Saturday, 28 December 2013

Inne Swieta

Swieta nieswiateczne, swieta pelne magii..

Wigilia przeszla bez wiekszego zamieszania, a w pierwszy dzien swiat stala sie magia..
Wyspy Kanaryjskie (lot i hotel kupiony w ofercie lastminute), a w zasadzie Gran Canaria okazala sie bajka. +24 stopnie Celsjusza pod koniec grudnia, piekne plaze, marsjanski krajobraz polwyspu w Las Palmas, a potem ogromny krater Bandama i treking do Roque Nublo. Z Roque Nublo prawie 2 godziny i 900 mtrow schodzenia ku cywilizacji i najblizszemu autobusowi.. Pozniej juz tylko gorskie serpentyny i cicha prosba... Niech ten dzien trwa wiecznie...






















i ostatni widok przez szybe autobusu...

Sunday, 1 December 2013

Hey Mickey!

A tu rezultat pierwszej sesji fotograficznej z Wiolka. Kawalek rezultatu, bo zrobilysmy kilka zestawow ubran. :)

Tak z serca..? O ile moda mnie nie bardzo interesowala, zawsze mialam swoj konkretny minimalistyczny, wygodny styl i nie ciagnelo mnie do eksplorowania dodatkowych idei, o tyle fotografujac Wiolke nabieram fashion rumiencow. I bardzo mi sie to podoba. Moze jeszcze uruchomi sie we mnie dodatkowa plaszczyzna estetyczna. W koncu nie chodzi o cene ubran, ale o kreatywnosc w ich zestawianiu. :)

A tu przgoda z pomaranczowymi butami i Myszka Miki. ;)

Tutaj cala mysia sesja...

Depends On Your Taste



**

A tu jedna mala myszka na zachete ;)


**

Thursday, 28 November 2013

recepta na szczescie

Mozesz wiecej niz myslisz, ze mozesz..

Wydawalo mi sie, ze juz niczego nie wcisne w moj ekstremalnie napiety grafik.. udalo sie.

Po pierwsze zdjecia z Wiolka, ktore przynosza nam obu mnostwo radosci. Jak blog ruszy na powaznie, to wrzuce linka...

Po drugie cwiczenia...

Ja juz naprawde zaczynalam sie czuc staro w swojej wlasnej skorze.. i nawet troche zaczelam cwiczyc, zeby cos tam w sobie zastymulowac.. ale tylko troche.. a potem pojechalismy do Bristolu odwiedzic pewnych  pieknych ludzi.. i ten weekend spowodowal, ze sie zawzielam na kilka dni.. zawzielysmy sie obie..
a teraz juz nie trzeba sie zawzinac.. endorfiny uderzyly do glowy, reka polozona na biodrze czuje, ze to juz inne biodro, podrapanie po ramieniu przynioslo zaskoczenie, ze tam jednak jest miesien! i to u mnie!

I tak jakos sie rozpedzilam, ze sie sama do siebie usmiecham. I naprawde warto kopnac siebie samego w tylek kilka razy, zeby potem czlowiek chodzil z micha usmiechnieta od ucha do ucha, i zeby chcialo mu sie robic rzeczy dobre, i zeby chcialo sie patrzec na przyszlosc rachujac ja nie w kilogramach czy centymetrach, choc wizja fajnego wygladu w jeszcze fajniejszej bieliznie jest kuszaca, ale w swiadomosci wlasnego ciala, w akceptacji siebie  i w radosci z aktywnego zycia. W zadowoleniu z samej siebie.. Wiekszym niz jest. ;)

Co by nie bylo, jednak endorfiny trzepia troche rowniez po samoakceptacji.

Polecam! 40 minut potu z youtube'm dziennie i jakosc wszystkiego przed i po tych 40 minutach tez sie poprawia! :)

I tyle rzeczy mi sie chce robic, ze pomyslalam, ze sie podziele tym entuzjazmem! Niech sie szerzy, zaraza, po swiecie! :)

:)

PS. I juz rozumiem, dlaczego w starozytnym swiecie mowiono: "w zdrowym ciele zdrowy duch"... a nie odwrotnie. ;)



*

Sunday, 17 November 2013

cma

Nie mam nic przeciwko cmom i motylom, chociaz swiata owadow, niezaleznie, czy to motylek, pajaczek czy karaluch... nie wielbie...

no ale jakby to to na mnie usiadlo to bym dostala albo zawalu albo ataku serca! albo w stanie przedzawalowym zamarla na wieki! i bylabym sobie taka spiaca krolewna czekajaca na ksiecia, ktory przyjedzie na bialym koniu i sciagnie ze mnie to wielkie cholerstwo!

Urghghghghyyy!!!!

Sliczna ciemka. Nzywa sie Attacus Atlas, jakby ktos byl ciekawy...Brrrrry!


Monday, 11 November 2013

klipsy z guzikami

W pieknych, pelnych wyzwan latach komunizmu Wiolka i jej siostra dowiedzialy sie o istnieniu hurtowni guzikow wloskich. Hmmm... hurtownia guzikow wloskich. :)

Zainteresowane moda nastolatki wybraly sie w magiczne miejsce.. w hurtowni odebralo im mowe. Tak pieknych guzikow nie byly sobie w stanie nawet wyobrazic, a tutaj mialy je w zasiagu reki!

Tyle pieknych guzikow! Co mozna z nich zrobic, zeby wykorzystac te nieskonczona magie!??

Dziewczyny wpadly na genialny pomysl - w osiedlowym GSie mozna bylo kupic za grosze klipsy z bananami. Po kupieniu klipsow banan lecial do kosza, a na jego miejsce zostawal wklejony piekny wloski guzik. Produkcja szla pelna para, klipsy rozchodzily sie, jak cieple buleczki, dziewczyny byly przeszczesliwe.

I gdyby nie to, ze pewnego dnia w GSie zabraklo klipsow, bylabym dzis znajoma swiatowej producentki bizuterii.. ;)

A moze bym jej wcale nie poznala? ;)



Wednesday, 30 October 2013

niespodziewane okazje - lapac i dusic

za dawnych czasow byla taka rymowanka o szczesciu, ze costam-costam za ogon, zlapac i wydusic jak cytrynke ;)

zawsze mi sie kojarzyla z przechodzacymi obok nas okazjami. niedawno przypomniala mi sie po raz kolejny.

najpierw dostalam wiadomosc na facebooku - czesc Aga, to Wiolka od Macka, mam interes, czy mozesz mi dac swoj numer telefonu?

Wiolke widzialam w zyciu 2-3 razy, kilka lat temu.

podalam.

cisza.

2 dni pozniej sms z info, ze Wiolka chce sie powazniej niz dotad skupic na swoim fotoblogu zwiazanym z moga i stylem zycia i ze potrzebuje fotografa do wspolpracy i ze pomyslalam o mnie.. i czy ja w ogole mieszkam jeszcze w tym samym miescie?

pomyslalam, ze to super okazja, zeby dzielic pasje i symulowac sie do rozwoju - ona blogowaniem modowym, ja w zwiazku z tym - fotografia. moglaby sie z tego wywiazac stymulujaca wspolpraca, a ze ja uwielbiam robic zdjecia ludziom...

wycisnelam.

w niedziele wstalam przed 7 rano, zeby dotrzec do Wiolki odpowiednio wczesnie. polbiegiem zrobilysmy zdjecia kilku zestawom ubran gadajac przy tym, jak nakrecone katarynki.. w koncu trzeba bylo sie poznac, podzielic pomyslami, entuzjazmem i pasja.. silny wiatr, mocne slonce, szpilki w torbie z ikei, koszulka z myszka Mickey i radosc, ze tu i teraz cos waznego sie zaczyna...

dzis Wiolka przejrzala wyselekcjionowane przeze mnie zdjecia. teraz ona selekcjonuje dalej. po tym etapie praca znow przechodzi na mnie - ostateczna edycja i paleczka przechodzi do Wiolki..

blog ozyje, bedzie na nim intensywniej i weselej. :)

a ja juz wiem, co nastepnym razem zrobie inaczej, lepiej..

