie radosciami i smutkami - zawsze konczac pozytywna nuta..
i po kazdej takiej herbacie mam wyrzuty sumienia, ze tyle Sliwkowej energii polknelam, ale Sliwka tez twierdzi, ze podladowuje baterie, wiec staram sie nie podwazac tego w myslach, tylko sie cieszyc! :) (egoistka!) ;)
a co sie wydarzylo wczoraj? wczoraj po raz kolejny udowodnilam sobie, ze jezeli spotkasz osobe bliska na poziomie duszy (dla duszewnych ateistow - na poziomie komorkowym ;) ), to niezaleznie od uplywu czasu, zmiany warunkow, wiekszych lub mniejszych wydarzen zyciowych, ta osoba wciaz Ci bedzie bliska...
i wczoraj, po raz kolejny - a kilkadziesiat ich juz przeciez bylo, okazalo sie, ze przechodzimy ze Sliwka podobne zyciowe perypetie, fazy rozwoju, fazy uniesien i upadkow...
obie od wielu miesiecy, stopniowo, konsekwentnie i nieodwracalnie przechodzimy na swiadome i zdrowe odzywianie, czytajac niezalezne zrodla i potwierdzonych "ozdrowicieli" (czytac: naturalnych lekarzy, ktorzy zamiast tabletka lecza pokazujac, gdzie popelniasz bledy w odzywianiu i stylu zyia, ktore doprowadzaja Cie do choroby - prawdy niewygodne, bo latwiej polknac tabletke i za brak poprawy winic medycyne i podly los, niz przejac odpowiedzialnosc za to, co sie ze swoim organizmem wyprawia)..
obie z pewna skutecznoscia zarazamy tym naszych najblizszych
obie wciaz marzymy o lazeniu po jaskiniach - ja dodatkowo o nurkowaniu w jakiniach. :)
obie tesknimy za kreatywnoscia na skale wieksza niz zycie zawodowe nam na to pozwala..
i...
obie szukamy drogi, zeby ta kreatywnosc nie rozsadzila nas wewnetrznie, a zeby przyniosla nam radosc i spelnienie... :))
i te pomysly, ktorymi codziennie pulsuja moje skronie, dzis zaczely przybierac ksztalty ciut bardziej realistyczne. wciaz jest ich kilkanascie, ale chyba zaczynam podejmowac dedcyzje, w ktore zainwestowac czas.. i jak zainwestowac czas. przemyslenia minionego tygodnia, wypowiedziane na glos ponad kubkiem herbaty imbirowej, zatwierdzone kiwnieciem Sliwkowej glowy, nabraly mocy urzedowej. :)
prawda, ze ja te decyzje podjlam juz kilkakrotnie.
prawda, ze planow dwuletnich bylo juz trzy lub cztery, ale jednak kazdy kolejny przybliza mnie do mety, prawda? :)
a meta nie jest zakonczeniem tarsy. meta jest poczatkiem nastepnej. i choc nigdy nie jezdzilam na nartach, to widze mete, jak szczyt gory, na ktora sie tak mozolnie wspinam.. kiedy w koncu tam dotre, wloze narty i zaczne szusowac z rozwianym wlosem, na rozbicie lba i polamanie karku.. i to bedzie jedna z tych tras, ktore nie maja konca. :))
jezeli doprowadze moj plan do punktu realizacji, to sie podziele radoscia..
jezeli nie doprowadze, to pewnie tez sie podziele..
realizacji planow, Wszystkim. :)
umawiamy sie na caly wieczor, parzymy herbaty i ziola, i snujemy historie minionych 2-4 miesiecy, dzielimy sie radosciami i smutkami - zawsze konczac pozytywna nuta..
i po kazdej takiej herbacie mam wyrzuty sumienia, ze tyle Sliwkowej energii polknelam, ale Sliwka tez twierdzi, ze podladowuje baterie, wiec staram sie nie podwazac tego w myslach, tylko sie cieszyc! :) (egoistka!) ;)
a co sie wydarzylo wczoraj? wczoraj po raz kolejny udowodnilam sobie, ze jezeli spotkasz osobe bliska na poziomie duszy (dla duszewnych ateistow - na poziomie komorkowym ;) ), to niezaleznie od uplywu czasu, zmiany warunkow, wiekszych lub mniejszych wydarzen zyciowych, ta osoba wciaz Ci bedzie bliska...
