Skoro czytacie bloga po polsku, a zakładam, że nie czyta go najmłodsze pokolenie ;), to wychowaliście się w Polsce, w czasach kiedy zimy były zasypane śniegiem, na Boże Narodzenie czekało się tygodniami (powiedzmy, że tygodniami, bo pamiętam te oczekiwanie jak ciągnące się w nieskończoność miesiące!), Święty Mikołaj/Dziad Mróz nie siedział w każdym supermarkecie i w ogóle, choć choinki miały mniej bąbek i światełek, choć prezenty się pod nimi mieściły, choć bardziej można było liczyć na nowy sweterek lub książkę niż na grę komputerową czy rower, choć na święta nie jeździło się rodzinnie do kina ani do centrum rozrywki, to wszystko było bardzo wypragnione, rodzinne i magiczne.. I nieprawda, że ta magia miała mniej kolorów, ona po prostu była mniej komercyjna i ciut ciszej grały kolędy.. I była wewnątrz każdego własnoręcznie sklejonego pieroga z grzybami i kapustą... i była wewnątrz nas.
I właśnie takich Świat Wam życzę. Nieskończenie rodzinnych, nieskończenie Waszych i nieskończenie magicznych. I jeśli macie dzieci w domu (Alicjo! :)) ), żeby dzieci zapamiętały te Święta dokładnie tak, jak Wy byście tego chcieli.
A Wam życzę wielkiej wyżerki, przy której każda planowana dieta padnie z rozpaczą na kolana, dużo radości z bliskimi i oczywiście prezentów, niekoniecznie tych wymarzonych i najpiękniejszych, ale podarowanych przez ludzi, którzy Was kochają. Duuuużo ciepła i radości.
I koniecznie, koniecznie zróbcie rodzinne zdjęcie pod ścianą lub pod choinka. Za 20 lat będziecie na nie patrzeć ze wzruszeniem.
No właśnie... wzruszających świat Wam i sobie samej życzę... :))
trudno mi napisac o czym jest moj blog.. to przygody, wieksze i mniejsze, smieszne lub filozoficzne, ktore przezywam kazdego dnia w pracy, domu, sklepie, jezdzac na rowerze, biegajac, czy tez robiac zdjecia.. to przyjaciele, znajomi i rodzina.. pasje badz ich brak.. zbior mysli uczesanych i gladkich oraz tych skrzypiacych, ktore nie daja spokoju.. ..moje zycie na emigracji.. czasami magiczne i kolorowe, czasami szare do bolu, ale przeciez szary to tez kolor.. ;-)
Saturday, 24 December 2011
Friday, 23 December 2011
berlinsko i swiatecznie
a tak troche.. zeby choc ciut berlinsko i swiatecznie bylo...
zdjecia z telefonu, wiec jakosc nienajlepsza, ale chce sie podzielic, na szczescie, jak oplatkiem.
jarmarki swiateczne sa dokladnie tak magiczne, jak sobie tego nie potrafilam wyobrazic..
to po prostu trzeba zobaczyc.. drewniane stoiska ze slodyczami i drobiazgami
malenkie karuzele - rozesmiane maluchy jezdza w kolko na pszczolkach i zuczkach... nad dziecmi pochylaja sie usmiechniete kwiatki ;)
na straganach Mikolaje , serca i choinki z piernika, nad straganami dzwieki koled...
jarmarki swiateczne sa dokladnie tak magiczne, jak sobie tego nie potrafilam wyobrazic..
to po prostu trzeba zobaczyc.. drewniane stoiska ze slodyczami i drobiazgami
malenkie karuzele - rozesmiane maluchy jezdza w kolko na pszczolkach i zuczkach... nad dziecmi pochylaja sie usmiechniete kwiatki ;)
na straganach Mikolaje , serca i choinki z piernika, nad straganami dzwieki koled...
w centrum handlowym miniaturowy swiat.. przez malenskie miasteczko przejezdza lokomotywa, ciezka, ogromna, az pot z niej splywa...
a w centrum swiatla i choinki.. tu rozmazane, tam magiczne...
Wednesday, 7 December 2011
Berlin, du bist wunderbar
Jeszcze 3 lata temu Berlin nie istnial na mojej mapie swiata.
To znaczy istnial, ale nie na mojej mapie cudow swiata, ani miejsc, ktorych na pewno chcialabym doswiadczyc.
Ot, Berlin, Berlinski mur i Brama Branderburska...
2,5 roku temu poznalam Svenje, ktora pochodzila z Berlina i na kilka tygodni przed wkazdym wyjazdem do rodzinnego miasta roziskrzala sie i z radoscia opowiadala, jak barzdo teskni za swoim miastem.. Za ktoryms wyjazdem Svenja napisala w statusie na facebook'u: Berlin, du bist wunderbar!
Wtedy po raz pierwszy pomyslalam, ze w zasadzie tak niewiele o Berlinie wiem..
Kilka miesiecy pozniej poznalam Urszule, Niemke z Bawarii, ktora, zeby nauczyc sie jezyka polskiego zposzla na studia do Frankfurtu nad Odra. Studiowala jezyki i kultoroznawstwo we Frankfurcie, mieszkala w Slubicach. Na uczelnie jezdzila przez granice rowerem. Po ukonczeniu studiow, poprzez kilka innych krajow i jezykow dotarla do Wielkiej Brytanii, gdzie znalazla prace jako asystentka prezesa instytucji dla osob nieslyszacych. Wtedy odkryla pasje do nauki jezykow na kolejnej plaszczyznie.. Migowej.
Urszula jest osoba absolutnie inspirujaca i fascynujaca.. Urszula kocha Berlin.
Z pasja opowiadala, ze w Berlinie nie znajdziesz ekskluzywnych samochodow, ktorymi zapchane sa zachodnioniemieckie bogate drogi; ze w Berlinie, po polaczeniu panstw zostal aparat panstwowy, ale nie przyszedl do niego zaden business; ze w Berlinie nie ma drogich klubow nocnych, ale sa squaty i dzielnice artystow; ze w Berlinie jest najpiekniejszy duch artystyczno-akademicki i to wlasnie tam prowadzone sa na przyklad specjalistyczne kursy jezykowe... migowe!
I ze Berlin to niesamowite, magiczne miejsce pelne wolnych serc, dusz i umyslow.. miasto sztuki i nauki..
I kilka razy sluchalam rozmarzonej Urszuli opowiadajacej historie z Berlina.. I po ktorejs z tych opowiesci Berlin zaistnial.
*****
Jutro, o tej porze, bede w Berlinie. Juz nie moge sie doczekac swoich wrazen z miasta, ktore kiedys kojarzylo mi sie z Murem Berlinskim, potem z Parada Milosci, a teraz ze sztuka, wolnym duchem i akademickimi dyskusjami po swit...
I ciekawa jestem, czy zakocham sie w tym, juz dla mnie niesamowitym, miescie.
I moze tez pomysle: Berlin, du bist wunderbar...
Juz jutro.
To znaczy istnial, ale nie na mojej mapie cudow swiata, ani miejsc, ktorych na pewno chcialabym doswiadczyc.
Ot, Berlin, Berlinski mur i Brama Branderburska...
2,5 roku temu poznalam Svenje, ktora pochodzila z Berlina i na kilka tygodni przed wkazdym wyjazdem do rodzinnego miasta roziskrzala sie i z radoscia opowiadala, jak barzdo teskni za swoim miastem.. Za ktoryms wyjazdem Svenja napisala w statusie na facebook'u: Berlin, du bist wunderbar!
Wtedy po raz pierwszy pomyslalam, ze w zasadzie tak niewiele o Berlinie wiem..
Kilka miesiecy pozniej poznalam Urszule, Niemke z Bawarii, ktora, zeby nauczyc sie jezyka polskiego zposzla na studia do Frankfurtu nad Odra. Studiowala jezyki i kultoroznawstwo we Frankfurcie, mieszkala w Slubicach. Na uczelnie jezdzila przez granice rowerem. Po ukonczeniu studiow, poprzez kilka innych krajow i jezykow dotarla do Wielkiej Brytanii, gdzie znalazla prace jako asystentka prezesa instytucji dla osob nieslyszacych. Wtedy odkryla pasje do nauki jezykow na kolejnej plaszczyznie.. Migowej.
Urszula jest osoba absolutnie inspirujaca i fascynujaca.. Urszula kocha Berlin.
Z pasja opowiadala, ze w Berlinie nie znajdziesz ekskluzywnych samochodow, ktorymi zapchane sa zachodnioniemieckie bogate drogi; ze w Berlinie, po polaczeniu panstw zostal aparat panstwowy, ale nie przyszedl do niego zaden business; ze w Berlinie nie ma drogich klubow nocnych, ale sa squaty i dzielnice artystow; ze w Berlinie jest najpiekniejszy duch artystyczno-akademicki i to wlasnie tam prowadzone sa na przyklad specjalistyczne kursy jezykowe... migowe!
I ze Berlin to niesamowite, magiczne miejsce pelne wolnych serc, dusz i umyslow.. miasto sztuki i nauki..
I kilka razy sluchalam rozmarzonej Urszuli opowiadajacej historie z Berlina.. I po ktorejs z tych opowiesci Berlin zaistnial.
*****
Jutro, o tej porze, bede w Berlinie. Juz nie moge sie doczekac swoich wrazen z miasta, ktore kiedys kojarzylo mi sie z Murem Berlinskim, potem z Parada Milosci, a teraz ze sztuka, wolnym duchem i akademickimi dyskusjami po swit...
I ciekawa jestem, czy zakocham sie w tym, juz dla mnie niesamowitym, miescie.
I moze tez pomysle: Berlin, du bist wunderbar...
Juz jutro.
Monday, 28 November 2011
twarde szkło... z chińskiej huty... (fotografom serce pokroi sie w plasterki)
Sobota 4 rano.
Rozpoczyna się cotygodniowy rytuał. Mąż, klnąc pod nosem na ziąb i szarugę za oknem, zwleka się z łóżka i przecierając niewyspane oczy, otwiera szafkę zapełnionę po brzegi sprzętem fotgraficznym. Jakże on nie znosi tych wyborów – no cóż tym razem ze sobą zabrać? Miły dla ucha świst zamka błyskawicznego YKK i już przepastny plecak fotograficzny stwoi przed nim otworem. Z atencją godną królewskich insygniów pakuje do niego mordercę kręgosłupa - Pentaksa 67II, SMC Pentax Fish-Eye 67 35mm f/4.5, którego i tak nigdy nie używa, swój najukochańszy SMC Pentax 67 45mm f/4, dla którego w 1994 sprzedał swojego Kadetta i przede wszystkim SMC Pentax 67 300mm f/4 ED[IF], za którego ponownie oddałby swoją nerkę, gdyby ją jeszcze miał. Gdy przytroczył już do plecaka 10 kilowy statyw, na chwilę zawahał się, ponownie otworzył szafkę, by wyjąć z niej Leike M7 z Summicronem-M 35mm - w drodze powrotnej, jeśli tylko światło będzie łaskawe, zatrzyma się na ulicy, gdzie już dawno wymarzył sobie to jedno zdjęcie życia - potrzeba tylko niewielkiego zbiegu okoliczności.
Gdy wybór zdawał się być dopełniony, poszedł do kuchni przygotować strawę na długi dzień poza domem. Zamykając lodówkę, kątem oka dostrzega smutno zerkająca spod półki z wedlinami Velvię. Nie myśląc długo, zabiera 4 rolki, a do plecaka dokłada jeszcze Pentaksa Z1p z kompletem Limitedow.
Do domu wraca wieczorem. Westchnąwszy z ulgą, zrzuca z siebie brzemię fotoamatora, wyciąga z bocznej kieszonki 5 szerokich Delt 100 i 3 rolki małobrazkowego triksa, by po chwili, przygarbiony, poczłapać w kierunku ciemni, z której wychodzi dopiero nad ranem. Otumaniony oparami utrwalacza, z pustymi, podkrążonymi oczyma, marzący już tylko i wyłącznie o śnie.
Serce małżonki krajało się za każdym razem, gdy musiała oglądać te weekendowe cierpienia mężczyzny swego życia. Postanowiła coś z tym zrobić. Przecież Mirek, jej pierwsza miłośc ze szkolnej ławy, którego odnalazła niedawno na Naszej Klasie, robi bardzo ładne zdjęcia, do tego kolorowe i nie musi przeżywać takich cierpień jak jej mąż. Nie myśląc długo, zastukała do Mirka na GG. W kilku zdaniach suto okraszonych emotikonkami wyjaśniła mu dręczący ją problem, a niezawodny Mirek po 15 minuatach podsunął jej genialne rozwiązanie.
Gdy mąż wyjechał na delegację, zrobiła zdjęcie jego gratów telefonem komórkowym, wystawiła na allegro i sprzedała wszystko na jednej aukcji jako "Stare aparaty po dziadku". Nigdy nie zrozumiem mężczyzn, pomyślała, gdy po ten cały szmelc przyjechał pewien człowiek z Zielonej Góry, nalegając że dołoży krotność wylicytowanej kwoty.
- A co mi tam - powiedziała do siebie uśmiechając się perliście. - Przynajmniej wystarczy mi na torbę kolt, o której wspominał Mirek.
Mężczyzna z Zielonej Góry potrzebował trzech rund na 3 piętro i z powrotem, by załaodować cały sprzęt do samochodu. Gdy w końcu odjechał, niesiona na skrzydłach małżeńskiego oddania małżonka udała się do MediaMarkt i kupiła polecany przez Mirka profesjonalny aparat Nikon D40x z imponującym obiektywem Tamron SP AF 18-200mm F/3.5-6.3 XR Di II LD IF Makro.
Nie mogła doczekać się powrotu męża. Ubrana w swą najlepszą sukienkę, wypatrywała go w oknie. A może zrobi mi ładne zdjęcia swoim nowym aparatem, pomyślała delikatnie się rumieniąc.