Mam! "costam-costam minke, zlapac szczescie za ogon i wycisnac, jak cytrynke!"

czy jako tak to bylo.. no wlasnie! lapac okazje. nie puszczac! :D





Saturday, 26 October 2013

zmiana nastawienia

uderzenie przyszlo zniencka, jak to sie zwykle staje.

duzo sie wydarzylo w bliskim mi zyciu i, tak jak bylam zabiegana, teraz czasu ani sil nie ma m juz prawie na nic. jak tylko sie wokol tego wszystkiego zaczelam troche organizowac, dowalono mi poltora etatu w pracy. po cholere tak gonic cale zycie? po cholere pozwalac wrzucac sobie na kark coraz wiecej i wiecej, tylko dlatetgo, ze innym wrzucic nie mozna? czy mi sie kiedykolwiek uda zwolnic? wyglada na to, ze nie.. :(

i jest tylko jedo wyjsice - zmienic do tego nastawienie. dzis od rana zajelam sie szukaniem domu nowego i porzadkowaniem obecnego. w miare kolejnych telefonow do agentow i kolejnych warstw kurzu usuwanych z mebli zaczelo mi sie wszytko ukladac w ciut bardziej sensowny plan.

czasu nie bedzie wiecej. to znaczy bedzie, ale nie o tyle wiecej, zeby to mialo wywolac jakas wielka rewolucje, wiec musze po raz kolejny przeorganizowac to, co mam.

jutro wstaje wczesnie rano. jade robic Wiolce zdjecia. to bedzie zabawa i wyzwanie.. to bedzie dla mnie. odpoczynek. ;)
w drodze powrotnej jde kolejka nadziemna i w drodze rezerwowuje ogladanie mieszkan - moze juz niedlugo bede szczesliwym posiadaczem kredytu (!), potem do BB, potem powrot do domu i praca.. no coz.. w koncu w weekend sie odpoczywa...

jeszcze kilka tygodni i skonczy sie to szalenstwo. zacznie sie jakies inne.

uch..

bedzie dobrze, wszystko bedzie dobrze

a mieszkanie bedzie mialo ogrod albo balkon! :))


PS. O Maroku jszcze kilka rzeczy opowiem.. sni mi sie czasami tamten magiczny czas.. az trudno uwierzyc, ze to tylko 3 godziny stad.


Sunday, 6 October 2013


moje mysli wciaz sie placza po zaulkach marakeskiej Mediny..

od poczatku zeszlego tygodnia czulam brak sil i energii zyciowej. "powakacyjna depresja". dopier we srode wieczorem zrozumialam, ze rozbiera mnie choroba.. potem byl stan podgoraczkowy i dogorywanie do konca tygodnia. i tak jakos przetelepalam sie do soboty. sobota w goraczce, niedziela poprawa..

i jest niedziela wieczor, czuje sie duzo lepiej.. w sercu wlaczyla i sie lampka marokanskiego slonca. :)
i nagle zapragnelam wykasowac miniony tydzien, wrocic do ostatniej niedzieli, wpasc do domu, wycalowac koty, przepakowac sie i wrocic na uliczki Marakeszu, gdzie Nadil i Mohamed z usmiechem dotykali dlonia serca na nasz widok, gdzie brudne koty z dlugimi pyskami siedzialy grzecznie pod krzeslami restauracji, gdzie nie obowiazuja zasady ruchu i motorki zasuwaja waskimi przejsciami  duza predkoscia a, o dziwo!, nie widzialam zadnego wypadku, gdzie smutne osiolki czekaja w pelnym sloncu na doladowanie im wiecej ciezaru, gdzie zaklinacze wezy graja na fletach wciaz te sama melodie, tak bardzo znana z filmow o krajach Afryki Polnocnej, gdzie na horyzncie widac zarys dumnego Atlasu i gdzie zimuja bociany...



zapalilam swieczki w marakeskich lampkach, wlaczylam muzyke z plytki, ktora nagral mi DJ w Sky Barze. w mieszkaniu zrobilo sie cieplej i przytulniej. gdyby jeszcze mozna bylo otworzyc na osciez okna i uslyszec nawolywania mezuinow do modlitwy rozchodzace sie synchronicznie z wiez okolicznych meczetow...










skupiam sie na rzeczach waznych - przygotowuje liste do rzeczy do zrealizowania na ten tydzien - analizowanie i planowanie pomaga odciaganac mysli od nadkruszonych emocji...


...i ciesze sie, ze Marakesz stal sie w moim zyciu. istnieje wewnatrz mnie piekne miejsce, do ktorego moge wracac, kiedy tylko zabraknie mi slonca na zachmurzonym londynskim niebie... kiedy zabraknie mi muzyki...

:)






Jemaa El Fna - cisza przed burza...

Jemaa El Fnaa to najwiekszy rynek w Marakeszu i jeden z najbardziej znanych w Afryce Polnocnej- tutaj spokojny, jak codziennie do 16stej, 17stej, otrzymal status dziedzictwa UNESCO za jego wartosc w podtrzymywaniu tadycji ludzkosci.

Juan Goytisolo powiedzial o Jemaa El Fnaa:  "Spektakl Jemaa El Fnaa powtarza sie codziennie i jest codziennie inny. Zmienia sie wszystko - glosy, dzwieki, gesty, publicznosc go ogladajaca, sluchajaca, wachajaca, smakujaca i dotykajaca przedstawienie. Tradycja ustna obramowana jest tu czyms wiekszym, nienamacalnym."



Wednesday, 2 October 2013

wyjazdy i powroty

wrocilam..

wygrzalam kosci, napatrzylam sie, nawachalam, nasluchalam i wrocilam...

wszystko opowiem...



xx


Sunday, 15 September 2013

moja droga

czytam o zdrowym odzywianiu.. nic nowego, prawda?

tkie sobie przemyslenia na glos... 

od poltora miesiaca wprowadzam zmiany w moim sposobie odzywiania i stylu zycia. zmiany znane i wyprobowane wielokrotnie. znow dzialaja. 
6 tygodni i 5 kilo pozniej wciaz czytam o zdrowym odzywianiu. Ofiary metody "trzeba jesc wszystko z umiarem" lecza po szpitalach choroby wiencowe i metaboliczne, a ja sie zastanawiam, jak daleko zajde z jedzeniem naturalnie.. 

zdrowe jedzenie w domu jest latwe, gorzej kupic cos sensownego, jesli sie nie wezmie lanczu do pracy. w zasadzie we wszystkim jest dodatkowy cukier i dodatkowe skrobia. nie ma co sie nawet zastanawiac nad tym, gdzie i w jakich warunkach warzywa i kasze urosly, czy slady czego (jakiego srodka chemicznego uzyto do plukania warzyw w potrawie) moga w tym byc.

wiec przygotowuje w domu, ile sie da i nosze do pracy w pudeleczkach, a koledzy biurowi podciagaja po lyzeczce i mlaszcza z zachwytem (no dobra - nie zawsze, ale PRAWIE zawsze! ;) ).

wysilek przygotowywania jest, ale coz.. jesli sa rowniez zdrowotne i kosmetyczne efekty, to gra jest warta swieczki. z czasem pewnie naucze sie skrotow w przygotowywaniu posilkow i wszystko bedzie szlo jeszcze szybciej, moze tez wyrobie w sobie kulinarna wyobraznie, ktorej mnie, wychowanej na gotowanych ziemniakach, kotletach mielonych, ciastach, kilelkach i budyniach (nie to zebym marudzila! powidla sliwkowe Mamy mi sie snia do dzis!), wciaz jeszcze brakuje. ;) 

poki co robie podejscie do wlasnej hodowli kielkow. chce miec przez caly rok tak piekne i blyszczace futerko, jak dzikie zwierzaki na wiosne, kiedy swiat kielkuje z radoscia i witaminkami i do zimowej diety dochadza mlode klacza. ;)

a poki co wzbogacam diete o zielone liscie, mnostwo straczkow (bialko bialko bialko!) i soki warzywne. jak dobrze jest zyc w XXI wieku, kiedy mozna sobie pozwolic na sokowirowke! ;) apetyt na kawe bez ktorej nie potrafilam zyc prawie zupelnie mi przeszedl - w zamian pije duzo wody z cytryna i juz nie wyobrazam sobie rozpoczynania dnia od "malej bialej". 

powoli zmienia mi sie smak...



a dzis na kolacje bedzie kapusniak - prawie dokladnie taki, jak u Mamy, tyle, ze z koperkiem. :) Bibsztyl juz sie nie moze doczekac! :)

PS. ostatnio Uniwersytet w Oxford opublikowal badania, ze spozywanie mleka w wieku doroslym jest niezdrowe - nie tylko nie przynosi organizmowi korzysci, ale wrecz jest niezdrowe!

