Nie jestem typem restauracjowicza. Jedzenie nie jest dla mnie rytuałem i nie bawią mnie posiadówki ze znajomymi w restauracjach. Nie bawią mnie też firmowe wyjścia do restauracji. Kilka godzin siedzenia, żeby się napić i zjeść posiłek..? I to w dodatku z ludźmi, z którymi pracuję, a nie z tymi, z którymi bym ewentualnie chciała..?
Jednak na dzisiejsze wyjście czekałam prawie z zapartym tchem. Kolacje z okazji zakończenia kwartału zaplanowano nam w Kensington Roof Gardens. Zaintrygowana nazwa zajrzałam na google'a i okazało się, ze faktycznie są to ogrody na dachu – największe w Europie! 600M kwadratowych trawy, drzew, kwiatów, strumyków i stawów.. a ponad to rezydująca tam rodzina flamingów i 2 rodziny kaczek! Po przeczytaniu tej informacji zaczęłam liczyć dni do końca kwartału. Na dwa dni przed impreza dowiedziałam się, że flamingi jednak nie mieszkają tam na stale, ale na kaczki na pewno można liczyć.
Dziś dotarliśmy taksówka do budynku i winda wjechaliśmy na dach. Zamiast czekać na kelnera wszyscy ruszyliśmy w stronę ogrodu i rzeczywiście.. zielona trawka, krzewy, drzewa, pięknie wymodelowany żywopłot, strumyk – aż się nie chce wierzyć, że to wszystko faktycznie jest NA DACHU budynku.. rozejrzałam się naprawdę zauroczona, odwróciłam w stronę strumyka i zaniemówiłam z radości. Środkiem strumyka płynęła kaczka z ośmioma żółto-brązowo-szarymi miniaturowymi kaczątkami!!! Kaczątka wyglądały dużo bardziej kaczo-dziecinnie niż większość z tych, które widziałam do tej pory! Były śliczne i pływały w strumyku NA DACHU budynku!!
Pokazałam kaczątka kolegom z pracy. :)
Wyciągnęłam telefon, żeby zrobić kaczuszkom zdjęcie, ale zamiast włączyć aparat stanęłam jak wryta. Dwa metry za znikającymi za zakrętem kaczkami kroczył na patykowatych nogach dumny różowy flaming. Choć na pierwszy rzut oka wyglądał jak połamaniec, szedł spokojnie i pewnie, zginając długa różową szyje i brodząc śmiesznym dziobem w wodzie.. Najpierw mnie zamurowało, potem zaczęłam cicho piszczeć, powiedziałam do flaminga: Dzień dobry... To ja.. Aga..
Flaming nie odpowiedział choć zatrzymał się na chwile i na mnie spojrzał..
Z wrażenia, zamiast zrobić mu (telefonem, czy też aparatem, który specjalnie po to targałam przy sobie cały dzień) zdjęcie, zaczęłam dzwonić do Bibsztyla. Chciałam mu szybko powiedzieć, że są tu malutkie kaczki i flaming i w ogóle!!!
Bibsztyl nie odebrał telefonu, więc postałam chwile patrząc jak flaming znika za zakrętem, za którym wcześniej zniknęły kaczki..
I tak jakoś podniośle się czuję dzisiaj, jakby wydarzyło się coś naprawdę ważnego.. Pierwszy flaming w życiu, osiem kaczątek, kolacja z grilla w największym ogrodzie na dachu w Europie...?
I zastanawiam się, gdzie te wszystkie ptaki tam śpią, bo nie widziałam żadnych budek, ani zagrody.. I czy flaming żyjący w naszej strefie i odżywiający się planktonem z europejskiego strumyka może być zdrowy i nie stracić koloru?
Ten ogród na dachu, w centrum jednego z największych miast świata, zrobił na mnie wrażenie..
I nie mam nic przeciwko takim wyjściom firmowym.. ;)
No comments:
Post a Comment