W czasie sekcji zwłok, lekarz sądowy, zwrócił się do swojego asystenta:
- Niewiarygodne, nawet podczas wypadków samochodowych, odłamki szkła nie wbijają się tak głęboko w czaszkę!
- Twarde szkło... z chińskiej huty - odpowiedział asystent...
Rozpoczyna się cotygodniowy rytuał. Mąż, klnąc pod nosem na ziąb i szarugę za oknem, zwleka się z łóżka i przecierając niewyspane oczy, otwiera szafkę zapełnionę po brzegi sprzętem fotgraficznym. Jakże on nie znosi tych wyborów – no cóż tym razem ze sobą zabrać? Miły dla ucha świst zamka błyskawicznego YKK i już przepastny plecak fotograficzny stwoi przed nim otworem. Z atencją godną królewskich insygniów pakuje do niego mordercę kręgosłupa - Pentaksa 67II, SMC Pentax Fish-Eye 67 35mm f/4.5, którego i tak nigdy nie używa, swój najukochańszy SMC Pentax 67 45mm f/4, dla którego w 1994 sprzedał swojego Kadetta i przede wszystkim SMC Pentax 67 300mm f/4 ED[IF], za którego ponownie oddałby swoją nerkę, gdyby ją jeszcze miał. Gdy przytroczył już do plecaka 10 kilowy statyw, na chwilę zawahał się, ponownie otworzył szafkę, by wyjąć z niej Leike M7 z Summicronem-M 35mm - w drodze powrotnej, jeśli tylko światło będzie łaskawe, zatrzyma się na ulicy, gdzie już dawno wymarzył sobie to jedno zdjęcie życia - potrzeba tylko niewielkiego zbiegu okoliczności.
Gdy wybór zdawał się być dopełniony, poszedł do kuchni przygotować strawę na długi dzień poza domem. Zamykając lodówkę, kątem oka dostrzega smutno zerkająca spod półki z wedlinami Velvię. Nie myśląc długo, zabiera 4 rolki, a do plecaka dokłada jeszcze Pentaksa Z1p z kompletem Limitedow.
Do domu wraca wieczorem. Westchnąwszy z ulgą, zrzuca z siebie brzemię fotoamatora, wyciąga z bocznej kieszonki 5 szerokich Delt 100 i 3 rolki małobrazkowego triksa, by po chwili, przygarbiony, poczłapać w kierunku ciemni, z której wychodzi dopiero nad ranem. Otumaniony oparami utrwalacza, z pustymi, podkrążonymi oczyma, marzący już tylko i wyłącznie o śnie.
Serce małżonki krajało się za każdym razem, gdy musiała oglądać te weekendowe cierpienia mężczyzny swego życia. Postanowiła coś z tym zrobić. Przecież Mirek, jej pierwsza miłośc ze szkolnej ławy, którego odnalazła niedawno na Naszej Klasie, robi bardzo ładne zdjęcia, do tego kolorowe i nie musi przeżywać takich cierpień jak jej mąż. Nie myśląc długo, zastukała do Mirka na GG. W kilku zdaniach suto okraszonych emotikonkami wyjaśniła mu dręczący ją problem, a niezawodny Mirek po 15 minuatach podsunął jej genialne rozwiązanie.
Gdy mąż wyjechał na delegację, zrobiła zdjęcie jego gratów telefonem komórkowym, wystawiła na allegro i sprzedała wszystko na jednej aukcji jako "Stare aparaty po dziadku". Nigdy nie zrozumiem mężczyzn, pomyślała, gdy po ten cały szmelc przyjechał pewien człowiek z Zielonej Góry, nalegając że dołoży krotność wylicytowanej kwoty.
- A co mi tam - powiedziała do siebie uśmiechając się perliście. - Przynajmniej wystarczy mi na torbę kolt, o której wspominał Mirek.
Mężczyzna z Zielonej Góry potrzebował trzech rund na 3 piętro i z powrotem, by załaodować cały sprzęt do samochodu. Gdy w końcu odjechał, niesiona na skrzydłach małżeńskiego oddania małżonka udała się do MediaMarkt i kupiła polecany przez Mirka profesjonalny aparat Nikon D40x z imponującym obiektywem Tamron SP AF 18-200mm F/3.5-6.3 XR Di II LD IF Makro.
Nie mogła doczekać się powrotu męża. Ubrana w swą najlepszą sukienkę, wypatrywała go w oknie. A może zrobi mi ładne zdjęcia swoim nowym aparatem, pomyślała delikatnie się rumieniąc.
W czasie sekcji zwłok, lekarz sądowy, zwrócił się do swojego asystenta:
- Niewiarygodne, nawet podczas wypadków samochodowych, odłamki szkła nie wbijają się tak głęboko w czaszkę!
- Twarde szkło... z chińskiej huty - odpowiedział asystent...
Saturday, 26 November 2011
connected, up and running
po trzech miesiącach walki z dostawca internetu, który podłączając nas w nowym mieszkaniu odciął całą klatkę schodową od telewizji i miał to w nosie... po półtora miesiąca bez internetu, ponieważ zarządca budynku, który w końcu sam naprawił telewizję sąsiadom, musiał wyciągnąć nasz kabelek z klatkowego gniazda telewizyjnego (!!!), wiec byliśmy fizycznie unplagged..
po kolejnych nadziejach, rozczarowaniach i próbach podłączenia nas do netu z sześcioma grupami 'technicznych managerów' (żaden z nich managerem nie był - ściema call centre), oraz z dziesiątkami kolejnych osób ze starym dostawca netu, i ostatecznie otrzymaniu pozwolenia na odejście bez płacenia kary za zerwanie umowy (!!!???)
po ponad miesiącu czekania na nowy internet, który powinien być zainstalowany maksymalnie w ciągu 2 tygodni od dnia nawiązania współpracy..
po godzinie walki z komputerem, który znalazł internet nowego dostawcy dopiero po tym, kiedy ponownie zainstalowałam wireless managera od dostawcy starego.. (czy to się nie powinno gryźć i wykluczać??)
jestem plugged again!
i happy!
i nawet wiedząc, ze mój "czas wolny" będzie teraz czasem grzebania po sieci, blogowania, mailowania - ciesze się. czuję ekscytację i intensywną, dziecinną radość.
wiem już, ze potrafię żyć bez cowieczornego dostępu do internetu.
wiem, ze potrafiłabym żyć bez internetu.
i wiem, ze wole jednak go mieć, moc sprawy bankowe załatwiać z domu, odpowiadać na listy znajomych, na bieżąco sprawdzać wiadomości, które są mi potrzebne i te których zupełnie nie potrzebuje.
connected, up and running
***
no to teraz, za jednym zamachem, możne również 'running' da się ponownie zainstalować w wieczornej rutynie..? :)
PS. mam podpowiedz. jeśli będziecie mieli problemy z internetem czy czymkolwiek innym co wiąże Was umowa i nie działa nie marnujcie czasu na rozmowy z kilkudziesięcioma konsultantami na help linii.. poproście o przełączenie do działu rozwiązywania umów. tylko Ci ludzie maja prawo podejmowania jakichkolwiek decyzji. reszta przełącza Was do kolejnych konsultantów i w nieskończoność potwierdza dane konta..
po kolejnych nadziejach, rozczarowaniach i próbach podłączenia nas do netu z sześcioma grupami 'technicznych managerów' (żaden z nich managerem nie był - ściema call centre), oraz z dziesiątkami kolejnych osób ze starym dostawca netu, i ostatecznie otrzymaniu pozwolenia na odejście bez płacenia kary za zerwanie umowy (!!!???)
po ponad miesiącu czekania na nowy internet, który powinien być zainstalowany maksymalnie w ciągu 2 tygodni od dnia nawiązania współpracy..
po godzinie walki z komputerem, który znalazł internet nowego dostawcy dopiero po tym, kiedy ponownie zainstalowałam wireless managera od dostawcy starego.. (czy to się nie powinno gryźć i wykluczać??)
jestem plugged again!
i happy!
i nawet wiedząc, ze mój "czas wolny" będzie teraz czasem grzebania po sieci, blogowania, mailowania - ciesze się. czuję ekscytację i intensywną, dziecinną radość.
wiem już, ze potrafię żyć bez cowieczornego dostępu do internetu.
wiem, ze potrafiłabym żyć bez internetu.
i wiem, ze wole jednak go mieć, moc sprawy bankowe załatwiać z domu, odpowiadać na listy znajomych, na bieżąco sprawdzać wiadomości, które są mi potrzebne i te których zupełnie nie potrzebuje.
connected, up and running
***
no to teraz, za jednym zamachem, możne również 'running' da się ponownie zainstalować w wieczornej rutynie..? :)
PS. mam podpowiedz. jeśli będziecie mieli problemy z internetem czy czymkolwiek innym co wiąże Was umowa i nie działa nie marnujcie czasu na rozmowy z kilkudziesięcioma konsultantami na help linii.. poproście o przełączenie do działu rozwiązywania umów. tylko Ci ludzie maja prawo podejmowania jakichkolwiek decyzji. reszta przełącza Was do kolejnych konsultantów i w nieskończoność potwierdza dane konta..
Wednesday, 23 November 2011
jak rozpetalem trzecia wojne swiatowa ;)
Humor sytuacyjny!
Mail wyslany przez jednego z moich sympatycznych (aczkolwiek ciut nadmiernie starajacych sie i ciut nadmiernie aranzujacych przyjemne wydarzenia z managerami) kolegow do miejscowego zespolu i Waznego Szefa zza granicy.
****
Kochani,
Gauthier bedzie w miescie przez klka dni, wiec pomyslalem, ze skoro wszyscy i tak jestesmy w biurze tego dnia (spotkanie!!!), moze poszlibysmy wszyscy razem na kilka drinkow po pracy. Nic nadzwyczajnego, po prostu kilka drinkow i rozmowa poza biurem. :)
Dajcie mi znac, czy jetescie w wieczor dostepni i chetni, zeby pokazac naszemu francuskiemu koledze troche goscinnosci.
Dzieki
XYZ
***** Odpowiedz Waznego Szefa zza granicy:
French colleague???
People started wars for less than that! :)
*****
ha ha ha..
nie mam pojecia skad pochodzi Gauthier, ale po ilosci podwojnych b, a oraz k w nazwisku wnioskuje, ze Belg lub Dunczyk! :D
Spytam przy piwie! :D
Friday, 18 November 2011
motorniczy
rano, jak zwykla wbieglam na peron, zeby wskoczyc w pociag, wyciagnac ksiazke i .. pojechac do pracy.
na peronie, jak nigdy, stalo w zbitej grupce kilkanascie osob, grzecznie sluchajacych mezczyzny w kolejowym uniformie, granatowej kurtce i z zarzuconym na jedno ramie jaskrawym, zielono-zoltym plecaczkiem. na tablicy ogloszen wielkimi literami bylo napisane, ze zaden pociag z tego perony nigdzie nie ma zamiaru jechac..
no dobra.
spytalam kilku osob z grupi, co sie dzieje i uslyszalam:
- nie ma kierowcy do naszego pociagu.
- jak to nie ma kierowcy? :D
- no normalnie. motorniczego nie ma... szukaja innego..
no dla mnie to wcale nie jest normalnie, ze stoi pociag a nie ma do niego 'kierowcy' :D
chwile pozastanawialam sie, co mam zrobic.. kolejny pociag za 8 minut, ale wlecze sie przez wszystkie okoliczne mysie dziury i jedzie 30 minut dluzej niz ten.. moze warto jednak poczekac az znajda nam jakiegos motorniczego?..
nale tlumek ruszyl biegiem w kierunku drzwi pociagu. podporzadkowujac sie psychologii tlumu pobieglam razem z nimi (tyle ze szybciej, bo chcialam siedziec z przodu pociagu)
usiadlam, wyjelam ksiazke, pociag ruszyl.
z glosniczkow odezwal sie glos konduktora:
- Witam serdecznie na pokladzie pociagu X do YZ. Planowana godzina dojazdu do YZ to 8:15. Pociag ma w tej chwili 5 minut opoznienia, co postaramy sie nadrobic podczas trasy. Za niedogodnosci i opoznienie podrozy spowodowane spoznieniem sie motorniczego do pracy serdecznie przepraszamy.
Pol pociagu ryknelo smiechem! :D
Nie ma zadnej tragedii! Motorniczy zaspal do pracy! Pewnie wszystkim sie to zdarzylo po raz pierwszy w zyciu jechac pociagiem, do ktorego spoznil sie motorniczy! :D
Chlopakow w tle ze smiechem powiedzial na glos: Dzizas.. malo ze sie spoznil, to pewnie jeszcze ma kaca giganta! Ja na nastepnej stacji wysiadam! :D
na peronie, jak nigdy, stalo w zbitej grupce kilkanascie osob, grzecznie sluchajacych mezczyzny w kolejowym uniformie, granatowej kurtce i z zarzuconym na jedno ramie jaskrawym, zielono-zoltym plecaczkiem. na tablicy ogloszen wielkimi literami bylo napisane, ze zaden pociag z tego perony nigdzie nie ma zamiaru jechac..
no dobra.
spytalam kilku osob z grupi, co sie dzieje i uslyszalam:
- nie ma kierowcy do naszego pociagu.
