W ramach wmurowywania biegania w moje życie codzienne postanowiłam, że od czasu do czasy będę biegała z i do pracy.
Wczoraj rano pojechałam do pracy, jak zwykle, rowerem, tyle, że z wielkim plecakiem, w którym przywiozłam ciuchy na 2 dni i biegowe buty..
Po pracy przebrałam się w moje biegowe ubranka, pogłaskałam rower po siodełku i po pysku i poteptałam do domu.. nie najkrótsza droga, ponieważ 1. byłam pewna, że zarżnę się ta trasa totalnie i na drugi dzień rano nie dam rady biec, więc wolałam wycisnąć z siebie trochę więcej wysiłku na wypadek, gdyby to miał być ostatni w tym tygodniu.. 2. Droga była ładniejsza.. ;)
biegłam pomiędzy ceglanymi budynkami z XIX I XX wieku, z wystającymi gdzieniegdzie ‘dźwigami – kranami ‘ którymi spuszczało się do piwnicy beczki wypełnione angielskim ale lub tez – na piętro, belki materiałów i inne dobra sprowadzane z całego skolonizowanego świata do portowego Londynu.. biegłam wąskimi, brukowymi uliczkami, mostkami przerzuconymi przez kanałki wypełniające się woda 2 razy dziennie, podczas przypływów..
Biegłam nad Tamizą.. patrzyłam na błyskające na wodzie promienie słoneczne, na statki i lódki kursujące po rzece i myślałam o tym, jak bardzo uprzywilejowana jestem, że mogłam po prostu podjąć decyzję i przeprowadzić się do innego kraju, miasta.. i to do tak pięknego. :)
Nie biegło mi się lekko, ale dałam radę.. jak na kilka miesięcy bez biegania (i kilka dodatkowych kilogramów.. khy khy!) było naprawdę nieźle!
Dziś wstałam odpowiednio wcześniej, żeby pobiec do pracy.. Czułam się dobrze, więc pobiegłam, tyle, że krótsza droga. Dobiegając do wyjścia z parku (przyjemny skrót w trasie) zorientowałam się, że ono jest wciąż zamknięte!! Zwolniłam mój ślimaczy krok i pomyślałam: no nie.. niech mi ktoś otworzy.. proszę.. :)
I dokładnie w tamtym momencie podjechał parkowy samochodzik i wysiadł z niego człowiek z pękiem kluczy! Zaczął grzebać w kłódce dokładnie w chwili kiedy dobiegałam do drzwi! Powiedziałam mu: Dziękuję! Just on time!
Roześmiał się wesoło.
Później, w okolicach London Bridge zdecydowałam, że nie chcę dłużej biec przy ulicy i wolę trochę nadłożyć drogi dla świeżego powietrza.. Brukowanymi zakamarkami pobiegłam w stronę Tamizy. Ludzie nie wydawali się jeszcze spieszyć.. Chyba zbyt wcześnie było, jak na zabiegany biurowy tłum.. Na rogu jednej z uliczek stał człowiek sprzedający ‘Issue’, magazyn, który pomaga ludziom bezdomnym/bezrobotnym wrócić do aktywnego życia zawodowego – za sprzedawanie ‘Issue’ dostają prowizję od obrotu, szkolenia i potwierdzone doświadczenie zawodowe.. drobne pieniądze i pierwszy krok ku powrotowi do świata pracy często działają jak trampolina dla ludzi, którzy stracili i szansę i nadzieję.. Człowiek już z daleka uśmiechał się do mnie. Mijałam go idąc i wyrównując postrzępiony oddech.. Spytał skąd biegnę, ile mi to czasu zajęło i jak daleko mam jeszcze do końca trasy. Na pożegnanie po minutowej rozmowie zostałam wyściskana! Facet mnie po prostu objął, pocałował w policzek i powiedział, że żałuje, że nie ma wody bo dalby mi się napić.. Podziękowałam mu i pożegnałam się ‘do przyszłego tygodnia’. :) nawet przez głowę mi nie przeszło czy to 'odpowiednie' i czy aby higieniczne.. ;)
Jestem absolutnie zachwycona! Mało, że osiągnęłam swój cel i pokonałam swoją nierozćwiczoną fizyczność, to jeszcze tyle cieplej magii dostałam w prezencie.. Chuffed!
* * *
Myślałam, że ‘umrę’ wczoraj po dobiegnięciu do domu.. Nie umarłam.
Myślałam, że po bieganiu rano cały dzień będę zmęczona. Nie jestem.
Wiem, że limity mojego ciała i życia istnieją..
Ale dziś czuję, że one są dużo dalej niż mi się to na zazwyczaj wydaje..
No comments:
Post a Comment