.. no to koniec tych niezorganizowanych wywodow.. jakos tak mnie zebralo...

Monday, 9 September 2013

100 lat, Mamciu!


...pelnych zdrowia i smiechu ! :)

cmok cmok



Tuesday, 27 August 2013

Latarnie

"Latarnie nie biegaja po wyspach szukajac statkow do uratowania. one po prostu stoja i swieca" Anne Lamott


(“Lighthouses don’t go running all over an island looking for boats to save; they just stand there shining.”)

Friday, 23 August 2013

Wednesday, 21 August 2013

dobre nastawienie

"Złe nastawienie jest jak przebita opona.. jeśli jej nie zmienisz, nie ruszysz z miejsca :) Uśmiechnij się!!!" - cytat z fejsbukowej strony wspominanej ostatnio na okraglo Ewy Chodakowskiej. Cytat byl pod jednym ze zdjec. Spodobal mi sie.
A jako, ze poszlam poobiegac..

Zaczne od poczatku. Z tygoodniowych wakacji u Rodzicow wrocilam z zalem, ze musze wciaz pracowac, rozbudzona pasja fotografii i trzema dodatkowymi kilogramami ciala. Definitywnie nie mojego - jakies barachlo po prostu do mnie przyroslo i juz.

I tak sie turlalam z tym cialem po miescie, a ze juz przez wakacjami bylam niezadowolona ze swojego wygladu, kilka dni temu postanowilam sie za siebie "zabrac". Hmmm...
Do i z pracy chodze szybkim marszem juz od kilku tygodni i szalu nie ma, wszelkie zapedy na powrot do odzywiania zgodnie z metoda M.Montignac'a spelzaly na niczym, bo to ciastka, to frytki na miescie... Przelom nastapil chyba w zeszla sobote. Bibsztyl krecil na video nasza kociarnie, a ja sie kapalam w lazience. Po kapieli weszlam do pokoju owinieta w recznik i zaczelam wyciagac ubrania z szafki. W momencie kiedy recznik ze mnie spadl uslyszalam smiech Bibszyla i.. od razu wiedzialam z czego sie smieje!

Padlam za sofe na czworaka, zaczelam piszczec, owinelam sie w recznik i popedzilam wylaczyc kamere, ale popelnilam po tym blad (a moze wlasnie nie blad!).. z ciekawosci, przed wykasowaniem filmiku postanowilam go obejrzec..
Nie zobaczylam na nim dziewczyny, ktora wciaz we wlasnej glowie jestem, tylko ogromna, poczatkujaca grubaske z kwadratowa pupa. I nie to, zebym kraglych kobiet nie lubila! Po prostu na swoj uzytek, ja, Jarzabek, chce byc szczupla i wysportowana!!! Chce byc szczupla, wysportowana, zdrowa i usmiechnieta!! Nie chce byc TAKA! Jeszcze nie...

No dobra. To byl wstep.

To mnie zmotywowalo do wieczornego biegania i do poniedzialkowej glodowki. Poniedzialkowa glodowka pomogla mi wytrzymac wtorek na samych gotowanych warzywach. I srode tez. :) I bede powoli diete urozmaicac, ale w sensowny i kontrolowany sposob.

Cukry precz! Biala maka precz! High GI precz!

A teraz - w zwiazku ze wspomnianym filmikiem postanowilam, ze moze warto by zrobic tak zwane "zdjecie przed" zaby nie tylko waga i centymetrami, ale rozniwez wizualnie moc sprawdzic, o ile schudlam i jak to wyglada. No i zrobilam! Idiotka! Tej blizny w sercu sie juz chyba nigdy nie pozbede! Jezus Maria i wszyscy bogowie hinduscy! Jak ja wygladam!

Wlasnie wrocilam z kolejnego biegania. Czlapania raczej - samej siebie mi bylo szkoda, na mysl o tym, jak ja biegne. No ale fakt jset faktem, ze zwyciestwo odnioslam calkowite, bo doszuralam ponad 10 kilometrow. Nastepnym razem bedzie ciut lzej. ;)

I w trakcie tego szuranie kilka razy mi sie przypominalo, ze "Złe nastawienie jest jak przebita opona.. jeśli jej nie zmienisz, nie ruszysz z miejsca. Uśmiechnij się!!!", ale za cholere usmiech mi nie wychodzil.

Za to teraz sie usmiecham!
Zwyciezylam! :)

Zwyciestw nad samym soba - malych i wiekszych - wszystkim zycze!

Saturday, 17 August 2013

kwestia pomocy

Polecono mi film dokumentalny "Born into Brothels". W uproszczeniu, film pokazuje historie fotografki, ktora dokumentujac "czerwona dzielnice" jednego z indyjskich miast zwrocila uwage na ilosc krecacych sie tam dzieciakow. Dzieciakow, ktore, jako dzieci prostytutek, nie maja zadnych szans w zyciu.. Zaczela z nimi pracowac - najpierw uczac je robic zdjecia, potem probujac zalatwic im szkoly, zeby mialy jakiekolwiek szanse w zyciu.

Wiecej nie opowiem. Komentarz osoby byl taki, ze czas sie nauczyc, ze nie wolno oczekiwac wdziecznosci za cos, o co Cie nikt nie poprosil.

Ze zdumienia otworzyly mi sie szeroko oczy.. Jak mozna myslec, ze ma sie prawo jej oczekiwac, ja sie pytam..?

I przypomnial mi sie cytat Janusza Korczaka.. taki piekny i zyciowy. I taki aktualny..

"Jak często podobni jesteśmy do dziecka, które przystroiło kota we wstążkę, częstuje go gruszką, daje do oglądania malowanki i dziwi się, że niecnota pragnie się wymknąć taktownie lub - zrozpaczony - zadrapie". Janusz Korczak

Saturday, 10 August 2013

kociokwik, odslona 2

pozno polozylam sie spac.. za pozno jak na mnie.. za malo godzin zostalo pomiedzy teraz a pobudka.

5 minut po przysnieciu rozpaczliwy lomot w lazience, tupot nog i... ciasza.. ile nog tupalo? cztery czy osiem?..

tracilam Bibsztyla.. spi ze sluchawkami w uszach.. &$"%%("^!!!
nie ma ratunku..

trzeba wstac i sprawdzic, czy lomot to nie byla na przyklad klapa sedesu zatrzaskujaca sie nad ktoras wystrzaszona glowka..

zeszlam do lazienki.
klapa sedesu zatrzasnieta.
zadnego kociaka nie ma pod klapa.

ufff..

powrot do lozka.
sen... wreszcie...

***

5ta rano, laskocze mnie twarz. cala twarz! machnelam reka, podrapalam oko.. znow laskocze.. otorzylam oko. 3 centymetry od mojej twarzy wgapiaja sie we mnie 2 natezone skupieniem kocie guziczki.. :))
guziczki zarejestrowaly ruch powieki:
MRRRUUUU MRUUUU MRUUU PRZYTUL MNIE.. KOCHAM CIE I TESKNIE I MUSISZ MNIE POGLASKAC!!! MRUUU MRUU..

no i co zrobisz.. glaszczesz poki znow nie zasniesz... a siersciuch mruzy oczy, mruczy, wyciaga sie i przewraca z boku na bok wystawiajac do glaskania brzuch..

5:15 - znow spimy..

***

istny kociokwik..

Wednesday, 7 August 2013

sokowariatka

pol kilo marchewki
2 duze jablka
2cm imbiru
6cm ogorka
mandarynka
niebo w gebie

pomaranczowe :)

Monday, 29 July 2013

z Puszczy..

3 dni temu siedzialam z Mama w Puszczy..

"a co Ty tak nic do czytania nie wrzucasz?"
"bo przeciez tutaj jestem"
" ale nie ma co czytac od siodmego!"

:D

nadszedl czas na ciag dalszy opowiesci...