- jak to nie ma kierowcy? :D
- no normalnie. motorniczego nie ma... szukaja innego..
no dla mnie to wcale nie jest normalnie, ze stoi pociag a nie ma do niego 'kierowcy' :D
chwile pozastanawialam sie, co mam zrobic.. kolejny pociag za 8 minut, ale wlecze sie przez wszystkie okoliczne mysie dziury i jedzie 30 minut dluzej niz ten.. moze warto jednak poczekac az znajda nam jakiegos motorniczego?..
nale tlumek ruszyl biegiem w kierunku drzwi pociagu. podporzadkowujac sie psychologii tlumu pobieglam razem z nimi (tyle ze szybciej, bo chcialam siedziec z przodu pociagu)
usiadlam, wyjelam ksiazke, pociag ruszyl.
z glosniczkow odezwal sie glos konduktora:
- Witam serdecznie na pokladzie pociagu X do YZ. Planowana godzina dojazdu do YZ to 8:15. Pociag ma w tej chwili 5 minut opoznienia, co postaramy sie nadrobic podczas trasy. Za niedogodnosci i opoznienie podrozy spowodowane spoznieniem sie motorniczego do pracy serdecznie przepraszamy.
Pol pociagu ryknelo smiechem! :D
Nie ma zadnej tragedii! Motorniczy zaspal do pracy! Pewnie wszystkim sie to zdarzylo po raz pierwszy w zyciu jechac pociagiem, do ktorego spoznil sie motorniczy! :D
Chlopakow w tle ze smiechem powiedzial na glos: Dzizas.. malo ze sie spoznil, to pewnie jeszcze ma kaca giganta! Ja na nastepnej stacji wysiadam! :D
Sunday, 6 November 2011
basta
..tyle sie dzieje historii wartych przekazania dalej, ze wymyslilam, co zrobie. ;)
bede je wklepywala w laptopa wieczorami i wrzucala w internet rano w pracy. :)
w sumie to nie do konca 'legalne', bo nie powinnam pracowego laptopa uzywac do spraw prywatnych, ale przeciez te wszystkie historie znikna, jesli nie zostana zapisane.. za kilka tygodni, miesiecy, nawet ja juz nie bede ich pamietac.. znikna przykryte kolorami kolejnych dni, jak jesienne liscie, pod kolejnymi jesiennymi liscmi. pozniej przyjdzie zima, snieg, wiosna i juz nikt nie bedzie pamietal, ze w ogole sie zdarzyly.
szkoda by bylo zgubic dobre mysli.. takie dobre mysliprzydaja sie w najmniej oczekiwanych momentach.
wracam do wielkiego sejwowania! ;)
basta!
bede je wklepywala w laptopa wieczorami i wrzucala w internet rano w pracy. :)
w sumie to nie do konca 'legalne', bo nie powinnam pracowego laptopa uzywac do spraw prywatnych, ale przeciez te wszystkie historie znikna, jesli nie zostana zapisane.. za kilka tygodni, miesiecy, nawet ja juz nie bede ich pamietac.. znikna przykryte kolorami kolejnych dni, jak jesienne liscie, pod kolejnymi jesiennymi liscmi. pozniej przyjdzie zima, snieg, wiosna i juz nikt nie bedzie pamietal, ze w ogole sie zdarzyly.
szkoda by bylo zgubic dobre mysli.. takie dobre mysliprzydaja sie w najmniej oczekiwanych momentach.
wracam do wielkiego sejwowania! ;)
basta!
Friday, 4 November 2011
:((
wciaz nie mam internetu... :(
za tydzien ma byc podlaczony, ale ja juz tym wszystkim draniom nie ufam..
Urgh!
za tydzien ma byc podlaczony, ale ja juz tym wszystkim draniom nie ufam..
Urgh!
Thursday, 6 October 2011
pożegnalne drinki
Odchodzę z firmy. Zgodnie z tradycją wysłałam informację ze organizuję pożegnalne drinki w pubie kolo biura. I ze zrozumiem, jeżeli ktoś nie przyjdzie, bo przecież część ludzi kończy pracę pół godziny wcześniej, a część dojeżdża z daleka... Szczerze mówiąc, nie do końca mam ochotę na ogromny spęd i „zabawianie” wszystkich rozmową. Jeśli ktoś nie czuje się ze mną na tyle blisko, żeby przyjść, to nie ma sprawy - nie chcę, żeby moi koledzy przyszli „z obowiązku”. :))
Teresa podeszła do mnie wczoraj po południu i powiedziała: Wiesz Aga, ja chyba jutro będę. :)
Podziękowałam jej i powiedziałam, że bardzo milo mi będzie zobaczyć jej buzie w pubie, bo ja naprawdę lubię i cieszę się, że będę mogła z nią zamienić kilka słów poza środowiskiem zawodowym. Może to ostatni raz w życiu, kiedy będziemy miały okazję porozmawiać. :))
Teresa przytaknęła, uśmiechnęła się i spytała: A kto będzie?
Hmmmm... JA będę... Ja... - pomyślałam i rozumiejąc pytanie, i żałując, że zostało zadane...
Teresa podeszła do mnie wczoraj po południu i powiedziała: Wiesz Aga, ja chyba jutro będę. :)
Podziękowałam jej i powiedziałam, że bardzo milo mi będzie zobaczyć jej buzie w pubie, bo ja naprawdę lubię i cieszę się, że będę mogła z nią zamienić kilka słów poza środowiskiem zawodowym. Może to ostatni raz w życiu, kiedy będziemy miały okazję porozmawiać. :))
Teresa przytaknęła, uśmiechnęła się i spytała: A kto będzie?
Hmmmm... JA będę... Ja... - pomyślałam i rozumiejąc pytanie, i żałując, że zostało zadane...
Wednesday, 28 September 2011
uczciwość nad uczciwościami
Chorwacka ośmiorniczka będzie na jutro, bo na dziś mam niesamowitą historię z serca Londynu. ;)
Na luch pobiegłam z Amelia.. Tak, jak zawsze jem lunche ugotowane w domu i przyniesione do pracy lub kupione po drodze składniki ubrane własnoręcznie w sałatkę, tak dziś postanowiłam pójść z Amelia na miasto.
Zapakowałam w kieszenie klucze, portfel i 2 telefony i poszłam.
Zjadłyśmy szybko, przeplatając gryzy i łyki wakacyjnymi opowieściami. W drodze powrotnej skręciłyśmy do banku, żebym mogła wpłacić czek na konto i.. tuz przed przed drzwiami wejściowymi zauważyłam, że nie mam portfela! L
Sprawdziłam kieszenie. Klucze na miejscu, telefon prywatny, telefon służbowy (oczywiście już było na nim kilka maili, sms i nie odebrane połączenie, które postanowiłam zignorować do momentu kiedy wrócę do biura). Portfela nie było.
Prawie przebiegłyśmy drogę powrotną do jadłodajni, wypytałyśmy obsługę, czy nie widziała portfela.. Nic..
W drodze powrotnej do biura zaczęłyśmy się zastanawiać, czy jest szansa, że ktoś mi mój portfel odeśle. Haczyk polegał na tym, że nie było w nim pieniędzy, tylko same dokumenty i karty bankowe. Moja logika podparta wspomnieniami niesmacznych historii opowiadanych kilka lat temu przez znajomych w Polsce, szeptała, że jak są w portfelu pieniądze, to ktoś je sobie zabiera i z wdzięczności odsyła portfel pocztą, jak portfel jest pusty, to wdzięczność się nie należy i ten ktoś go po prostu wyrzuca do najbliższego kosza na śmieci…
Amelia powiedziała, że ona by zdecydowanie portfel odesłała, jeśli byłby pusty, a jeżeli byłyby w nim pieniądze, to zadzwoniłaby i oddala do rak własnych. Taki dobry człowiek z tej Amelii...J
I nagle obie się ucieszyłyśmy! Zadzwonić! No przecież!!! Wizytówki! Czy ja je miałam w portfelu? Chyba tak…
I kolejne olśnienie! Nieodebrany telefon!!!!
Oddzwoniłam błyskawicznie – nikt nie odebrał. Sprawdziłam smsa – ‘Masz wiadomość na poczcie głosowej’, poczta głosowa: ‘Cześć, wygląda na to, że znalazłam Twój portfel. Czekam na telefon.’
Oddzwoniłam, portfel odebrałam po kilkunastu minutach. Przesympatyczna dziewczyna w niebieskiej sukience powiedziała, że dopóki nie znalazła wizytówki nieźle się nagłówkowa nad tym, jak mnie odnaleźć.. Bo adres na prawie jazdy może być nieaktualny, a bank nie poda żadnych informacji z moich kart. W końcu wpadła na pomysł, że wpisze moje nazwisko w google i sprawdzi, czy mam swój profil na jakimkolwiek portalu.. A chwilę później znalazła wizytówkę! J
Zadzwoniła na moja komórkę, zostawiła wiadomość, zadzwoniła na telefon do pracy i tam tez zostawiła wiadomość..
Jak przyjemnie, że są wokół nas uczciwi ludzie, którym w dodatku tak bardzo zależy, żeby znaleziona rzecz jak najszybciej trafiła do właściciela..
Lucky me.. :))
Tuesday, 27 September 2011
Chorwacja i ośmiornica numer 1
w Chorwacji było piękne czyste niebo, spokojne morze i mnóstwo wysp.. było gorąco, pomimo, ze to już koniec września i było dość wietrznie.. wszystko idealne do wakacyjnego żeglowania z przyjaciółmi. :)
podczas dopływania do Archipelagu Kornati zaczęłam czuć ekscytujące zaniepokojenie.. nigdy w życiu nie widziałam takiego krajobrazu.. no może poza filmami futurystycznymi pokazującymi podboje innych planet, czy tez świat po wybuchu bomby nuklearnej ! ;)
turkusowe piękne morze i otaczające nas dziesiątki wysp.. wysp – wzgórz.. totalnie łysych, jasnobeżowych. Jeśli pojawiały się na nich jakiekolwiek rośliny, miały one co najwyżej po 20-30 centymetrów..
świat bez ludzi, roślin, zwierząt.. świat trzech kolorów – błękitu nieba, beżu wysp-wzgórz i turkusu morza..
dopiero kiedy stanęliśmy na kotwicy, żeby popływać okazało się, że ten świat jednak jest kolorowy i tętni życiem i fauny i flory! jak najbardziej jest zamieszkały, tyle, że POD powierzchnia wody! :)
włożenie maski i rurki odsłaniało magiczny podwodny świat, pełen prześmiesznych jeżowców poutykanych we wszystkie szpary i załamania skal, pełen kolorowych ryb i jasnozielonych rurek podwodnych roślin! Było tak niesamowicie, że przez pierwsze kilka minut musiałam opanowywać ekscytacje, żeby się nie zaciągać morska woda! :)
i właśnie tego dnia zobaczyłam pierwszą ośmiornice w moim życiu.. siedziała na skraju skały i z góry patrzyła na podwodny świat.. z godnością i dystansem, z wdziękiem i ciekawością.. spokojna i czujna.. piękna. :)
i zrozumiałam, że ośmiornice pokochałam już na zawsze...
a potem była kolejne przygoda z ośmiornica.. ale te przygodę opowiem jutro. :)
i z tego kolejnego spotkania mam nawet zdjęcia! :)
... i tylko internetu nie bylo na jachcie w Chorwacji... ale do tego sie błyskawicznie przyzwyczaiłam... ;)
podczas dopływania do Archipelagu Kornati zaczęłam czuć ekscytujące zaniepokojenie.. nigdy w życiu nie widziałam takiego krajobrazu.. no może poza filmami futurystycznymi pokazującymi podboje innych planet, czy tez świat po wybuchu bomby nuklearnej ! ;)
turkusowe piękne morze i otaczające nas dziesiątki wysp.. wysp – wzgórz.. totalnie łysych, jasnobeżowych. Jeśli pojawiały się na nich jakiekolwiek rośliny, miały one co najwyżej po 20-30 centymetrów..
świat bez ludzi, roślin, zwierząt.. świat trzech kolorów – błękitu nieba, beżu wysp-wzgórz i turkusu morza..
dopiero kiedy stanęliśmy na kotwicy, żeby popływać okazało się, że ten świat jednak jest kolorowy i tętni życiem i fauny i flory! jak najbardziej jest zamieszkały, tyle, że POD powierzchnia wody! :)
włożenie maski i rurki odsłaniało magiczny podwodny świat, pełen prześmiesznych jeżowców poutykanych we wszystkie szpary i załamania skal, pełen kolorowych ryb i jasnozielonych rurek podwodnych roślin! Było tak niesamowicie, że przez pierwsze kilka minut musiałam opanowywać ekscytacje, żeby się nie zaciągać morska woda! :)
i właśnie tego dnia zobaczyłam pierwszą ośmiornice w moim życiu.. siedziała na skraju skały i z góry patrzyła na podwodny świat.. z godnością i dystansem, z wdziękiem i ciekawością.. spokojna i czujna.. piękna. :)
i zrozumiałam, że ośmiornice pokochałam już na zawsze...
a potem była kolejne przygoda z ośmiornica.. ale te przygodę opowiem jutro. :)
i z tego kolejnego spotkania mam nawet zdjęcia! :)
... i tylko internetu nie bylo na jachcie w Chorwacji... ale do tego sie błyskawicznie przyzwyczaiłam... ;)
Friday, 16 September 2011
skrzywdzony pies
przy okazji rozmowy na forum biegowym przypomniała mi się pewna historia
generalnie biegacze rozmawiali o tym, jak sobie radzić z agresywnymi psami. czy lepszy jest odstraszacz dźwiękowy, gaz pieprzowy, czy kij bejsbolowy na właściciela, który agresywnego psa spuszcza ze smyczy.
i przypomniała mi się historia 'mojego' pieska.
bo tak ogólnie rzecz ujmując, ja nigdy nie miałam złych doświadczeń z psami – może z powodu farta, a może dlatego, że psom ufam, gadam do nich i naprawdę wiem, że mi nic nie zrobią? a może to po prostu zbieg okoliczności..
ale miałam jedno zdarzenie, które umocniło we mnie przekonanie, że jednak psów nie należy kopać ani spryskać ich gazem.. (natomiast powtarzam, że na mnie nigdy żaden wściekły rottweiler nie wyskoczył w ciemnej uliczce..)