i wczoraj, po raz kolejny - a kilkadziesiat ich juz przeciez bylo, okazalo sie, ze przechodzimy ze Sliwka podobne zyciowe perypetie, fazy rozwoju, fazy uniesien i upadkow...
obie od wielu miesiecy, stopniowo, konsekwentnie i nieodwracalnie przechodzimy na swiadome i zdrowe odzywianie, czytajac niezalezne zrodla i potwierdzonych "ozdrowicieli" (czytac: naturalnych lekarzy, ktorzy zamiast tabletka lecza pokazujac, gdzie popelniasz bledy w odzywianiu i stylu zyia, ktore doprowadzaja Cie do choroby - prawdy niewygodne, bo latwiej polknac tabletke i za brak poprawy winic medycyne i podly los, niz przejac odpowiedzialnosc za to, co sie ze swoim organizmem wyprawia)..
obie z pewna skutecznoscia zarazamy tym naszych najblizszych
obie wciaz marzymy o lazeniu po jaskiniach - ja dodatkowo o nurkowaniu w jakiniach. :)
obie tesknimy za kreatywnoscia na skale wieksza niz zycie zawodowe nam na to pozwala..
i...
obie szukamy drogi, zeby ta kreatywnosc nie rozsadzila nas wewnetrznie, a zeby przyniosla nam radosc i spelnienie... :))
i te pomysly, ktorymi codziennie pulsuja moje skronie, dzis zaczely przybierac ksztalty ciut bardziej realistyczne. wciaz jest ich kilkanascie, ale chyba zaczynam podejmowac dedcyzje, w ktore zainwestowac czas.. i jak zainwestowac czas. przemyslenia minionego tygodnia, wypowiedziane na glos ponad kubkiem herbaty imbirowej, zatwierdzone kiwnieciem Sliwkowej glowy, nabraly mocy urzedowej. :)
prawda, ze ja te decyzje podjlam juz kilkakrotnie.
prawda, ze planow dwuletnich bylo juz trzy lub cztery, ale jednak kazdy kolejny przybliza mnie do mety, prawda? :)
a meta nie jest zakonczeniem tarsy. meta jest poczatkiem nastepnej. i choc nigdy nie jezdzilam na nartach, to widze mete, jak szczyt gory, na ktora sie tak mozolnie wspinam.. kiedy w koncu tam dotre, wloze narty i zaczne szusowac z rozwianym wlosem, na rozbicie lba i polamanie karku.. i to bedzie jedna z tych tras, ktore nie maja konca. :))
jezeli doprowadze moj plan do punktu realizacji, to sie podziele radoscia..
jezeli nie doprowadze, to pewnie tez sie podziele..
realizacji planow, Wszystkim. :)
Labels:
kreatywnosc,
marudzenie,
marzenia,
nastroje,
natchnienie,
pozytywne myslenie,
przyjazn
Tuesday, 9 October 2012
Baćko Biegluk
Baćko Biegluk zapukal do nieba. Swiety Piotr otworzyl okienko w perlowych wrotach, wyjrzal przez nie i natychmiast zatrzasnal. Zapukal Baćko Biegluk do piekla:
“Zamkniete! Nie przyjmujemy!” krzyknal ktos zza wrot..
“Ale..”
“Nie ma zadnego ale!” ;)
Podrapal sie Baćko Biegluk po kudlatej brodzie…
Poszedl z powrotem do Nieba, zapukal i kiedy tylko wychyila sie glowa swietego Piotra, zapytal:
“Swiety Piotrze, przyszedlem tu z dobrej woli, moglem pojsc gdziekolwiek indziej i nie rozumiem, dlaczego mnie nie wpuszczasz..?”
“Zbyt uparty i nie lubisz ekologow! Wracaj skad przyszedles, Biegluk. Popracuj nad soba. Moze nastepnym razem sie zastanowimy.”