Sunday, 7 July 2013

lista zyczen

znow mnie naszlo.. kompletuje w glowie liste zyczen.
w zasadzie nie zyczen, a rzeczy, ktore chce zrobic zanim umre - hi hi..

nie to, zebym sie juz wybirala na tamten swiat, ale naszlo mnie jakos, o zgrozo!, po obejrzeniu odcinku "Z archiwum X" o wampirach! ;)

a moze raczej po wczesniejszym obejrzeniu kilkudziesieciu zdjec z fejsbukowej grupy "Places to see before you die"..

tyle swiata do zobaczenia, tyle ksiazek do przeczytania, przyjazni do utrwalenia, wydarzen i emocji do przezycia, a czas nie stoi w miejscu..

i tak, jak chcialabym te moja liste ulozyc w zorganizowany plan, tak bardzo niemozliwe jest zestawienie sprzecznosci.. czy popracowac, jak dziki osiol jeszcze kilka lat i zabezpieczyc sie materialnie? czy spakowac plecak i ruszyc w swiat, zeby zobaczyc jak najwiecej miejsc, o ktorych zawsze marzylam? czy wlasnie moze zaszyc sie na cichej greckiej, wloskiej czy hiszpanskiej wsi, otworzyc mala artystyczna manufakture, pisac i zyc za minimum pieniadza a maksimum czucia i juz nigdy nie ruszac sie z miejsca, bo i po co?

i tak jezdze myslami po glowie i palcem po mapie.. i wiem, ze ta wies jednak musi poczekac chociaz kilka lat. wolanie swiata ciagnie nieziemnsko..

no wiec tak sobie siedze bezproduktywnie i jezdze po tej mapie, i sobie ogladam zdjecia magicznych miejsc i zastanawiam sie po cholere komukolwiek produktywnosc w niedziele wieczorem, skoro mozna tak przyjemnie czas "marnowac"?

i za jakiego diabla Polinezja Francuska jest az tak daleko???


Sunday, 30 June 2013

maluchy

takie maluchy mi sie wprowadzily do domu i zapanowaly nad calym uporzadkowanym swiatem..

cudnie








Saturday, 15 June 2013

fontanna - ciag dalszy

wyglada na to, ze spisywanie moich mysli ma moc sprawcza!
w srode rano fontanna byla odlaczona od pradu. w czwartek i piatek to samo! :)

Pan od fontanny zaczal ja na noc wylaczac. Bardzo ladnie. :D Szkoda tylko, ze nie dazylam pstryknac bezczelnego zdjecia, zeby pokazac, jak ona wyglada, ale coz.. ciesze sie, ze ta odrobina niepotrzebnie marnowanej energii zostala oszczedzona..

A w temacie mocy sprawczej, to... chce dostac 100 milionow funtow! obiecuje, ze dobrze wykorzystam, czescia sie podziele, i ze nie rozwale wszystkiego na glupoty! ;P

 100 milionow, 100 milionow, 100 milionow, 100 milionow, 100 milionow ...

albo chociaz 10.. halooo... ;)
lubu dubu, lubu dubu, niech nam zyje.. czy ktos tam slucha??? ;)

Wednesday, 12 June 2013

cheer up, Miss

wyszlam z pracy.
nabuzowana szlam do pociagu.
w glowie ukladalam liste zadan na nastepny dzien.
zadanie po zadaniu, mysl po mysli; co zrobione, co nie zrobione, co mozna olac (zdepriorytetyzowac ;) ), a co trzeba przeniesc na dzien kolejny.
przy okazji zadan przemysliwalam na szybko kilka zawodowych zgrzytow.. milam racje, czy nie mialam racji.. mialam!

planujaca i analizujaca czastka tlumu maszerujacego ku kilkugodzinnej wolnosci od biura.. nikt mnie nie wyprzedzal, bo chodze dosc szybko, za to z naprzeciwka podchodzili i mijali mnie ludzie, skupieni, jak ja, maszerujacy w przeciwnym kierunku.. garnitury, sukienki, aktowki, torby z latopami, zolta kamizelka robotnika drogowego i znienacka usmiechniety z niedowierzaniem glos:

"cheer up, miss"

("rozpogodz sie, panienko"..? rozczmuchaj, usmiechnij - nawet nie potrafie tego dokladnie przetlumaczyc!) i usmiech od ucha do ucha, umiejscowiony nad zolta kamizelka..

usmiechnelam sie zwrotnie jeszcze szerzej - z zaskoczenia zostalam wyrwana z mojego analitycznego swiata, pelnego zlosci na niekompetencje kolegi, zlosci na ograniczane mozliwosci skutecznej pracy i na podnoszone wskazniki i oczekiwania, zlosci na przedluzajace sie godziny pracy, na potrzebe ukrywania, ze gdyby nie rachunki, to wiekszosci z nas by tam juz nie bylo, na potrzebe mowienia, ze rodzine chce sie zalozyc dopiero za kilka lat, na potrzebe udawania, ze pomimo choroby chce sie przychodzic do pracy, a nie, ze sie przychodzi, bo tego wymaga pracodawca..

..jaka ja musialam miec mine, skoro obcy czlowiek na ulicy zaczepil mnie, zebym sie rozpogodzila!!!?? ;)

i znienacka zrozumialam, ze to, czy ten swiat bedzie nieoddzielna czastka mnie, czy tez bedzie zostawal za obrotowymi drzwiami i bramkami ochrony kolejnego szklanego biurowca, zalezy tylko ode mnie.. to ja decyduje, ile czasu bede go w sobie nosic.. mam wolnosc decyzji.. mam wolnosc..

usmiech, przez chwile szeroki i spontaniczny, potem nienaturalny, powoli zaczal uspokajac sie na mojej twarzy..

i poczulam napiecie schodzace ze skutych miesni ramion.. przyciasna kamizelka gotowosci do walki zaczela zsuwac sie z mojej klatki piersiowej... odetchnelam z ulga..

cheer up, miss! ;) ...

chce te chwile i  te slowa zapamietac na zawsze...


Tuesday, 11 June 2013

fontanna

niedawno na jednym z biurek w pracy pojawila sie fontanna.. takie niewielkie, plastikowe, udajace gline cos.. w zasadzie nawet nie fontanna tylko system naczyn pompujacych wode do gory, a potem kaskadami przelewajacy ja w dol.

i tak mnie zastanawialo, co za czlowiek (co za pinda, myslalam! ) przyniosla se do pracy fontanne!??
do pracy na 15 pietrze biurowca w jdnej z najwazniejszych korporacyjnych i bankowych dzielnic swiata, plastikowa miniaturke ogrodowej fontanienki!

i w dodatku zostawia ja na noc wlaczona, jakby nie istnialo globalne ocieplenie, zblizajacy sie za jakis czas kryzys energetyczny lub co najmniej dziesiatki maili z prosbami, zeby zachowywac sie zielono i kilka razy przemyslec, zanim ie cokolwiek wydrukuje, bo szkoda i papieru i pradu..

jako, ze pracuje w firmie bardzo miedzynarodowej i miedzykontynentalnej, to nawet zastanawialam sie, ze moze to ma jakies znaczenie religijne lub filozoficzne, ze tak komus ta woda na biorku ciurka..?
co by nie bylo, mozne te filozofie na noc wylaczyc, nie?

***
wczoraj, jak zwykle przechodzilam kolo biurka z fontanna i o malo nie dostalam czkawki z zaskoczenia! pinda okazala sie mezczyzna! i tu chyba wychodzi ze mnie szowinistka i jakis rodzaj mizogenizmu..
za diabla nie moge pojac, dlaczego myslalam, ze te fontanienke sobie przytargala do pracy jakas natchniona lub szukajaca uwagi kobieta - nie mam pojecia.. ale wciaz, pomimo zrewidowania wszelkich mozliwych schematow myslowych, stereotypow, itp, starszawy facet mi do biurowej fontanny nie pasuje!

i w sumie nie mam nic przeciwko tandetnym fontannom w miejscu zawodowym - niech kazdy sobie ma na biurku cokolwiek go cieszy, ale ten zuzywany niepotrzebnie prad mi nie daje spokoju.. no przeciez jak tak mozna??!! to jest XXI wiek i juz mamy swiadomosc tego, ze zasoby, ktore nam uprzyjemniaja zycie nie sa niewyczerpalne!!!

chyba po prostu zaczne te fontanne wylaczac przez wyjsciem z pracy. moze po kilku razach facet zalapie, ze chyba cos jednak jest nie tak..?

i glupia mysl, ale zaloze sie, ze ten facet wstawia pol pelna pralke na dlugi program! ;)




Friday, 31 May 2013

kiedy czuje, jak jestem daleko

..nie czuje, ze jestem daleko, bo nie spedzam czasu z rodzina.. pije kawe, jem kolacje, gadam podczas dnia z Rodzicami na skypie.. chyba jestesmy blizej niz kiedy mieszkalam 240 kilometrow od Puszczy..