biegłam wzdłuż rzeki, niedaleko domu, było już późno. jakieś 10 metro przede mną wyskoczył z klatki schodowej mały agresywnie rozjazgotany pies i poczułam, że może się zaraz zrobić gorąco... odruchowo zwolniłam krok do marszu, wyciągnęłam rękę i zaczęłam do niego mówić pewnym i w miarę beztroskim głosem: no co Ty? głupi jesteś? przecież jak ja Cię kopnę, to długo się będziesz z tego wylizywał.. głupi piesek.. naprawdę..
pies zdziwił się, zwolnił i przestał ujadać.. wypadła za nim właścicielka, przeprosiła mnie i wylewnie mi podziękowała, że nie zrobiłam jej psu krzywdy (!!!!!) ..powiedziała, że ona wie, jak ludzie mogą oceniać jej psa, ale on tylko tak obłąkanie szczeka. zaczął ujadać na ludzi w szybkim ruchu po tym, jak go potracił rowerzysta.
miesiąc czy 2 po tamtym wypadku pies wystraszył kogoś biegnącego i dostał kopniaka, po którym znowu wylądował u weterynarza - miał przetracona szczękę... i ona już nie potrafi go uspokoić, jak ktoś dorosły biegnie lub go mija rowerem. z tego, co mówiła, pies nie gryzie. dzieci wręcz mogą po nim hulajnogami i rowerami jeździć.
rozmowa skończyła się głaskaniem psa i jego radosnymi podskokami obok mnie, kiedy wracałam do biegu.
tym razem miałyśmy szczęście - ona, ja i pies.
i mam nadzieje, że tak już będzie.
generalnie, w Wielkiej Brytanii (Londynie) psy są mniej agresywne niż w Polsce, a większość z nich chodzi bez smyczy i bez kagańca. Nie wiem na czym to polega, ani skąd się bierze, ale widzę to na co dzień. słynne angielskie pitbulle i im podobne wielkoszczękie liżą się nawzajem po pyskach i radośnie merdają ogonami do świata..
psy pewnie są w jakiś sposób odzwierciedleniem osobowości, nastrojów, stresów i ogólnej sytuacji ich właścicieli.. podpisuje się cala sobą pod tym, że to właściciele, a nie psy są winni/odpowiedzialni i to im trzeba by gazem po oczach za każde ugryzienie przez ich psa.i dalej biegam późnymi wieczorami po mieście, mijam dziesiątki psów i czuje, że jeśli pojawi się sytuacja zagrożenia, to rozwiąże ja bez przetracania psu szczeki.. ale na 100% zakończę ja potężnym bluzgiem i awantura skierowana na właściciela.. w celach edukacyjnych. ;)
i trzymam kciuki, żeby to się jednak nigdy nie stało.
Saturday, 10 September 2011
Pod mostem w Alicante
Dotarła do mnie historia o osobie mi bliskiej, bliskość z którą rozeszła się na szwach, jak stara poszwa na kołdrę.. znam tę historię tylko z ust wspólnego przyjaciela, więc pewnie Ania opowiedziałaby ja zupełnie inaczej, ale to chyba nie jest aż tak ważne.. ;)
Kilka lat temu znajomi Ani pojechali na wakacje do Hiszpanii. Kilka dni z tych wakacji spędzili u koleżanki w Alicante. Po powrocie, zachwyceni miastem i jego atmosferą, powiedzieli Ani, że koniecznie musi tam pojechać i że na pewno jej się spodoba.
Ania postanowiła zwiedzić Alicante podczas długiego weekendu. Po kilku dniach wróciła z rozmarzonymi oczami, a tydzień później oświadczyła rodzinie, że wykupiła kurs języka hiszpańskiego w Alicante i na najbliższy urlop jedzie na 2 tygodnie do Hiszpanii. Kilka kolejnych miesięcy spędziła żyjąc wizją wyjazdu. W końcu nadszedł czas i Ania poleciała do swojego wytęsknionego miasta.
Po 2 tygodniach kursu językowego wsiadła do samolotu powrotnego do Polski i zaczęła płakać.. Płakała przez pół drogi, po czym uspokoiła się i zaczęła kombinować, liczyć oszczędności, przypominać sobie zobowiązania i... planować! :)
Na lotnisku w Polsce Ania wysiadła z samolotu i powiedziała rodzinie, że wszystko przemyślała i przekalkulowała i że wraca do Alicante. :)
Wykupiła kolejny kurs hiszpańskiego, wróciła do pracy, po kilku miesiącach złożyła wypowiedzenie, spakowała walizkę, powiedziała rodzinie, żeby się nie martwili, bo wszystko będzie dobrze i znów wsiadła do samolotu.
W Alicante Ania wynajęła pokój czy tez mieszkanie, uczyła się hiszpańskiego, wysyłała i roznosiła swoje CV prawie wszędzie, gdzie się dało i chodziła na bardzo nieliczne rozmowy kwalifikacyjne. Zapasy finansowe topniały, jedyne prace, jakie jej oferowano to handel obnośny lub naciąganie ludzi na pieniądze. Tego Ania absolutnie nie chciała robić. Czekała więc dalej.
Po kilku miesiącach zapasy finansowe zniknęły. Rodzina, wiedząc jak Ani jest ciężko i jak beznadziejnie wygląda sytuacja z pracą, namawiała ja do powrotu, ale Ania była nieugięta.. Powiedziała:
Może będę mieszkać pod mostem. Ale to będzie most w Alicante.
Któregoś dnia w południe zadzwonił telefon, poszła na rozmowę kwalifikacyjną i dostała pracę na okres wakacyjny, na kawałek etatu. Zarobki pokrywały koszt wynajmowanego mieszkania. Ania była wygrała! ...z czego opłacała jedzenie nikt nie ma pojęcia – pewnie z minimalnych resztek oszczędności, które jej zostały oraz z nadgodzin, które robiła od czasu do czasu. Na pewno doszła do mistrzostwa w oszczędzaniu i w życiu za minimalne środki. Życiu w Alicante. :)
Po jakimś czasie pracodawcy zaproponowali jej większą część etatu, po wakacjach ucieszyli się, że Ania chce w Hiszpanii zostać na stale i zaproponowali jej prace na etat...
To wszystko działo się już jakiś czas temu.
Ania mieszka w swoim ukochanym Alicante, spotkała mężczyznę, z którym sobie nawzajem zawrócili w głowach.. Mówi, że jest szczęśliwa. :)
A mi się bardzo często przypomina zdanie które Ania powiedziała rodzinie: Może będę mieszkać pod mostem. Ale to będzie most w Alicante.
I wzruszam się, i podziwiam, i cieszę.. Marzenia się spełniają. Warto o nie walczyć.
Kilka lat temu znajomi Ani pojechali na wakacje do Hiszpanii. Kilka dni z tych wakacji spędzili u koleżanki w Alicante. Po powrocie, zachwyceni miastem i jego atmosferą, powiedzieli Ani, że koniecznie musi tam pojechać i że na pewno jej się spodoba.
Ania postanowiła zwiedzić Alicante podczas długiego weekendu. Po kilku dniach wróciła z rozmarzonymi oczami, a tydzień później oświadczyła rodzinie, że wykupiła kurs języka hiszpańskiego w Alicante i na najbliższy urlop jedzie na 2 tygodnie do Hiszpanii. Kilka kolejnych miesięcy spędziła żyjąc wizją wyjazdu. W końcu nadszedł czas i Ania poleciała do swojego wytęsknionego miasta.
Po 2 tygodniach kursu językowego wsiadła do samolotu powrotnego do Polski i zaczęła płakać.. Płakała przez pół drogi, po czym uspokoiła się i zaczęła kombinować, liczyć oszczędności, przypominać sobie zobowiązania i... planować! :)
Na lotnisku w Polsce Ania wysiadła z samolotu i powiedziała rodzinie, że wszystko przemyślała i przekalkulowała i że wraca do Alicante. :)
Wykupiła kolejny kurs hiszpańskiego, wróciła do pracy, po kilku miesiącach złożyła wypowiedzenie, spakowała walizkę, powiedziała rodzinie, żeby się nie martwili, bo wszystko będzie dobrze i znów wsiadła do samolotu.
W Alicante Ania wynajęła pokój czy tez mieszkanie, uczyła się hiszpańskiego, wysyłała i roznosiła swoje CV prawie wszędzie, gdzie się dało i chodziła na bardzo nieliczne rozmowy kwalifikacyjne. Zapasy finansowe topniały, jedyne prace, jakie jej oferowano to handel obnośny lub naciąganie ludzi na pieniądze. Tego Ania absolutnie nie chciała robić. Czekała więc dalej.
Po kilku miesiącach zapasy finansowe zniknęły. Rodzina, wiedząc jak Ani jest ciężko i jak beznadziejnie wygląda sytuacja z pracą, namawiała ja do powrotu, ale Ania była nieugięta.. Powiedziała:
Może będę mieszkać pod mostem. Ale to będzie most w Alicante.
Któregoś dnia w południe zadzwonił telefon, poszła na rozmowę kwalifikacyjną i dostała pracę na okres wakacyjny, na kawałek etatu. Zarobki pokrywały koszt wynajmowanego mieszkania. Ania była wygrała! ...z czego opłacała jedzenie nikt nie ma pojęcia – pewnie z minimalnych resztek oszczędności, które jej zostały oraz z nadgodzin, które robiła od czasu do czasu. Na pewno doszła do mistrzostwa w oszczędzaniu i w życiu za minimalne środki. Życiu w Alicante. :)
Po jakimś czasie pracodawcy zaproponowali jej większą część etatu, po wakacjach ucieszyli się, że Ania chce w Hiszpanii zostać na stale i zaproponowali jej prace na etat...
To wszystko działo się już jakiś czas temu.
Ania mieszka w swoim ukochanym Alicante, spotkała mężczyznę, z którym sobie nawzajem zawrócili w głowach.. Mówi, że jest szczęśliwa. :)
A mi się bardzo często przypomina zdanie które Ania powiedziała rodzinie: Może będę mieszkać pod mostem. Ale to będzie most w Alicante.
I wzruszam się, i podziwiam, i cieszę.. Marzenia się spełniają. Warto o nie walczyć.
Thursday, 1 September 2011
pierwszy września! :)
Taka mam ostatnio zagmatwaną sytuację zawodową, że trudno się od niej odbeletryzowac. ;) w każdym razie, jakoś mnie dziś naszło na myślenie o pierwszym września! :)
i o czasach kiedy wakacje trwały od czerwca do września, a potem na studiach nawet od maja do października! To były czasy!
I zastanawiałam się dzisiaj, czy mi szkoda tego, że kiedy byłam na studiach nikt mi nie podpowiedział, żebym na przykład wyjechała na wakacjach za granicę do pracy? Nie mieliśmy rodziny czy znajomych, którzy mogliby mnie zaprosić, z polskiej strony nikt na saksy nie jeździł, a moi rodzice raczej nie wspierali inicjatyw takich jak praca i podróże po świecie – niby trzeba się uczyć języków i głowy mieć otwarte, ale na wakacjach siedzieć w domu.
No i tak mnie naszło dzisiaj, że wielu moich znajomych przez lata studiów zjeździło pól Europy, niektórzy wręcz kawałek świata – dla rozrywki lub pracując, podczas kiedy ja, w każde wakacje grzecznie pakowałam mój mizerny studencki dobytek i meldowalam się w Puszczy. I zawsze będę żałować tych wszystkich magicznych miejsc, których już nie zdążę zobaczyć, bo po prostu później niż inni zaczęłam zwiedzać ten, wciąż jeszcze ten bardzo bliski, świat.. ale nigdy nie będę żałować tego, że w każde wakacje przewracałam siano nad rzeką, przesiąkałam zapachem rozgrzanych sierpniowych ląk i słuchałam żabich śpiewów wieczorami dochodzących znad naszego stawu.. nie byłam w Chinach, nie byłam w Stanach, nie byłam nawet w turystycznej Turcji czy Tunezji.. ale byłam w Puszczy.. byłam w niej najczęściej i najbardziej jak to było możliwe.. i co roku w połowie wakacji, trochę z żalem, że czas upływa, ale i z niecierpliwością, czekałam na pierwszy września i początek roku szkolnego.
I teraz tez chciałabym, żeby była polowa wakacji i żeby pierwszy września był wyczekiwanym symbolem nadejścia kolejnego roku interesujących informacji, dyskusji, zmian, rozwoju..
A tymczasem pierwszy września właśnie mija.
Dzieci zaliczyły dzisiaj rozpoczęcie roku szkolnego, a my kolejny dzień w pracy. I choć pierwszy września jest teraz dniem jak każdy inny, to jednak, głęboko w sercu, chyba na zawsze pozostanie wyjątkowy..
:)
i o czasach kiedy wakacje trwały od czerwca do września, a potem na studiach nawet od maja do października! To były czasy!
I zastanawiałam się dzisiaj, czy mi szkoda tego, że kiedy byłam na studiach nikt mi nie podpowiedział, żebym na przykład wyjechała na wakacjach za granicę do pracy? Nie mieliśmy rodziny czy znajomych, którzy mogliby mnie zaprosić, z polskiej strony nikt na saksy nie jeździł, a moi rodzice raczej nie wspierali inicjatyw takich jak praca i podróże po świecie – niby trzeba się uczyć języków i głowy mieć otwarte, ale na wakacjach siedzieć w domu.