Kilka godzin pozniej Baćko Biegluk wybudzil sie z narkozy. Mostek bedzie sie zrastal kilka miesiecy. Serce pokrojone i pozszywane, ale dziala. Jakie te srodki do narkozy dziwne… Co to mu sie snilo…?
I nikt juz nigdy nie bedzie wiedzial, czy to dzieki sprawnym dloniom hirurga, czy dzieki wlasnej zasiedzialej wredocie Biegluk Senior wrocil spokojnie na te strone…
I nikt wiedziec nie musi. Grunt, ze jeszcze nie nadszedl czas...
*
“Zamkniete! Nie przyjmujemy!” krzyknal ktos zza wrot..
“Ale..”
“Nie ma zadnego ale!” ;)
Podrapal sie Baćko Biegluk po kudlatej brodzie…
Poszedl z powrotem do Nieba, zapukal i kiedy tylko wychyila sie glowa swietego Piotra, zapytal:
“Swiety Piotrze, przyszedlem tu z dobrej woli, moglem pojsc gdziekolwiek indziej i nie rozumiem, dlaczego mnie nie wpuszczasz..?”
“Zbyt uparty i nie lubisz ekologow! Wracaj skad przyszedles, Biegluk. Popracuj nad soba. Moze nastepnym razem sie zastanowimy.”
Kilka godzin pozniej Baćko Biegluk wybudzil sie z narkozy. Mostek bedzie sie zrastal kilka miesiecy. Serce pokrojone i pozszywane, ale dziala. Jakie te srodki do narkozy dziwne… Co to mu sie snilo…?
I nikt juz nigdy nie bedzie wiedzial, czy to dzieki sprawnym dloniom hirurga, czy dzieki wlasnej zasiedzialej wredocie Biegluk Senior wrocil spokojnie na te strone…
I nikt wiedziec nie musi. Grunt, ze jeszcze nie nadszedl czas...
*
Monday, 8 October 2012
ciaganie nosem
Ok. Bylam dzis troche przewrazliwiona, ale ile godzin mozna sluchac kogos wciagajacego katar do nosa??
Po 5ciu godzinach nie wytrzymalam, przechylilam sie przez stolik i podalam kolezance chusteczki. Z usmiechem powiedzialam: "Slysze, ze caly dzien ciagasz nosem. Moze mniej sie bedziesz meczyla, jak go porzadnie wydmuchasz..?"
Kolezanka powiedziala, ze nie ma pojecia skad jej sie przyplatalo przeziebienie i podziekowala za chusteczki, po czym zamiast wydmuchac kartofla, zaczela nimi podcierac to mokre, co zostaje POD nosem, po kolejnym wciagnieciu!!!!!!! ;(
To bylo jakas godzine temu.
Trzymajcie mnie, bo juz dluzej nie zdzierze! ;(
XXI wiek, Europa, jestesmy dorosli!
Czy to ja jestem potworem, czy ten nos mozna by, do 100 diablow (!!) wydmuchac???!!
*** DObrze, ze szczytowanie rozdraznienia przeszlam ok 17stej.. Godzine pozniej bylam juz w drodze do domu. Ufff..
Po 5ciu godzinach nie wytrzymalam, przechylilam sie przez stolik i podalam kolezance chusteczki. Z usmiechem powiedzialam: "Slysze, ze caly dzien ciagasz nosem. Moze mniej sie bedziesz meczyla, jak go porzadnie wydmuchasz..?"
Kolezanka powiedziala, ze nie ma pojecia skad jej sie przyplatalo przeziebienie i podziekowala za chusteczki, po czym zamiast wydmuchac kartofla, zaczela nimi podcierac to mokre, co zostaje POD nosem, po kolejnym wciagnieciu!!!!!!! ;(
To bylo jakas godzine temu.
Trzymajcie mnie, bo juz dluzej nie zdzierze! ;(
XXI wiek, Europa, jestesmy dorosli!
Czy to ja jestem potworem, czy ten nos mozna by, do 100 diablow (!!) wydmuchac???!!
*** DObrze, ze szczytowanie rozdraznienia przeszlam ok 17stej.. Godzine pozniej bylam juz w drodze do domu. Ufff..
Subscribe to:
Posts (Atom)