..nie czuje, ze jestem daleko, jak sie dzieje cos dobrego i sie mozna z tego razem cieszyc - skype lub telefon zalatwiaja spontaniczne wybuchy radosci...

czuje, ze jestem daleko, kiedy trzeba w ciszy i skupieniu byc blisko i po prostu milczec.. 



wczoraj rano moja Babcia sie nie obudzila.. 
wczoraj w nocy moi najblizsi czuwali przy Babci okazujac jej szacunek po raz ostatni i ostateczny.. nie bylo mnie tam z nimi..  
dzis rano nie wyprowadzalam z nimi Babci z domu i nie milczalam z nimi w cerkwi.. nie pomagalam podczas obiadu, dla przyjaciol, ktorzy przyszli na pogrzeb Babci..

i nie ma mnie tam dzis wieczorem, kiedy wszyscy zaczynaja zasypiac zmeczeni wczorajszym calonocnym czuwaniem...

pomimo wynalazkow wspolczego swiata te kilka tysiecy kilometrow okazalo sie bariera zbyt trudna do pokonania w kilka godzin.. nawet w prawie 24 godziny.. i co dziwne, to ostatnie 240 kilometrow stalo sie najwiekszym problemem..



i mam nadzieje, ze moja Babcia, zachwycona czuwaniem i wyprowadzeniem z domu, a potem piekna masza cerkiewna, pogrzebem i obiadem, na ktorym zgromadzili sie wszyscy synowie, rodzina i przyjaciele, slyszala moje ciche mysli lecace do niej z tego, jakze dzis nieistotnego, swiata, w ktorym zdecydowalam sie zyc...

Tuesday, 28 May 2013

bigos..

Bigosik dzis gotuje weganski.

Tak, jak mnie rzadko na gotowanie nachodzi, tak mnie dzisiaj naszlo. Przytargalam bialej kapusty, kiszona mialam w lodowce, suszone warzywa, przecier pomidorowy, przyprawy i magiczny skladnik, bez ktorego bigos smakuje zwykla gotowana kapusta...

...suszone puszczanskie grzyby.. Grzyby pachnace dziadkowymi skarpetkami (nie pytajcie mnie skad wiem, jak pachnialy skarpetki dziadka! ;) ), grzyby wolne i nieujarzmione, jak dziki zwierz z bialowieskich ostepow..

Wstawilam bigos na 2 godziny, wylaczylam, poszlam pobiegac, wrocilam i wstawilam ponownie.. Bigos bulgocze w garnku, Bibsztyl chrapie na sofie (a moze chrapie na kanapie! ;) ), a ja czytam blogi poswiecone minimalistycznemu podejsciu do zycia w tym maksymalistycznym komercyjnym swiecie i wdycham zapach jednego z najpiekniejszych slowianskich dziedzictw, przekazywanego mlodym przez nieskonczona ilosc pokolen... i jakos mnie tak rozrzwnilo tym bigosem, minimalizmem i odglosami w tle..

I tak go gotuje sobie, bigosa ze skladnikow podstawowych, i sie ciesze procesem, progresem i swiadomoscia zblizajacego sie celu..

I chyba wlasnie wpadam w bigosowy zen..

...w taki spokojny bigosowy blogostan, zeby bardziej po naszemu..


Sunday, 26 May 2013

bieganie i haluksy..

pomyslalam, ze czas na update (aktualizacje) w sprawie nieszczesnych haluksow..

wiec.. odkad moczylam stopy w wywarze z selera, prawie w ogole odstawilam produkty mleczne, sery, jogurty itp.. i lykalam (przez miesiac) tabletki z magnezem, moje haluksy przestaly bolec i rosnac..

Nawet powrot do biegania (odpukac!) im nie zaszkodzil...

Logika, dla tych, ktorzy nie maja tyle cierpliwosci i desperacji, zeby doszukac sami, jest taka:

Medycyna naturalna i szkoly jogi (czyli madycyna hinduska) laczy powstawanie haluksow (zwyrodnialych stawow) miedzy innymi z odkladajacym sie w tych stawach wapniem. Wapn, jest niezbedny dla zdrowych kosci i to wlasnie kosci powinny wchlaniac wapn. Tymczasem nie zawsze tak sie dzieje...

Kultura zachodnia, do ktorej Polska i Wielka Brytania sie wlaczaja, ma najwyzsze naswiecie spozycie wapnia w postaci nabialu. Serki i jogurciki az piszcza na polkach sklepowych, autobusy jezdza wyplakatowane gwiazdami reklamujacymi picie mleka, a tymczasem... poziom osteoporozy (odwapnienia kosci) jest najwyzszy na swiecie i wciaz wazrasta!!!

I tu jest ukryta przykra sprawa. Przykra i prosta. Wszelkie cuda mleczne ktore jemu i pijemy sa obrabiane, procesowane, pasteryzowane itp.. te procesy zaburzaja proporcje, ktore w mleku prosto od krowy, owcy, czy tez naszych wlasnych Mam, byly idealne.

Jedna ze szkod, ktora wyrzadzaja procesy przetwarzania mleka jest redukacja pziomu magnezu (poprzez np. pasteryzacje), a... a jesli nie ma magnezu, to wapn sie nie wchlania!!!

Skoro sie nie wchlania, to co sie z nim dzieje? ODKLADA SIE.. Gzie? Gdzie popadnie.. najszybciej w stawach.

I dlatego haluksy zazwyczaj zaczynaja rosnac pod koniec lata, ktore tradycyjnie jest najbardziej nabialowo obciazonym okresem w roku..

Wiec.. na podstawie moich poszukiwan odpowiedzi na pytanie, jak zahamowac wzrost haluksow i na podstawie moich testow na sobie samej naprawde odradzam jedzenie jogurtow i picie mleka ze sklepu.. Jesli ktos naprawde kocha mleko, to mozna takie prosto od krowy. To najbezpieczniejsza opcja..

Podsumowujac..

Wrocilam do regularnego biegania i od czasu do czasu (jak mi sie chce! ;) ) chodze w butach na wysokich obcasach, a moje haluksy nie bola!

Nie bola i nie rosna! Juuuhuuuu!!!! :D

:)

PS. W dodatku, zeby obalic jszcze jeden mit - 3 dentystow mi powiedzialo, ze mleko nie ma nic wspolnego ze wzmocnieniem zebow u ludzi doroslych!. Jesli zeby sa slabe, to jogurty ich nie wzmocnia..

Saturday, 18 May 2013

Swanage... male miasteczko na poludniu Anglii i wycieczka ku klifom na koncu swiata..


Cicha zatoka na poludniu iu Anglii..


 Dramatyczne klify z przeswitami
i  bardzo silny wiatr... dokladnie na koncu swiata.. dalej juz pojsc nie mozna ;)
wiatr tak silny, ze wejscie na te sciezke byloby objawem glupoty, a nie odwagi...


...tak jakos chcialam pokazac kawalek tego pieknego kraju, gdzie zjawiskowa natura opiera sie wplywowi przeludnienia..









I Swanage... ladne, ciche miasteczko z ciekawym wybrzezem, kosciolami i pubami...