No i tak mnie naszło dzisiaj, że wielu moich znajomych przez lata studiów zjeździło pól Europy, niektórzy wręcz kawałek świata – dla rozrywki lub pracując, podczas kiedy ja, w każde wakacje grzecznie pakowałam mój mizerny studencki dobytek i meldowalam się w Puszczy. I zawsze będę żałować tych wszystkich magicznych miejsc, których już nie zdążę zobaczyć, bo po prostu później niż inni zaczęłam zwiedzać ten, wciąż jeszcze ten bardzo bliski, świat.. ale nigdy nie będę żałować tego, że w każde wakacje przewracałam siano nad rzeką, przesiąkałam zapachem rozgrzanych sierpniowych ląk i słuchałam żabich śpiewów wieczorami dochodzących znad naszego stawu.. nie byłam w Chinach, nie byłam w Stanach, nie byłam nawet w turystycznej Turcji czy Tunezji.. ale byłam w Puszczy.. byłam w niej najczęściej i najbardziej jak to było możliwe.. i co roku w połowie wakacji, trochę z żalem, że czas upływa, ale i z niecierpliwością, czekałam na pierwszy września i początek roku szkolnego.
I teraz tez chciałabym, żeby była polowa wakacji i żeby pierwszy września był wyczekiwanym symbolem nadejścia kolejnego roku interesujących informacji, dyskusji, zmian, rozwoju..
A tymczasem pierwszy września właśnie mija.
Dzieci zaliczyły dzisiaj rozpoczęcie roku szkolnego, a my kolejny dzień w pracy. I choć pierwszy września jest teraz dniem jak każdy inny, to jednak, głęboko w sercu, chyba na zawsze pozostanie wyjątkowy..
:)
Labels:
emocje,
podróże,
powtarzalnosc,
przemyslenia,
Puszcza,
wakacje
Wednesday, 24 August 2011
praktyczne rady... część 3cia - mleko
Najpierw będzie krotka opowieść o nowoczesnej miastowej paniusi, co do czytanej w łózku książki sączyłasobie czerwone wino, nabyte przez Bibsztyla w ramach odkupienia wszystkich grzechów popełnionych oraz tych nie popełnionych jeszcze. Wino w kolorze klarownego bordo piękną cierpkością rozchodziło się po podniebieniu i zamieniało język w papier ścierny. Po kilkunastu stronach i pierwszej wysączonej lampce zawołałam Bibsztyla, który rozbawiony moim nastrojem ('jestem tego warta') posłusznie uzupełnił nektar w moim kielichu.. było przyjemnie, ciepło i cicho.
Czytałam do momentu, kiedy zauważyłam, że od dłuższego czasu mam otwarte już tylko jedno oko, a i to do połowy. Zamknęłam je i zasnęłam. Chwilę później książka zamknęła się sama...
Romantyczny wieczór moich uniesień winno-literackich miał miejsce w sobotę. We środę zauważyłam dziwny cień na ścianie. Po dokładniejszym obejrzeniu okazało się, że to nie cień, tylko ślady rozmazanej krwi!! Co się w tym domu dzieje? :o
Odsunęłam skrzynie służącą za stolik na lampkę nocna i zobaczyłam scenę z horroru! Wszyscy żywi, nie ma krwi! Na podłodze leży biała koszula mojego mężczyzny, a na niej, a krwisto-bordowej plamie stłoczona lampka do wina!!!
Moja ukochana biała koszula Bibsztyla! Koszula, w której Bibsztyl wygląda tak hiper przystojnie, ze sama go sobie zazdroszczę!! :( buuuuuu....
Pierwsze ognie poleciały w dyżurnego winnego - zawsze rzuca ubrania gdzie popadnie! No nie mogłam odżałować, że bałaganiarz zmarnował taka piękną koszule! :(
Dopiero po fali złości i żalu przyszła cicha refleksja, że lampka z winem na skrzyni obok łóżka, to chyba jednak nie był najlepszy pomysł.. :(
Grunt, że Bibsztyl w delegacji – zanim wróci spiorę plamy i nic nie będzie widać. No i właśnie. Po całym wieczorze szorowania i zmieniania środków – zaczynając od zimnej wody, mydła, płynu do mycia naczyń, a na skomplikowanych proszkach wybielających i odplamiających kończąc zrobiłam poszukiwanie porad w internecie i znalazłam jedna naprawdę genialną!! :D
Rada genialna przedstawia się następująco:
Wrzucić zaplamione czerwonym winem ubranie w mleko. :) Mleko w miskę, koszulę w mleko i zostawić to w takim układzie na noc.
Rano większość plam zniknęła, tylko jedna, największa z nich była wciąż widoczna. Nalałam kolejna porcje mleka, wrzuciłam w to koszule i pojechałam do pracy. Wieczorem koszula była idealnie odplamiona. :)
O tej całej historii przypomniało mi się przedwczoraj wieczorem, kiedy Bibsztyl wyciągnął z szafy kilka ubrań i prowokującym głosem powiedział, że niedługo jedziemy na wakacje.. ;)
...znowu będziemy roześmiani i opaleni, ja w mojej pomarańczowej sukience, a on w tej swojej seksownej koszuli, w której mi się tak bardzo podoba.. ;P
Mówiąc to Bibsztyl założył białą koszulę i idąc w moim kierunku krokiem podstarzałego playboya i z uśmiechem z reklamy Marlboro, zaczął zapinać kolejne guziki.. Od dołu, do góry.. Po jednym.. W momencie kiedy był na wysokości klatki piersiowej, od dołu, do góry, po jednym, zaczęły mu się rozpinać guziki na brzuchu!
:D
:D
:D
Mało się nie posikałam ze śmiechu! :D
* * * mleko wyciąga plamy z czerwonego wina.! :)
Czytałam do momentu, kiedy zauważyłam, że od dłuższego czasu mam otwarte już tylko jedno oko, a i to do połowy. Zamknęłam je i zasnęłam. Chwilę później książka zamknęła się sama...
Romantyczny wieczór moich uniesień winno-literackich miał miejsce w sobotę. We środę zauważyłam dziwny cień na ścianie. Po dokładniejszym obejrzeniu okazało się, że to nie cień, tylko ślady rozmazanej krwi!! Co się w tym domu dzieje? :o
Odsunęłam skrzynie służącą za stolik na lampkę nocna i zobaczyłam scenę z horroru! Wszyscy żywi, nie ma krwi! Na podłodze leży biała koszula mojego mężczyzny, a na niej, a krwisto-bordowej plamie stłoczona lampka do wina!!!
Moja ukochana biała koszula Bibsztyla! Koszula, w której Bibsztyl wygląda tak hiper przystojnie, ze sama go sobie zazdroszczę!! :( buuuuuu....
Pierwsze ognie poleciały w dyżurnego winnego - zawsze rzuca ubrania gdzie popadnie! No nie mogłam odżałować, że bałaganiarz zmarnował taka piękną koszule! :(
Dopiero po fali złości i żalu przyszła cicha refleksja, że lampka z winem na skrzyni obok łóżka, to chyba jednak nie był najlepszy pomysł.. :(
Grunt, że Bibsztyl w delegacji – zanim wróci spiorę plamy i nic nie będzie widać. No i właśnie. Po całym wieczorze szorowania i zmieniania środków – zaczynając od zimnej wody, mydła, płynu do mycia naczyń, a na skomplikowanych proszkach wybielających i odplamiających kończąc zrobiłam poszukiwanie porad w internecie i znalazłam jedna naprawdę genialną!! :D
Rada genialna przedstawia się następująco:
Wrzucić zaplamione czerwonym winem ubranie w mleko. :) Mleko w miskę, koszulę w mleko i zostawić to w takim układzie na noc.
Rano większość plam zniknęła, tylko jedna, największa z nich była wciąż widoczna. Nalałam kolejna porcje mleka, wrzuciłam w to koszule i pojechałam do pracy. Wieczorem koszula była idealnie odplamiona. :)
O tej całej historii przypomniało mi się przedwczoraj wieczorem, kiedy Bibsztyl wyciągnął z szafy kilka ubrań i prowokującym głosem powiedział, że niedługo jedziemy na wakacje.. ;)
...znowu będziemy roześmiani i opaleni, ja w mojej pomarańczowej sukience, a on w tej swojej seksownej koszuli, w której mi się tak bardzo podoba.. ;P
Mówiąc to Bibsztyl założył białą koszulę i idąc w moim kierunku krokiem podstarzałego playboya i z uśmiechem z reklamy Marlboro, zaczął zapinać kolejne guziki.. Od dołu, do góry.. Po jednym.. W momencie kiedy był na wysokości klatki piersiowej, od dołu, do góry, po jednym, zaczęły mu się rozpinać guziki na brzuchu!
:D
:D
:D
Mało się nie posikałam ze śmiechu! :D
* * * mleko wyciąga plamy z czerwonego wina.! :)
Sunday, 21 August 2011
Cheftain
Zupełnie niespodziewanie i zupełnie nie jak na silny i niepokonany holownik przystało, 12-stego sierpnia rano, w Londynie zatonął „Chieftain”. Zniknął pod woda w niecałe 30 sekund, jak mówią świadkowie. Dwóch członków załogi Cheftain'a od razu wyciągnięto z wody. Akcja poszukiwawcza trzeciego i ostatniego z nich, trwała do późnego popołudnia. Nie zakończyła się szczęśliwie..
Ciało mężczyzny znaleziono kilka dni później na brzegu Tamizy.
W zeszły czwartek potężny dźwig wyciągnął z rzeki ciało Chieftain'a i życie na Tamizie wróciło do normy.
Chieftain nie stoi już w doku niedaleko mojego domu, gdzie codziennie mijałam go wracając z pracy. No i jedna rodzina straciła męża i ojca.. Hołd Chieftain'owi i jego załodze.. Chyba nikt by się nie spodziewał...
Pogoda nie była sprzyjająca. Zachmurzone niebo, deszczowo, wietrzyscie i zimno, +14 stopni Celsiusa
Zmęczeni ratownicy
Skala dźwigu w porównaniu z ratownikami, Cheftain'em i blokiem w tle
...
Friday, 19 August 2011
wiara w siebie, poważne firmy i spełnianie marzeń
I znów o szalonej Marchewce. Marchewka znudzona już do westchnień i przewracania oczami swoja poważną i szanowaną, aczkolwiek nudną pracą aplikowała do innej poważnej firmy z założeniem, że nie przejdzie etapu selekcji CV, ale choć cokolwiek zrobi, żeby 'szczęściu' pomoc. Z 1500 kandydatów wybrano 300, których poproszono o wypełnienie testów on-line. Zaskoczona akceptacja CV Marchewka zrobiła testy, ale że zawsze była z testów słaba, wiedziała, że tego etapu nie przejdzie. Przeszła. Poważna firma zaprosiła ja na całodniowe indywidualne i grupowe rozmowy kwalifikacyjne i współzawodnictwa, które mi bardziej przypominają konkursy z obozów harcerskich niż poważny proces rekrutacyjny, ale.. ja się na tym nie znam. Po otrzymaniu tego zaproszenia Marchewka nie wytrzymała i zadzwoniła, żeby mi o wszystkim opowiedzieć. Hurrraaaa!!!!
Na spotkanie rekrutacyjne zaproszonych zostało 180 z 1500 osób. :)
Marchewka opowiadała mi z jakich powodów nie ma szans na zdobycie tej pracy, ja jej tłumaczyłam, z jakich powodów szanse ma. Po długim i męczącym dniu rekrutacyjnym, pomimo dogłębnej analizy wszystkich niedociągnięć i pożegnaniu się ze snem o ciekawszej pracy, z poważnej instytucji przyszła pozytywna decyzja!! Marchewka była tak pozytywnie zaskoczona, ze w przypływie szczęścia napisała mi sasa: „Wiesz Aguś, jak ja te prace dostane, to już chyba naprawdę w siebie uwierzę!” Odpisałam, że trzymam ja za słowo.
I jakoś tak kontakt nam się zawiesił na 2 czy 3 tygodnie...
Od trzech dni myślę o tym, żeby zadzwonić do Marchewki i spytać kiedy ma kolejne całodniowe spotkanie i codziennie, z różnych powodów, nie dzwonię.
20 minut temu przyszedł sms: „Aga dostałam te prace! Jestem w szoku!! Zaczynam w marcu...”
Natychmiast zadzwoniłam. Spotkanie rekrutacyjne było we wtorek, wyniki podano dziś, Marchewka jest w gronie 30stu szczęśliwców wyselekcjonowanych z 1500 kandydatów.
Tak, pamięta tamtego smsa o wierze w siebie i faktycznie czuje, że coś się wewnątrz niej zmienia i umacnia.. i w każdym momencie zachwiania tej wiary będzie sobie o nim przypominała. Z obecnej pracy odejdzie w październiku, może w listopadzie. Spędzi parę tygodni z rodzina, a potem.. A potem pojedzie w jakaś piękną podroż.. Dokładnie tak, jak kocha najbardziej..
Do d... z takimi Marchewkami, co niby nie dadzą rady, a tu i góry zdobywają i je przenoszą, i jeszcze w dodatku realizują marzenia i jeżdżą po świecie.. ;)
**
Za 2 tygodnie opijam z Marchewką i nową pracę i kolejną podroż, na którą tak bardzo czekała.. I z której przywiezie kolejne opowieści.. :))
Brawo, Marchewko! Brawo!
Na spotkanie rekrutacyjne zaproszonych zostało 180 z 1500 osób. :)
Marchewka opowiadała mi z jakich powodów nie ma szans na zdobycie tej pracy, ja jej tłumaczyłam, z jakich powodów szanse ma. Po długim i męczącym dniu rekrutacyjnym, pomimo dogłębnej analizy wszystkich niedociągnięć i pożegnaniu się ze snem o ciekawszej pracy, z poważnej instytucji przyszła pozytywna decyzja!! Marchewka była tak pozytywnie zaskoczona, ze w przypływie szczęścia napisała mi sasa: „Wiesz Aguś, jak ja te prace dostane, to już chyba naprawdę w siebie uwierzę!” Odpisałam, że trzymam ja za słowo.
I jakoś tak kontakt nam się zawiesił na 2 czy 3 tygodnie...
Od trzech dni myślę o tym, żeby zadzwonić do Marchewki i spytać kiedy ma kolejne całodniowe spotkanie i codziennie, z różnych powodów, nie dzwonię.
20 minut temu przyszedł sms: „Aga dostałam te prace! Jestem w szoku!! Zaczynam w marcu...”
Natychmiast zadzwoniłam. Spotkanie rekrutacyjne było we wtorek, wyniki podano dziś, Marchewka jest w gronie 30stu szczęśliwców wyselekcjonowanych z 1500 kandydatów.
Tak, pamięta tamtego smsa o wierze w siebie i faktycznie czuje, że coś się wewnątrz niej zmienia i umacnia.. i w każdym momencie zachwiania tej wiary będzie sobie o nim przypominała. Z obecnej pracy odejdzie w październiku, może w listopadzie. Spędzi parę tygodni z rodzina, a potem.. A potem pojedzie w jakaś piękną podroż.. Dokładnie tak, jak kocha najbardziej..
Do d... z takimi Marchewkami, co niby nie dadzą rady, a tu i góry zdobywają i je przenoszą, i jeszcze w dodatku realizują marzenia i jeżdżą po świecie.. ;)
**
Za 2 tygodnie opijam z Marchewką i nową pracę i kolejną podroż, na którą tak bardzo czekała.. I z której przywiezie kolejne opowieści.. :))
Brawo, Marchewko! Brawo!
Tuesday, 9 August 2011
zamieszki w Londynie..
Nie zamieszki właściwie, a prawdziwy rozbój. Powybijane szyby, pookradane centra handlowe, płoną samochody, puby, sklepy i domy.. Ulica, na której co sobotę kupuje na bazarku warzywa tez przeszła kilka pożarów. Mnie 'riot' ominął totalnie. Pomimo soboty na bazarku, niedzieli w Greenwich i pracy w centrum przez ostatnie dwa dni, żeby zobaczyć jakiekolwiek zniszczenia muszę pojechać rowerem w inne okolice.
Policja zastrzeliła mężczyznę, urządzono manifestacje przed komisariatem, manifestacja przerodziła się w zamieszki, zamieszki w ogromny zbiorowy rozbój na skale jakiej Europa dawno nie widziała. I co teraz będzie?
Po ponad czterech dobach trochę ucichło. W końcu każdy potrzebuje snu, nawet kryminalista. Ponad 500 osób aresztowanych, 105 już otrzymało kary/wyroki, ale co będzie dalej?
Więcej pieniędzy na policję, czy więcej pieniędzy na edukację..?
No przecież po tym, jak już wszyscy Ci przestępcy zostaną aresztowani i osadzeni w wiezieniach, trzeba będzie coś zrobić z ich młodszym rodzeństwem i sąsiadami dorastającymi we wciąż tych samych okolicach i warunkach..
Tabliczka mnożenia - nie bardzo; tablica rozgrywek finałowych footballu z ostatnich kilku lat - na pamięć. Pompuje się w ludzi kult wyglądu, gadżetów i x-factora, zamiast edukacji.
Te rozboje nie są przecież robione przez ludzi, którzy maja stabilną sytuację materialną na 'przyzwoitym' poziomie, wsparcie w domu i perspektywy na przyszłość..
W transmisji BBC jakaś kobieta (starsza Murzynka) powiedziała zdanie, które do mnie bardzo przemówiło. Że Ci agresorzy, to są ludzie, którzy najbardziej potrzebują pomocy. I że jest na nich wściekła, bo oni właśnie teraz krzyczą o tę pomoc, tylko robią to w taki sposób, że ten krzyk na długo odstraszy od nich wszystkich, którzy mogliby coś dla nich i ich społeczności zrobić. I że owszem, podkreślili problem, ale zarazem przekreślili możliwość rozwiązania go, bo stali się kryminalistami.
Chodzę i gadam sama ze sobą.
Żyjemy w interesujących czasach, co do tego nie mam żadnych wątpliwości...
Policja zastrzeliła mężczyznę, urządzono manifestacje przed komisariatem, manifestacja przerodziła się w zamieszki, zamieszki w ogromny zbiorowy rozbój na skale jakiej Europa dawno nie widziała. I co teraz będzie?
Po ponad czterech dobach trochę ucichło. W końcu każdy potrzebuje snu, nawet kryminalista. Ponad 500 osób aresztowanych, 105 już otrzymało kary/wyroki, ale co będzie dalej?
Więcej pieniędzy na policję, czy więcej pieniędzy na edukację..?
No przecież po tym, jak już wszyscy Ci przestępcy zostaną aresztowani i osadzeni w wiezieniach, trzeba będzie coś zrobić z ich młodszym rodzeństwem i sąsiadami dorastającymi we wciąż tych samych okolicach i warunkach..
Tabliczka mnożenia - nie bardzo; tablica rozgrywek finałowych footballu z ostatnich kilku lat - na pamięć. Pompuje się w ludzi kult wyglądu, gadżetów i x-factora, zamiast edukacji.
Te rozboje nie są przecież robione przez ludzi, którzy maja stabilną sytuację materialną na 'przyzwoitym' poziomie, wsparcie w domu i perspektywy na przyszłość..
W transmisji BBC jakaś kobieta (starsza Murzynka) powiedziała zdanie, które do mnie bardzo przemówiło. Że Ci agresorzy, to są ludzie, którzy najbardziej potrzebują pomocy. I że jest na nich wściekła, bo oni właśnie teraz krzyczą o tę pomoc, tylko robią to w taki sposób, że ten krzyk na długo odstraszy od nich wszystkich, którzy mogliby coś dla nich i ich społeczności zrobić. I że owszem, podkreślili problem, ale zarazem przekreślili możliwość rozwiązania go, bo stali się kryminalistami.
Chodzę i gadam sama ze sobą.
Żyjemy w interesujących czasach, co do tego nie mam żadnych wątpliwości...
Wednesday, 3 August 2011
Odpowiedni czas..
Marchewka zabierała się do szukania pokoju kilka miesięcy. Jako, że dziewczę naprawdę dobre, to czekało na znajomych, którzy nie do końca wiedzieli, czy oni się będą przeprowadzać, wyprowadzać czy zostawać na starych śmieciach.. Szukała tez Marchewka roweru. Kupiła, z drugiej reki, śliczny rower marki X. Absolutnie w nim zakochana wymieniła mu oponki, siodełko, kłódki i najszczęśliwsza na świecie wystawiła do ogródka swojego starego rzęcha . Po kilku tygodniach niedobrzy ludzie nowy nowy rower ukradli. Serce Marchewki rozprysło się na tysiąc kawałków. Marchewka skorzystała w kola ratunkowego.. Pol godziny rozmawiałyśmy o niesprawiedliwości i balansie w przyrodzie.. I że to nie będzie tak zawsze, że ona będzie traciła rzeczy które tak kocha.. Tak, jak aparat fotograficzny z kilkoma miesiącami zdjęć, który straciła podczas podroży..
Kilka dni po naszej rozmowie źli ludzie ukradli tez rzęcha..
Tym razem telefon był informacyjny tylko. Kropka nad i. Rece opadły bezsilnie. Nie ma o czym mówić.
Po kilku tygodniach wysłałam smsa. Spotkałyśmy się następnego wieczoru. Roześmiana Marchewka przeszła przez próg i powiedziała: Nie uwierzysz ile się wydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca! Kupiłam laptopa bo tamten mi padł! A potem nowy rower! I przeprowadziłam się do świetnego mieszkania! ...I mam chłopaka..! :D
Po stracie poprzedniego roweru Marchewka zaczęła obsesyjnie szukać identycznego. Kiedy zobaczyła zdjęcie czarnego, matowego X, ugięły się pod nią kolana.. Cena była okazyjna. Tego samego dnia była u właściciela. Wróciła do domu rowerem. Szczęśliwa.
Tydzień później, oglądając kolejne mieszkanie z ogłoszenia poczuła nagle dobra energię i pomyślała: chyba mogłabym tu mieszkać.. stwierdziła, że nie będzie wiecznie czekać na znajomych, którzy sami nie wiedza czego chcą, ale na pewno chcą, żeby ona to wszystko załatwiła.. wciąż z wyrzutami sumienia podpisała umowę o najem pokoju. Po kilku tygodniach okazuje się, że znajomi wciąż się nie mogą zdecydować, podczas kiedy Marchewka zaczęła już oddychać pełna piersią.. ..Kilka dni po przeprowadzce poszła z koleżanką do pubu - pogadać, potańczyć i się pośmiać.. Koleżanka przyprowadziła sąsiada, którego Marchewka znała od dawna, ale jakoś nigdy..
Wieczór skończył się rano, kiedy przemarznięci siedzieli nad rzeka i rozmawiali o podróżach, o rowerach, o marzeniach..
Potem spotkali się jeszcze raz.. I jeszcze raz.. I Marchewka mówi, że sama w to wszystko nie wierzy śmiejąc się od ucha do ucha i nie kryjąc ogników radości w oczach!
Wiesz, Aguś.. bo to chyba przyszedł odpowiedni czas po prostu..
Thursday, 28 July 2011
magia w ramach wmurowywania
W ramach wmurowywania biegania w moje życie codzienne postanowiłam, że od czasu do czasy będę biegała z i do pracy.
Wczoraj rano pojechałam do pracy, jak zwykle, rowerem, tyle, że z wielkim plecakiem, w którym przywiozłam ciuchy na 2 dni i biegowe buty..
Po pracy przebrałam się w moje biegowe ubranka, pogłaskałam rower po siodełku i po pysku i poteptałam do domu.. nie najkrótsza droga, ponieważ 1. byłam pewna, że zarżnę się ta trasa totalnie i na drugi dzień rano nie dam rady biec, więc wolałam wycisnąć z siebie trochę więcej wysiłku na wypadek, gdyby to miał być ostatni w tym tygodniu.. 2. Droga była ładniejsza.. ;)
biegłam pomiędzy ceglanymi budynkami z XIX I XX wieku, z wystającymi gdzieniegdzie ‘dźwigami – kranami ‘ którymi spuszczało się do piwnicy beczki wypełnione angielskim ale lub tez – na piętro, belki materiałów i inne dobra sprowadzane z całego skolonizowanego świata do portowego Londynu.. biegłam wąskimi, brukowymi uliczkami, mostkami przerzuconymi przez kanałki wypełniające się woda 2 razy dziennie, podczas przypływów..
Biegłam nad Tamizą.. patrzyłam na błyskające na wodzie promienie słoneczne, na statki i lódki kursujące po rzece i myślałam o tym, jak bardzo uprzywilejowana jestem, że mogłam po prostu podjąć decyzję i przeprowadzić się do innego kraju, miasta.. i to do tak pięknego. :)
Nie biegło mi się lekko, ale dałam radę.. jak na kilka miesięcy bez biegania (i kilka dodatkowych kilogramów.. khy khy!) było naprawdę nieźle!
Dziś wstałam odpowiednio wcześniej, żeby pobiec do pracy.. Czułam się dobrze, więc pobiegłam, tyle, że krótsza droga. Dobiegając do wyjścia z parku (przyjemny skrót w trasie) zorientowałam się, że ono jest wciąż zamknięte!! Zwolniłam mój ślimaczy krok i pomyślałam: no nie.. niech mi ktoś otworzy.. proszę.. :)
I dokładnie w tamtym momencie podjechał parkowy samochodzik i wysiadł z niego człowiek z pękiem kluczy! Zaczął grzebać w kłódce dokładnie w chwili kiedy dobiegałam do drzwi! Powiedziałam mu: Dziękuję! Just on time!
Roześmiał się wesoło.
Później, w okolicach London Bridge zdecydowałam, że nie chcę dłużej biec przy ulicy i wolę trochę nadłożyć drogi dla świeżego powietrza.. Brukowanymi zakamarkami pobiegłam w stronę Tamizy. Ludzie nie wydawali się jeszcze spieszyć.. Chyba zbyt wcześnie było, jak na zabiegany biurowy tłum.. Na rogu jednej z uliczek stał człowiek sprzedający ‘Issue’, magazyn, który pomaga ludziom bezdomnym/bezrobotnym wrócić do aktywnego życia zawodowego – za sprzedawanie ‘Issue’ dostają prowizję od obrotu, szkolenia i potwierdzone doświadczenie zawodowe.. drobne pieniądze i pierwszy krok ku powrotowi do świata pracy często działają jak trampolina dla ludzi, którzy stracili i szansę i nadzieję.. Człowiek już z daleka uśmiechał się do mnie. Mijałam go idąc i wyrównując postrzępiony oddech.. Spytał skąd biegnę, ile mi to czasu zajęło i jak daleko mam jeszcze do końca trasy. Na pożegnanie po minutowej rozmowie zostałam wyściskana! Facet mnie po prostu objął, pocałował w policzek i powiedział, że żałuje, że nie ma wody bo dalby mi się napić.. Podziękowałam mu i pożegnałam się ‘do przyszłego tygodnia’. :) nawet przez głowę mi nie przeszło czy to 'odpowiednie' i czy aby higieniczne.. ;)
Jestem absolutnie zachwycona! Mało, że osiągnęłam swój cel i pokonałam swoją nierozćwiczoną fizyczność, to jeszcze tyle cieplej magii dostałam w prezencie.. Chuffed!
* * *
Myślałam, że ‘umrę’ wczoraj po dobiegnięciu do domu.. Nie umarłam.
Myślałam, że po bieganiu rano cały dzień będę zmęczona. Nie jestem.
Wiem, że limity mojego ciała i życia istnieją..
Ale dziś czuję, że one są dużo dalej niż mi się to na zazwyczaj wydaje..