Saturday, 11 May 2013

zen


szukam stanu zen..
szukam momentu, kiedy po otwarciu oczu poczuje, ze to tu i teraz..

wiem, ze go znajde, wiem nawet, gdzie szukac.. wiem, ze jestem juz blisko.. :))

oczyszczam swoja przestrzen..

wyrzucilam za male i za duze stare ubrania z dziurami - wiem, brzmi smiesznie, ale ja wiekszosc z nich lubilam, wiec trzymalam na "lepsze" czasy.. ;)

wyrzucilam tony niepotrzebnych papierow i starych dokumentow...

uporzadkowalam diete.. na razie jeszcze cierpie, ale wiem, ze pierwsze dni zdrowego jedzenia zawsze bola.. ;) moje cialo krzyczy, ze  chce jesc smieci.. glosno krzyczy..
za kilka dni zamilknie i znow zlapie w skrzydla te fizyczna bryze energii i  radosc ze swiadomosci, ze czuje sie lepiej! :)

jeszcze tylko do biegania chce wrocic, zeby dojsc do stanu, w ktorym bylam jeszcze pod koniec listopada zeszlego roku... wrocic do mojej mantry... zdrowe odzywianie i ruch znow uleczna mnie ze wszystkiego.. otworza niewidoczne drzwi.. bede zdrowa, silna, sprawna, spokojna.. 

a potem postawie kolejny krok.. nawet juz wiem, w ktora strone..

czy to tylko ja tak mam, czy wszyscy zabieraja sie teraz za porzadkowanie swojego swiata?

:)

Tuesday, 23 April 2013

laska


moje oczy..

pierwsze okulary dostalam w wieku 13 lat, do czytania z tablicy. potem byly kolejne i kolejne.. i szkla kontaktowe i zmeczone od nich oczy... i okulary uniemozliwiajace noszenie okularow przeciwslonecznych latem..  i wieczne planowanie, co bede robic.. bo jesli dzien bedzie dluzszy, to nawet nie ma co zakladac szkiel, bo zanim spotkam sie ze znajomymi, oczy mi wyschna na wior, ale jesli sloneczny, lub w gre wchozi jakakolwiek woda (rzeka, jezioro, morze, wakacje?), to przeciez szkla to jedyne sensowne wyjscie..

i nieswiadome poprawianie okularow na nosie mimika twarzy, ktore w liceum podlapala ode mnie A...

pojutrze mam operacje oczu..

mam nadzieje, ze jak ponad 99% pacjentow, po operacji bede widziala idealnie..

i troche sie boje, ze cos pojdzie nie tak, i ze laser nie naprawi skutecznie niedzialajacych nieznanych mi obszarow moich oczu..
ale bardziej boje sie tego, ze okulary znikna z mojego zycia totalnie...
ja sie sobie nawet snie w okularach. poprawiam je nawet, kiedy ich nie mam na nosie. ich znikniecie bedzie zmiana glebsza, niz srodowiskowa, a przeciez nawet nowa fryzura, czy kolor kurtki moze zmienic zycie..

kim bedzie laska bez okularow? czy ja ja poznam? czy polubie?

jestem gotowa na to wyzwanie. ;)
niech sie dzieje!

:)



Wednesday, 17 April 2013

piekno i reklama


Eksperyment

Kilka wybranych kobiet poproszono o wejscie do pokoju, gdzie za zaslona siedzial portrecista. Rysownik zadawal pytania na temat ich wygladu. Na podstawie odpowiedzi szkicowal ich portrety...

Pozniej do pokoju zapraszano osoby, ktore sie z poprzednimi portretowanymi "zaprzyjaznily" czekajac na sesje.. Te osoby pytano o wyglad poprzednich i na podstawie ich opisow rowniez rysowano portrety..

Portrety rysowane na podstawie opisow wlasnych byly brzydsze, niz te stworzone na podstawie osob postronnych.. Nie odkrywa to zadnej nieznanej prawdy, ale po raz kolejny porusza wazny temat ustopercepcji... Piekne i dajace do myslenia..

I gdyby to jeszcze nie byla reklama Dove, ktore testuje kosmetyki na zwierzetach i do reklam kremow uzywa nastolatek.. Ech.. Piep... komercja.. Nawet jak pokazuja cos prawdziwego, noz sie w kieszeni otwiera..

Tu wersja angielska eksperymentu..

Czy myslisz, ze jestes piekniejsza, niz mowisz...?

A tu moj przemadrzaly przekaz, ktory biore sobie samej do serca...
Parzmy na siebie, jakbysmy patrzyli na naszych przyjaciol..

Drobnych niedociagniec sie i nich nie widzi, lub po prostu nie zwraca sie na nie uwagi, prawda.? bo przeciez tyle w nich piekna..
i nie chodzi mi tu o urode..
:)

Monday, 15 April 2013

Malpa w metrze

Londynskie metro, kobieta kolo 50tki wchodzi do pociagu. Staje przy rurce i zaczyna grzebac w ogromnej torebce, pociag ruszyl. Kobieta o malo sie nie przewrocila...

Siedzacy trzy siedzenia dalej chlopak (tak na oko, to buzia miala ze 13 lat) blyskawicznie ruszyl sie z zaklopotaniem.. jako jedyny zreszta.. Wstal i zaproponowal kobiecie miejsce. Kobieta, z lekkim zazenowaniem spytala, czy na pewno, co chlopca zarumienilo jeszcze bardziej. Chlopca, ktoremu siegala do pachy, bo niezaleznie od dziecinnej buzi mial chyba z metr osiemdziesiat wzrostu!

Kobieta podziekowala, usiadla, wyciagnela ipada z torby i wlozyla sluchawki w uszy.. Przymknela oczy..

Chlopak odwrocil sie do mnie tylem.. Na duzym szkolnym plecakiem wisiala czapka, ksztaltem przypominajaca ciasny kaptur.. pluszowa glowa malpki..

I nie mam tu zadnej mysli przewodniej, ale usmiechalam sie wtedy i usmiecham teraz do tej sceny...
:)

Monday, 8 April 2013

przyplywy, zrywy i porywy...

nachodza mnie ostatnio zrywy potrzeby pisania.. a potem robi sie cisza.. i ciagly ped i niepokoj i potrzeba odprezenia sie pisaniem, a potem glucha niemoc..
zrzucam to na karb stresu, ktorym w miare dobrze zarzadzam, o ile o jakimkolwiek zarzadzaniu mozna mowic, skoro stres w ogole zaistnial..

i z jednej strony biegam, jak szalona, duzo i stresujaco pracuje, zalatwiam otwarcia/zamkniecia wielu spraw, transakcje finansowe, planuje kupno wlasnego kata, wakacje wyczekiwane od wrzesnia 2011.. 
a zaraz potem, zeby sie odprezyc czytam ZenHabits

i nie wiem jaki to ma sens..
i nie wiem, czy ktokolwiek wie, a jednak trudno wyrwac sie z wirujacego kolowrotka, dopoki czlowiek nie ma dachu nad glowa.. a potem bedzie splacanie tego dachu, potem moze dzieci, itd, itp, itd... 

i jak tu nie zwariowac...?

jesli ktos ma pomysl - poprosze o podpowiedz.. z korporacyjnym rozpedem (sic!) zbiore sie za wcielanie go w zycie..

Tuesday, 19 March 2013

Wariatka

Ale szum, ale tłum
Czarna noc, biały rum,
Złote stosy pomarańczy.
Dudni dom dana da
Jak zabawa to zaba...
I wariatka dzisiaj tańczy.

Kto tu wlazł, ten tu Pan?
Jeszcze łyk jeszcze dzban!
I dzieciaków nikt nie niańczy.
Każdy ma na coś chęć,
Bo zabawa jest na pięć,
I wariatka jeszcze tańczy.

Szalona wiruje chusta
Szalone wirują usta
Otkaczałka, wariatka, ech
Nie patrzy do lustra

Czerwona na niej sukienka
Czerwona w sercu udręka
Otkaczałka, wariatka, ech
Przed losem nie klęka

Wódka już jeży włos.
Ej do bab, ej do kos!
Kto powiedział, że wystarczy?
Jeden już nie chce żyć,
Na ostatek prosi pić,
A wariatka jeszcze tańczy.

Taką to by na stos!
Na co jej durny los?!
Dajcie chłopcy ten kagańczyk!
Warkocz jej płonie już,
Dookoła złoty kurz,
A wariatka jeszcze tańczy.
Szalona wiruje chusta...

(Wariatka tanczy; Agnieszka Osiecka)

to wykonanie trzeba uslyszec w Piwnicy u Pana Michala na warszawskiej Starowce..
inna akustyka, lepsza niz na nagraniu jakosc dzwieku..

nie mialam czerwonej sukienki, ale przez jakies 2-3 lata te dzwieki miotaly mna pomiedzy krzeslami zapelnionej po brzegi sali.. i wciaz miotaja, choc juz nie tam.. :)

i jakos niezmiennie na mysl o wariatce przypomina mi sie wirujaca w rumunskiej piwnicy cyganka z powiesci Paolo Coelho "Czarownica z Portobelo" i jej krzyk: "Pochowajcie mnie na stojaco, bo cale zycie przezylam na kolanach!".. i cisza, ktora zapanowala po tym krzyku...

Monday, 18 March 2013

Sloneczniki Van Gogh'a

Kilka lat zycia dane mi bylo spedzic bllisko z Ewa.. ta znajomosc rozeszla sie - do dzis nie wiem dlaczego.. jakos tak.. ale cieplo zostalo.
Ewa kochala sloneczniki - perfumy i Sloneczniki Van Gogh'a.

Pare lat po rozpadzie tej przyjazni znalazlam sie w Londynie. W National Gallery szlam przez sale impresjonistow. Kiedy przystanelam na chwile, zeby spojrzec z daleka na obraz przede mna, zaczelam czuc cieplo uderzajace w moja twarz z lewej strony. Taja magiczna chwila - jedna z wielu, ktorych doznajmy w zyciu - przyciemniona sala, szepczacy ludzie, piekne obrazy na scianach i .. znienacka cieplo, energia ogrzewajaca lewy policzek, jakby ktos na mnie patzryl. Odwrocilam w lewo twarz.
Stalam na wysokosci ogromnego przejscia do drugiego pomieszczenia, a dokladnie na osi mojego ciala wisialy Sloneczniki. Sloneczniki Van Gogh'a. Jakkolwiek pretensjonalnie to nie zabrzmi zaczelam do nich isc z oczami pelnymi zoltego zachwytu.. W miare zblizania sie - oczami wilgotniejacymi od wzruszenia. Nie wiem, co jest w tym obrazie. Jest po prostu magiczny. Imponujacy i obezwladniajacy..
...jak choroba psychiczna, z ktora Van Gogh walczyl przez wiekszosc zycia.. W filmie The power of Art - Van Gogh, ktory obejrzalam przed chwila (dostepny na youtube) powiedziano, ze pomiedzy atakami choroby Van Gogh widzial swiat w najbardziej nasycony, wyrazny sposob. Tworzenie stalo sie czescia terapii. I ogromna frustracja, bo Van Gogh czul, ze tworzy dziela prawdziwe, moze nawet wielkie, a nikt ich nie chcial kupowac..

Van Gogh rozkochany w kolorze i teksturze, odchodzacy w ataki choroby i wracajacy z nich, zeby tworzyc dziela warte dzis sumy niebotyczne..

Po Van Gogh'u zostalo ponad 800 obrazow.

Chcialabym moc zobaczyc je wszystkie, w porzadku chronologicznym. Przejsc od dumy i radosci, poprzez zalamanie, melancholie i chorobe psychiczna, az do smierci. I pochlic przed mistrzem glowe..

moje 2 ukochane obrazy ze slonecznikowej serii ..





i mniej slynny "jedzacy ziemniaki".. mniej slynny, choc rownie magiczny.. jeszcze sprzed czasow, kiedy Van Gogh rozkochal sie w kolorze..

Monday, 4 March 2013


Od tygodnia spogladam na kolezanke siedzaca naprzeciwko.
Slysze westchnienia, widze, ze od czasu do czasu jej wzrok gubi punkt zaczepienia w tym swiecie.. 
Cos sie dzieje. 
Cos ciezkiego.

Dzis przylapalam ja zapatrzona gdzies daleko w swiat za oknem..  Zauwazyla, ze skupilam na niej wzrok wzdrygnela sie i z powazna mina i wciaz jeszcze nieobecnym wzrokiem powiedziala: Piekny widok prawda…? Tak sie wlasnie zastanawiam, jak bardzo na codzien sie nie docenia, ze sie pracuje w tak pieknym miejscu. 

Spojrzalam za okno i powiedzialam: Tak..


A rozswietlony swiat za oknem wygladal, jakby go ktos lekko posypal popiolem...







Sunday, 3 March 2013

salatka owocowa

owoce w moim wykonaniu to jablka. czasami dla odmiany kupuje brzoskwinie lub nektarynki, czasami jakiegos melona czy ananasa, ale generalnie, codziennie jem jablka.

w sobote zostalam zaproszona na rolowanie sushi, a ze bylo to w dzielnicy, w ktorej mieszka wiecznie narzekajaca na slabe w porownaniu z Berlinem zycie socjalne Katrin, postanowilam umowic sie z nia na kawe, po drodze do "suszarni".

z kawy zrobil sie lunch, bo Katrin zaparla sie na calego, ze bedzie jej super przyjemnie, jezeli bedzie dla mnie mogla cos ugotowac. :)
no jezeli gotowanie dla mnie sprawi jej az taka przyjemnosc, to przeciez nie moglam sie dlugo opierac... ;)
udalo mi sie wynegocjowac tylko tyle, ze to ja zorganizuje deser.

po drodze do Katrin, w sklepie, lazilam pomiedzy namietnie necacymi lodami i czekoladami.. i choc rece mi drzaly na ich widok, w glowie panowal spokoj! ani to zdrowe, ani naprawde dobre (ostatni raz, po pierwszych kilku lyzkach, kiedy moje zapotrzebowanie na zywy cukier spadlo, w smaku zaczelam czuc cos tlustego i mdlego i, o zgrozo!, nie dokonczylam pollitrowego kubla, ktory kilka miesiecy temu  wchlonelabym bez mrugniecia okiem ;) ), ani weganskie! i choc na sobote dalam sobie totalna dyspense z weganizmu, jakos czulam, ze ilosc przeprocesowanego poddanego kilkunastu odmleczajacym obrobkom zawartego w nich mleka mi nie odpowiada. ufff.. bosko! widac juz  przystosowala mi sie glowa do mysli, ze jak poslodzone, odtluszczone, spulchnione i bezmleczno-mleczne, to jednak raczej nie! :)

no dobrze, ale jak nie to, to co?

i wtedy mnie olsnilo!

kilka razy w zyciu jadnam salatke owocowa, ale nigdy nie zrobilam jej sama. bedzie okazja potrenowac. :)

kupilam jablko, banana, mango, mandarynke i mala mieszanke orzechow i suszonych owocow. po dotarciu do Katrin szybko wszystko pokroilam i zostawilam w misce na czas obiadu, zeby puscilo soki. zanim dokonczylysmy pyszny lunch przygotowany przez Katrin, salatka byla gotowa i byla tak pyszna, ze pomimo rodzinnej porcji (okazalo sie, ze 4 owoce to za duzo na 2 osoby) nie moglysmy jej przestac jesc! :D

dzis powtorzylam eksperynemt: pol starego jablka, kawalek melona, ktory od tygodnia dojrzewal na oknie, swieza mandarynka i troche jagod kupionych na bazarku w ramach niedzielnego dogadzania sobie.

ja wiem, ze to brzmi smiesznie, ale to po prostu eksplozja smaku i witamin. z kazda kolejna lyzka pakowana do buzi czulam, jak moje szare komorki zaczynaly szybciej pracowac, a moje cialo budzilo sie do radosnej lekkosci i checi dzialania...

zakladam biale szaty i ruszam przez swiat glosic dobra nowine: jedzcie ludzie salatki owocowe! sa bossskie! :D

Wednesday, 20 February 2013

spotkanie trzeciego stopnia

czasami w taki sposob zaczynaja sie historie dlugich interesujacych znajomosci
czasami dokaldnie tak zaczynaja sie hitorie krotkie
a czasem zadne

wczoraj rano, na kilka metrow przed bramkami prowadzacymi do wind targajacych zaspane glowy na wysokie pietra mojego pracowego wiezowca, w obrebie mojego wzroku pojawila sie sylwetka z walizka..

i dokladnie tak, jak mija sie wielu ludzi bez zwrocenia na nich najmniejszej uwagi (ba! czasami znajomych sie nie zauwaza na ulicy!), tak ta sylwetka w moim swiecie zaistniala.
wysoki mezczyzna z walizka, stojacy na srodku ogromnego holu, gdzie czasami dokanczam poranny telefon z Lasiczka, po czym pomykam ku bramkom i daje sie polknac potworowi, ktory wypluwa mnie, przerzuta, kilkanascie godzin pozniej..

po przejsciu przez bramki uslyszalam glos ochroniarza mowiacego: "nie! z walizka prosze dookola! przepisy BHP! bramka sie moze z Panem zablokowac!" - usmiechnelam sie do siebie. ;)

wchodzac do windy, wcisnelam rutynowy guzik, drzwi zaczely sie zamykac.. jakies pol metra od upragnionej ostatniej minuty samotnosci i ciszy uslyszalam zblizajace sie ku windzie kroki.. secunda trzepotu mysli.. no nie.. nie zrobie tego czlowiekowi rano - malo co nie przycial sie w bramce - nalezy mu sie ludzki gest..

otworzylam drzwi. facet wszedl, kiwnal glowa, drzwi sie zamknely, winda ruszyla..

nie wcisnal zadnego pietra...?