Wednesday, 27 July 2011
wielki come back i myśli niespokojne
choć bez fajerwerków, bo ja już sobie pod kątem wytrwałości nie do końca tu ufam.. na razie pełna euforii i podekscytowana.. znowu biegam.. i dużo myślę przy bieganiu.. jeszcze nie jestem w stanie zupełnie się wyłączyć, jeszcze wciąż w tle rytmu kroków słyszę sapanie, ale czuje, jak powoli oczyszcza mi się dusza, a myśli staja się klarowne.. (choć takie stwierdzenia zadziwiająco często okazują się pułapką.. ;) )
biegam i tak się nad czymś zastanawiam, ale to opowiem jutro, bo mi się myśli o Somalii, Amy Winehouse i dylemat 'szkiełko czy oko' w głowie mieszają..
biegam i tak się nad czymś zastanawiam, ale to opowiem jutro, bo mi się myśli o Somalii, Amy Winehouse i dylemat 'szkiełko czy oko' w głowie mieszają..
Tuesday, 19 July 2011
Żółty, jak Słońce
był już 'różowy, jak przeraźliwa piła' – kiedyś zobaczyliśmy z BB to hasło na jakiejś reklamie.. chyba drukarek kodaka? - i bardzo nam obojgu utkwiło w pamięci.. esencja abstrakcji! powiedzcie kiedyś do BB: 'różowy jak...?' założę się o czekoladę mleczna Cadbury (tą z całymi orzechami laskowymi!), że BB dokończy: 'jak przeraźliwa piła'.. :D
próbowałam znaleźć jakikolwiek odnośnik w sieci, ale jedyna strona, która wyskakuje po wpisaniu tego cytatu to... mój blog! ;) hi hi..
no właśnie, ale różowy się sprał.. z początkowej przeraźliwej ekscytacji różowymi paskami zostało we mnie wrażenie jednej z wielu spranych halek babci suszących się na sznurku między domem a parnikiem..
a ze lato w Londynie w tym roku wygląda, jak wygląda...
<< zdjęcia zrobione komórką i nie obrobione.. specjalnie, żeby pokazać Łasiczce za czym ona tęskni narzekając za oceanem na australijską zimę.. wysłałam jej te zdjęcia, wraz z prognozą pogody na najbliższy tydzień, żeby popatrzyła sobie na nasze europejskie lato.. odpisała, ze mnie kocha. ;)...>>
...to chyba czas na ożywcze zmiany..
może: żółty jak słońce? tak.. będzie żółty..
czuję potrzebę przemalowania świata!
a w żółtym wszystkim będzie cieplej i weselej..
próbowałam znaleźć jakikolwiek odnośnik w sieci, ale jedyna strona, która wyskakuje po wpisaniu tego cytatu to... mój blog! ;) hi hi..
no właśnie, ale różowy się sprał.. z początkowej przeraźliwej ekscytacji różowymi paskami zostało we mnie wrażenie jednej z wielu spranych halek babci suszących się na sznurku między domem a parnikiem..
a ze lato w Londynie w tym roku wygląda, jak wygląda...
<< zdjęcia zrobione komórką i nie obrobione.. specjalnie, żeby pokazać Łasiczce za czym ona tęskni narzekając za oceanem na australijską zimę.. wysłałam jej te zdjęcia, wraz z prognozą pogody na najbliższy tydzień, żeby popatrzyła sobie na nasze europejskie lato.. odpisała, ze mnie kocha. ;)...>>
...to chyba czas na ożywcze zmiany..
może: żółty jak słońce? tak.. będzie żółty..
czuję potrzebę przemalowania świata!
a w żółtym wszystkim będzie cieplej i weselej..
Monday, 18 July 2011
praktyczne rady – sok z cytryny
któregoś tam dnia podekscytowany Julek powiedział mi, że odkrył najlepszy na świecie naturalny kosmetyk do mycia twarzy, czyli..... na początku postukałam się w głowę. mocno.
po kilku powtórzeniach historii i zapewnieniach, że nic mi się złego nie stanie spróbowałam na sobie.. działa rewelacyjnie!
otóż Julek przeczytał w sieci, że dłonie i twarz można myć świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny!!! i ponoć poprawia to cerę, odkaża i nawilża.
z autopsji powiem, że procedura wygląda następująco: najpierw trzeba umyć twarz, żeby była bez makijażu, potem wycisnąć trochę soku z cytryny na dłonie i je umyć - szczypie, jak cholera (!), potem wycisnąć go jeszcze więcej i posmarować nim twarz omijając okolice oczu – i dopiero teraz się zaczyna prawdziwe szczypanie!
trzeba być przygotowanym na rozpaczliwe wachlowanie twarzy rękoma i kilka rundek dookoła mieszkania do momentu, kiedy sok wyschnie. po wyschnięciu szczypanie się kończy, nie spłukujemy twarzy, tylko idziemy tak spać. na drugi dzień rano myjemy buzię, kto sobie czym rzewnie życzy.
Rzecz polega na tym, że cytryna ma wysokie właściwości dezynfekujące oraz:
- zatrzymuje krwawienie ran (pewnie dobrze ściąga)
- rozjaśnia przebarwienia na skórze (choć piegów mi nie ruszyło..)
- redukuje trądzik, ilość pryszczy i wągrów (fuj!)
- można nią wywabiać plamy na ubraniach
- można nią umyć mikrofalówkę – 4 łyżeczki soku z cytryny wlewamy do szklanki wody i gotujemy w mikrofalówce przez 5 minut.. potem przecieramy wilgotne ścianki mikrofalówki ściereczką..
- można się przy jego pomocy pozbyć łupieżu – sok trzeba wmasować w skórę głowy na pól godziny przed myciem włosów, potem 2-3 łyżki soku zmieszać z kubkiem wody i po umyciu włosów użyć tego rozcieńczonego soku do ostatniego płukania.. (nie sprawdziłam tego na sobie i nie biorę odpowiedzialności za żadne skutki uboczne w stylu – łupież zniknął, ale jestem blondynką!) ;P
taka kosmetyka naturalna..
PS. przypomniał mi się musical z Funny Girl z 1968, z Barbarą Streisand i Omarem Sharifem, który oglądałam jeszcze w dzieciństwie.. w jednej ze scen Barbara/Fanny rozmawia w garderobie ze swoim mężem, bo zauważa, że on kocha inna kobietę.. (według Wikipedii to mi się nieźle pochrzaniło przez te lata, ale trudno – opowiem, jak pamiętam! Tak jest szlachetniej zresztą! ;) mąż jest lojalny, więc odrzuca własną miłość, żeby być uczciwym w stosunku do Fanny.. Fanny, zamiast zrobić mu scenę zazdrości, w zasadzie odpycha go od siebie, chcąc, żeby on jednak wybrał swoje szczęście.. i właśnie podczas tej wyciskającej łzy z oczu sceny, Barbara Streisand / Fanny, smarowała łokcie sokiem z cytryny! :D
jak to się czasami pamięta zaskakujące i niezrozumiale rzeczy..? ;)
po kilku powtórzeniach historii i zapewnieniach, że nic mi się złego nie stanie spróbowałam na sobie.. działa rewelacyjnie!
otóż Julek przeczytał w sieci, że dłonie i twarz można myć świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny!!! i ponoć poprawia to cerę, odkaża i nawilża.
z autopsji powiem, że procedura wygląda następująco: najpierw trzeba umyć twarz, żeby była bez makijażu, potem wycisnąć trochę soku z cytryny na dłonie i je umyć - szczypie, jak cholera (!), potem wycisnąć go jeszcze więcej i posmarować nim twarz omijając okolice oczu – i dopiero teraz się zaczyna prawdziwe szczypanie!
trzeba być przygotowanym na rozpaczliwe wachlowanie twarzy rękoma i kilka rundek dookoła mieszkania do momentu, kiedy sok wyschnie. po wyschnięciu szczypanie się kończy, nie spłukujemy twarzy, tylko idziemy tak spać. na drugi dzień rano myjemy buzię, kto sobie czym rzewnie życzy.
Rzecz polega na tym, że cytryna ma wysokie właściwości dezynfekujące oraz:
- zatrzymuje krwawienie ran (pewnie dobrze ściąga)
- rozjaśnia przebarwienia na skórze (choć piegów mi nie ruszyło..)
- redukuje trądzik, ilość pryszczy i wągrów (fuj!)
- można nią wywabiać plamy na ubraniach
- można nią umyć mikrofalówkę – 4 łyżeczki soku z cytryny wlewamy do szklanki wody i gotujemy w mikrofalówce przez 5 minut.. potem przecieramy wilgotne ścianki mikrofalówki ściereczką..
- można się przy jego pomocy pozbyć łupieżu – sok trzeba wmasować w skórę głowy na pól godziny przed myciem włosów, potem 2-3 łyżki soku zmieszać z kubkiem wody i po umyciu włosów użyć tego rozcieńczonego soku do ostatniego płukania.. (nie sprawdziłam tego na sobie i nie biorę odpowiedzialności za żadne skutki uboczne w stylu – łupież zniknął, ale jestem blondynką!) ;P
...to wszystko przeczytałam na rożnych stronach w internecie.
przykładów, co można robić z sokiem z cytryny jest mnóstwo – stosuje się go w dietach odchudzających, oczyszczających, do usuwania osadów z metali.. przeczytałam też kilka razy, że wysusza skórę i że trzeba ja po użyciu soku z cytryny dobrze nawilżyć, ale wydaje mi się, że chodzi tu o przypadki miejscowego nacierania przebarwionej skóry wacikiem.. bo moja, po pełnym 'myciu' zupełnie nie potrzebuje nawilżenia..
i choć mało jest wokół mnie dostatecznie odważnych, żeby spróbować przemyć buzie cytryną, to ja na 100% potwierdzam, że moja cera się naprawdę od tego poprawiła! :)
taka kosmetyka naturalna..
PS. przypomniał mi się musical z Funny Girl z 1968, z Barbarą Streisand i Omarem Sharifem, który oglądałam jeszcze w dzieciństwie.. w jednej ze scen Barbara/Fanny rozmawia w garderobie ze swoim mężem, bo zauważa, że on kocha inna kobietę.. (według Wikipedii to mi się nieźle pochrzaniło przez te lata, ale trudno – opowiem, jak pamiętam! Tak jest szlachetniej zresztą! ;) mąż jest lojalny, więc odrzuca własną miłość, żeby być uczciwym w stosunku do Fanny.. Fanny, zamiast zrobić mu scenę zazdrości, w zasadzie odpycha go od siebie, chcąc, żeby on jednak wybrał swoje szczęście.. i właśnie podczas tej wyciskającej łzy z oczu sceny, Barbara Streisand / Fanny, smarowała łokcie sokiem z cytryny! :D
jak to się czasami pamięta zaskakujące i niezrozumiale rzeczy..? ;)
Labels:
cytryna,
Funny Girl,
kosmetyka naturalna,
praktyczne rady,
pryszcze,
sok z cytryny
Wednesday, 13 July 2011
cudowne odchudzanie
Otworzyłam dziś pocztę na interii i po raz kolejny zauważyłam reklamę, która natrętnie wyskakuje w miejscu treści maila, do momentu, kiedy się jakiegoś maila nie otworzy.. baner był podzielony na 2 części.
Po prawej stronie banera zdjęcie smutnej pulchnej dziewczyny w bieliźnie, a obok niego zdjęcie tej samej dziewczyny, z promieniującym uśmiechem, profesjonalnym makijażem, w ‘tej samej’ bieliźnie.. tyle, że sporo odchudzonej komentarz – „jak schudłam 18 kilko w X tygodni”
Po lewej stronie banera druga część reklamy: „Rewolucja w odchudzaniu, czy kłamstwo z USA?”
Po odświeżeniu poczty zdjęcie kobiety przy kości z podpisem: „Czy ona może schudnąć?”
No i nic dziwnego, ze mamy coraz więcej zaburzeń żywienia! Każdy porównuje się do zdjęć tych puszystych modelek („ja tez mam fałdkę..” albo „no aż tak to ja nie wyglądam!” i podprogowo dobiera przekaz, że jeśli wygląda podobnie, to musi coś z tym zrobić!
A może tak zamiast robić użytkownikom poczty (wierzę, że tak jest w każdej, nie tylko na interii) chore pranie mózgów i wciskać potrzebę odchudzania, a potem tabletki i metody którymi można osiągnąć figurę zbliżoną do szczypioru, wrzucić w to miejsce reklamę zdrowego odżywiania i aktywnego spędzania czasu z rodzina..? I takim zdrowo odzywającym się i szczęśliwym ludziom zostawić kwestię wagi i akceptowalności kształtów do ich wlanej oceny?
A może.. tu chyba idę za daleko.. ;)
Może by wrzucić reklamę dobrych książek???? Masowa reklama czytania literatury pięknej i dokształcania się.. Benefity takiej reklamy odczułoby całe społeczeństwo, ekonomia, rząd, a nie tylko amerykańska firma sprzedająca sen o szczęściu, które przyjdzie do nas samo, kiedy tylko zrzucimy zbędne kilogramy..
Książki poproszę, droga interio! Książki!
Po prawej stronie banera zdjęcie smutnej pulchnej dziewczyny w bieliźnie, a obok niego zdjęcie tej samej dziewczyny, z promieniującym uśmiechem, profesjonalnym makijażem, w ‘tej samej’ bieliźnie.. tyle, że sporo odchudzonej komentarz – „jak schudłam 18 kilko w X tygodni”
Po lewej stronie banera druga część reklamy: „Rewolucja w odchudzaniu, czy kłamstwo z USA?”
Po odświeżeniu poczty zdjęcie kobiety przy kości z podpisem: „Czy ona może schudnąć?”
No i nic dziwnego, ze mamy coraz więcej zaburzeń żywienia! Każdy porównuje się do zdjęć tych puszystych modelek („ja tez mam fałdkę..” albo „no aż tak to ja nie wyglądam!” i podprogowo dobiera przekaz, że jeśli wygląda podobnie, to musi coś z tym zrobić!
A może tak zamiast robić użytkownikom poczty (wierzę, że tak jest w każdej, nie tylko na interii) chore pranie mózgów i wciskać potrzebę odchudzania, a potem tabletki i metody którymi można osiągnąć figurę zbliżoną do szczypioru, wrzucić w to miejsce reklamę zdrowego odżywiania i aktywnego spędzania czasu z rodzina..? I takim zdrowo odzywającym się i szczęśliwym ludziom zostawić kwestię wagi i akceptowalności kształtów do ich wlanej oceny?
A może.. tu chyba idę za daleko.. ;)
Może by wrzucić reklamę dobrych książek???? Masowa reklama czytania literatury pięknej i dokształcania się.. Benefity takiej reklamy odczułoby całe społeczeństwo, ekonomia, rząd, a nie tylko amerykańska firma sprzedająca sen o szczęściu, które przyjdzie do nas samo, kiedy tylko zrzucimy zbędne kilogramy..
Książki poproszę, droga interio! Książki!
Labels:
internet,
książki,
odchudzanie,
pranie mozgow,
reklama
Monday, 11 July 2011
bełkot o długiej drodze powrotnej, lotniskowych decyzjach alkoholowych, wspólnym puszczańskim śnie i zamordowanych kwiatkach
z Puszczy wróciliśmy wczoraj. Mama odwiozła nas na obłędnie rozgrzany pociąg z Białegostoku do Warszawy, potem autobusem dojechaliśmy na nasze rozbudowane, piękne Okęcie, Bibsztyl zjadł skandalicznie drogiego zraza z ryżem i sałatką (mówi, ze był wyśmienity, ale jak miałby nie być za tyle pieniędzy! lotniskowe ceny mnie generalnie denerwują, ale najbardziej denerwuje płacenie 25 złotych za kufel piwa! ;) bo o ile zraza niechętnie, to akurat nic bym nie miała przeciwko zrelaksowaniu się po wielogodzinnej drodze na lotnisko zimnym bursztynowym napojem.. i wczoraj też z przyjemnością posmakowałabym chmielowej goryczy, gdyby nie świadomość zapłacenia za nią 3 razy więcej niż w eleganckim pubie na starówce.. ;) cena polsko-lotniskowa wybija przyjemność z moich kubków smakowych i zazwyczaj zamiast na piwo idę do księgarni, w której już za trochę więcej można dostać przyjemność dużo dłuższą, a jak się dobrze wybierze, to nawet wielokrotną! ;) ),.. głodna nie byłam, a zamiast inwestycji w wyżej wymieniony napój 'chłodzący' wybrałam się do księgarni i kupiłam magiczną powieść (ale o tym kiedy indziej, bo to inspirująca historia), potem wsiedliśmy do samolotu i fruuuuuuuu na Luton.. autokar, metro, autobus i spacer. ufff..
po dotarciu na miejsce Bibsztyl zamówił swojego niedzielnego kebaba, którego przywiózł ten sam, co zwykle dostawca i bezstresowo machnął ręką na brakujące 10p.. „następnym razem!”. zasnęliśmy słuchając wykładu na temat nowo odkrywanych planet.. i choć ten wieczór był tak bardzo nasz, niedzielny i londyński, to i tak śniło mi się Niebo nad Puszcza. jedyne takie na świecie. Niebo z milionami kropek gwiazd, przesiąknięte wilgotnym zapachem kwiatu lipy, łąk pełnych przypuszczańskich ziół, wypełnione po brzegi rechotem żab. Niebo za którym tęsknię i ja i BB i pewnie jeszcze wiele osób, którym dane było go doświadczyć.
..Bibsztyl, który rzadko pamięta swoje sny, też rano powiedział, że śnił puszczańską noc. ciemną, jak smoła, pełną pohukiwań, wyć, skrzeków i szelestów.. noc z Niebem pełnym gwiazd i nieodkrytych planet.
..i zastanawiam się, czy to zbieg okoliczności był, ze śniliśmy to samo miejsce, prosta zasada psychologiczna, czy magia jakaś, skoro zew Puszczy nas oboje w tym samym czasie opętał..?
piękny sen to był.. jak z baśni o poszukiwaniu kwiatu paproci..
PS. A Julek umarł mi 2 kolejne roślinki! moja piękna, kwitnąca dalia i bluszcz suche na wiór, szczypior urósł.. co prawda ja Julkowi też raz przesuszyłam kwiatki, ale je odratowałam przed jego powrotem, więc francuskie sery mi się należały w prezencie, ale właśnie się zastanawiam, że Krupnika przywiezionego z Polski w podziękowaniu za dbanie o kwiatki chyba mu nie powinnam oddać.. no bo i za co tu dziękować..? a Krupnik w domu się przyda..
po dotarciu na miejsce Bibsztyl zamówił swojego niedzielnego kebaba, którego przywiózł ten sam, co zwykle dostawca i bezstresowo machnął ręką na brakujące 10p.. „następnym razem!”. zasnęliśmy słuchając wykładu na temat nowo odkrywanych planet.. i choć ten wieczór był tak bardzo nasz, niedzielny i londyński, to i tak śniło mi się Niebo nad Puszcza. jedyne takie na świecie. Niebo z milionami kropek gwiazd, przesiąknięte wilgotnym zapachem kwiatu lipy, łąk pełnych przypuszczańskich ziół, wypełnione po brzegi rechotem żab. Niebo za którym tęsknię i ja i BB i pewnie jeszcze wiele osób, którym dane było go doświadczyć.
..Bibsztyl, który rzadko pamięta swoje sny, też rano powiedział, że śnił puszczańską noc. ciemną, jak smoła, pełną pohukiwań, wyć, skrzeków i szelestów.. noc z Niebem pełnym gwiazd i nieodkrytych planet.
..i zastanawiam się, czy to zbieg okoliczności był, ze śniliśmy to samo miejsce, prosta zasada psychologiczna, czy magia jakaś, skoro zew Puszczy nas oboje w tym samym czasie opętał..?
piękny sen to był.. jak z baśni o poszukiwaniu kwiatu paproci..
PS. A Julek umarł mi 2 kolejne roślinki! moja piękna, kwitnąca dalia i bluszcz suche na wiór, szczypior urósł.. co prawda ja Julkowi też raz przesuszyłam kwiatki, ale je odratowałam przed jego powrotem, więc francuskie sery mi się należały w prezencie, ale właśnie się zastanawiam, że Krupnika przywiezionego z Polski w podziękowaniu za dbanie o kwiatki chyba mu nie powinnam oddać.. no bo i za co tu dziękować..? a Krupnik w domu się przyda..
Labels:
Bibsztyl,
książki,
Puszcza,
puszczańskie niebo,
sentymenty,
sny
Saturday, 2 July 2011
różowy flaming i piękne kaczątka
Nie jestem typem restauracjowicza. Jedzenie nie jest dla mnie rytuałem i nie bawią mnie posiadówki ze znajomymi w restauracjach. Nie bawią mnie też firmowe wyjścia do restauracji. Kilka godzin siedzenia, żeby się napić i zjeść posiłek..? I to w dodatku z ludźmi, z którymi pracuję, a nie z tymi, z którymi bym ewentualnie chciała..?
Jednak na dzisiejsze wyjście czekałam prawie z zapartym tchem. Kolacje z okazji zakończenia kwartału zaplanowano nam w Kensington Roof Gardens. Zaintrygowana nazwa zajrzałam na google'a i okazało się, ze faktycznie są to ogrody na dachu – największe w Europie! 600M kwadratowych trawy, drzew, kwiatów, strumyków i stawów.. a ponad to rezydująca tam rodzina flamingów i 2 rodziny kaczek! Po przeczytaniu tej informacji zaczęłam liczyć dni do końca kwartału. Na dwa dni przed impreza dowiedziałam się, że flamingi jednak nie mieszkają tam na stale, ale na kaczki na pewno można liczyć.
Dziś dotarliśmy taksówka do budynku i winda wjechaliśmy na dach. Zamiast czekać na kelnera wszyscy ruszyliśmy w stronę ogrodu i rzeczywiście.. zielona trawka, krzewy, drzewa, pięknie wymodelowany żywopłot, strumyk – aż się nie chce wierzyć, że to wszystko faktycznie jest NA DACHU budynku.. rozejrzałam się naprawdę zauroczona, odwróciłam w stronę strumyka i zaniemówiłam z radości. Środkiem strumyka płynęła kaczka z ośmioma żółto-brązowo-szarymi miniaturowymi kaczątkami!!! Kaczątka wyglądały dużo bardziej kaczo-dziecinnie niż większość z tych, które widziałam do tej pory! Były śliczne i pływały w strumyku NA DACHU budynku!!
Pokazałam kaczątka kolegom z pracy. :)
Wyciągnęłam telefon, żeby zrobić kaczuszkom zdjęcie, ale zamiast włączyć aparat stanęłam jak wryta. Dwa metry za znikającymi za zakrętem kaczkami kroczył na patykowatych nogach dumny różowy flaming. Choć na pierwszy rzut oka wyglądał jak połamaniec, szedł spokojnie i pewnie, zginając długa różową szyje i brodząc śmiesznym dziobem w wodzie.. Najpierw mnie zamurowało, potem zaczęłam cicho piszczeć, powiedziałam do flaminga: Dzień dobry... To ja.. Aga..
Flaming nie odpowiedział choć zatrzymał się na chwile i na mnie spojrzał..
Z wrażenia, zamiast zrobić mu (telefonem, czy też aparatem, który specjalnie po to targałam przy sobie cały dzień) zdjęcie, zaczęłam dzwonić do Bibsztyla. Chciałam mu szybko powiedzieć, że są tu malutkie kaczki i flaming i w ogóle!!!
Bibsztyl nie odebrał telefonu, więc postałam chwile patrząc jak flaming znika za zakrętem, za którym wcześniej zniknęły kaczki..
I tak jakoś podniośle się czuję dzisiaj, jakby wydarzyło się coś naprawdę ważnego.. Pierwszy flaming w życiu, osiem kaczątek, kolacja z grilla w największym ogrodzie na dachu w Europie...?
I zastanawiam się, gdzie te wszystkie ptaki tam śpią, bo nie widziałam żadnych budek, ani zagrody.. I czy flaming żyjący w naszej strefie i odżywiający się planktonem z europejskiego strumyka może być zdrowy i nie stracić koloru?
Ten ogród na dachu, w centrum jednego z największych miast świata, zrobił na mnie wrażenie..
I nie mam nic przeciwko takim wyjściom firmowym.. ;)
Jednak na dzisiejsze wyjście czekałam prawie z zapartym tchem. Kolacje z okazji zakończenia kwartału zaplanowano nam w Kensington Roof Gardens. Zaintrygowana nazwa zajrzałam na google'a i okazało się, ze faktycznie są to ogrody na dachu – największe w Europie! 600M kwadratowych trawy, drzew, kwiatów, strumyków i stawów.. a ponad to rezydująca tam rodzina flamingów i 2 rodziny kaczek! Po przeczytaniu tej informacji zaczęłam liczyć dni do końca kwartału. Na dwa dni przed impreza dowiedziałam się, że flamingi jednak nie mieszkają tam na stale, ale na kaczki na pewno można liczyć.
Dziś dotarliśmy taksówka do budynku i winda wjechaliśmy na dach. Zamiast czekać na kelnera wszyscy ruszyliśmy w stronę ogrodu i rzeczywiście.. zielona trawka, krzewy, drzewa, pięknie wymodelowany żywopłot, strumyk – aż się nie chce wierzyć, że to wszystko faktycznie jest NA DACHU budynku.. rozejrzałam się naprawdę zauroczona, odwróciłam w stronę strumyka i zaniemówiłam z radości. Środkiem strumyka płynęła kaczka z ośmioma żółto-brązowo-szarymi miniaturowymi kaczątkami!!! Kaczątka wyglądały dużo bardziej kaczo-dziecinnie niż większość z tych, które widziałam do tej pory! Były śliczne i pływały w strumyku NA DACHU budynku!!
Pokazałam kaczątka kolegom z pracy. :)
Wyciągnęłam telefon, żeby zrobić kaczuszkom zdjęcie, ale zamiast włączyć aparat stanęłam jak wryta. Dwa metry za znikającymi za zakrętem kaczkami kroczył na patykowatych nogach dumny różowy flaming. Choć na pierwszy rzut oka wyglądał jak połamaniec, szedł spokojnie i pewnie, zginając długa różową szyje i brodząc śmiesznym dziobem w wodzie.. Najpierw mnie zamurowało, potem zaczęłam cicho piszczeć, powiedziałam do flaminga: Dzień dobry... To ja.. Aga..
Flaming nie odpowiedział choć zatrzymał się na chwile i na mnie spojrzał..
Z wrażenia, zamiast zrobić mu (telefonem, czy też aparatem, który specjalnie po to targałam przy sobie cały dzień) zdjęcie, zaczęłam dzwonić do Bibsztyla. Chciałam mu szybko powiedzieć, że są tu malutkie kaczki i flaming i w ogóle!!!
Bibsztyl nie odebrał telefonu, więc postałam chwile patrząc jak flaming znika za zakrętem, za którym wcześniej zniknęły kaczki..
I tak jakoś podniośle się czuję dzisiaj, jakby wydarzyło się coś naprawdę ważnego.. Pierwszy flaming w życiu, osiem kaczątek, kolacja z grilla w największym ogrodzie na dachu w Europie...?
I zastanawiam się, gdzie te wszystkie ptaki tam śpią, bo nie widziałam żadnych budek, ani zagrody.. I czy flaming żyjący w naszej strefie i odżywiający się planktonem z europejskiego strumyka może być zdrowy i nie stracić koloru?
Ten ogród na dachu, w centrum jednego z największych miast świata, zrobił na mnie wrażenie..
I nie mam nic przeciwko takim wyjściom firmowym.. ;)
Labels:
flaming,
kaczątka,
Kensington Roof Gardens,
ogród na dachu,
opowiesc
Subscribe to:
Posts (Atom)