Porannie, grzecznie spytalam po angielsku:
- Na ktore pietro?
- Na Xnaste
- (na moje??) ??
- Pracuje w Firmie, tylko zadko tu bywam, bo moja lokalizacja to Inne Miasto..
- Inne Miasto? Ten projekt???? :o (w Innym Miescie jest tylko jeden, MOJ projekt!!!)
- Tak.., pracuje na Tym projekcie..
- Ja tez! Ja na Ten projekt .... bla bla bla...

2 zdania pozniej Mezczyzna wyciagnal dlon: Bartosz.
- Agnieszka... :D

malo, ze nie wiedzialam, ze pracuja tam jacykolwiek Polacy, to w dodatku okazalo sie, ze bedziemy na pewnych plaszczyznach ze soba troche wspolpracowac. :)
po poludniu spotkalismy sie, zeby troche porozmawiac o projekcie. fajny czlowiek.

warto bylo zrezygnowac z kojacej chwili samotnosci w windzie i, po ludzku, przytrzymac drzwi nieznajomemu.


PS. tesknie za bieganiem... juz niedlugo..









Sunday, 17 February 2013

bilet do nieba

bylam dzis w Lewisham, ktore jest dzielnica... hmmm... interesujaca.. niezbyt bogata, niezbyt wyksztalcona.. stosunek zasilkow do ludzi pracujacych na pewno jest tam wyzszy niz w standardowych dzielnicach Londynu..

na srodku Lewisham w soboty odbywa sie market.
srzedawcy warzyw na bazarze wykrzykiwali (naprawde glosno, modulujac frazy) dziwne halsa majace odciagnac kupujacych od miski burakow za funta na sasiednim kramie i przyciagnc do miski burakow za funta na ich kramie..
inni ludzie, z bibliami w dloniach, pokrzykiwali, zeby kochac ich boga, bo i on przeciez nas wszystkich kocha... jeszcze inni ludzie nawolywali przechodzacych do wsparcia protestu przeciwko zamknieciu izby wypadkow i chorob naglych w lokalnym szpitalu.

..i tak mnie jakos meczy, ze nie podeszlam do tych, co egoistycznie zarabiaja na wlasny bilet do nieba i nie powiedzialam im, ze jesli dolacza do tej drugiej grupy, to im szansa na niebiosa wzrosnie..

*** i tu mozna przestac czytac...
**** a tu dodatek..

niestety pozniej Bibsztyl mnie wyprowadzil z pomylkowego myslenia o egoistyzcnym, ale jednak akceptowalnym pomysle zarabiania na bilet do nieba.. Ci krzyczacy zazwyczaj naleza do ktoregos z wielu malych kosciolow odlamowych, ktorych, prawda, w okolicach Lewisham mnostwo.. oni nie na bilet do nieba zarabiaja.. oni zarabiaja po prostu.. ogladam dzis w internecie filmiki z ksiezami takich kosciolow, ktorzy z roznych powodow zdecydowali sie opowiedziec, jak to sie na wiernych zarabia audycjami radiowymi.. pelen pasji glos: "jesli kochasz Chrystusa zasadz ziarenko milosci, Chrystus odda Ci je z nadwyzka w ciagu 5 tygodni.. John wyslal 10 dolarow, 7 dni pozniej wygral 300 na loterii, Anna zasadzila ziarenko 50 dolarow i 4 tygodnie pozniej dostala nieoczekiwany spadek po ciotce, ktorej nie znala.. jesli kochasz Chrystusa otworz portfer teraz, jest w nim 10ciodolarowka? jezeli jest to zadadz ziarenko milosci, a Pan Ci zwroci milosc z nawiazka..."

Ci ksieza dobrze wiedza, co robia.. statystycznie takiej audycji slucha 5000 osob, 500 zajrzy do portfela, 400 bedzie mialo 10ciodolarowke, 200 "zasadzi zierenko milosci". 15 minut namietnej audycji w malej koscielnej rozglosni, 2000 dolarow na koncie.
w d.. lokalny szpital i ratowanie innych, w d.. niebo, zrobmy sobie niebo na ziemi, z Chrystusem na ustach.. "My Lord loves you, Maam.."

**** a jesli ktos sie zniesmaczyl druga czescia wpisu, to moze wrocic do pierwszej i pozostawic sprawe na moim naiwnym komentrzu.. Lewisham to dzielnica socjalnych dziwow. ;)


Sunday, 10 February 2013

"Co z tym swiatem?"

czytam swietna ksiazke..

skomponowana z wywiadow rozmowe dziennikarki "Zwierciadla" Renaty Rudzikowskiej z Wojciechem Eichelbergerem..

rozmowe o traktowaniu kobiet i ziemi przez wspolczesny swiat, o jedzeniu miesa, o chorobach i depresjach, o agresji w szkolach, o nieustannej walce, ktora stalo sie nasze zycie..
walce o wartosci, ktore sa dla nas nienaturalne, wiec zamiast spokoju i satysfakcji, przynosza jeszcze wieksza depresje, niepokoj i samotnosc..

polecam...

interesujaca dyskuja.. niezaleznie od tego, czy czytajac kiwamy przytakujaco glowa, czy nie zgadzamy sie z pogladami rozmowcow, na pewno ksiazka jest swietnym powodem, zeby po raz kolejny przemyslec, co jest dla nas wazne i czy pilnujemy, zeby te przewodnie wartosci odzwierciedlac w naszym zyciu codziennym..

a to w XXI wieku, w swiecie korporacji, agresywnego kapitalizmu i zerowego bezpieczenstwa socjalnego, bardzo trudna sztuka...

Thursday, 31 January 2013

dzidzius

Dla zrownowazenia wczorajszego ladunku emocjonalnego, zeby na dzis zapanowal usmiech..
Po prostu zakochalam sie w tym gorylatku..

Niedawno urodzone gorylatko reagujace na zimno stetoskopu podczas swojego pierwszego badania w zoo w Melbern.

Rozplynelam sie ze wzruszenia tak, ze juz mi polamany palec nie przeszkadza.. I taka rozplynieta bede sie teraz przelewac po swiecie kaluza czulosci... bez uzywania nog.. ;)

Spojrzcie na te malutkie raczki zacisniete z zimna na palcu doktora! ;)



Zdjecie znalezione na grupie True Activist na facebooku. Oryginalny podpis: A newborn baby gorilla at Melbourne Zoo gets a checkup at the hospital and shows surprise at the coldness of the stethoscope.

:D

Wednesday, 30 January 2013

inspiracja byc

stala sie tragedia na miare wszechswiata..

we wtorek rano, na wpol jeszcze spiaca, szlam do lazienki i kopnelam ciezki metalowy przedmiot na podlodze, lezacy w waskim przejsciu, w miejscu, gdzie go nie powinno byc..

po kilku godzinach okladania stopy pod biurkiem torebka z lodem opuchlizna wokol najmniejszego palca przestala sie powiekszac.. kiedy poszlam do lazienki sprawdzic, czy palec sie wciaz zgina, w przeciwienstwie do porannego sprawdzania, uslyszalam i poczulam chrupanie.. 3 godziny pozniej lekarz potwierdzil diagnoze - zlamany, jak nic.

trzeba plastrem przykleic do sasiada/kumpla i za 6-8 tygodni bedzie dobrze.

na chwile zawalil sie moj swiat. moj maraton..
moj wymarzony i juz zaplanowany maraton...  w moim wymarzonym, dokladnie rozplanowanym na treningi czasie sie juz nie stanie.
przynajmniej nie w tym roku.. a to oznacza, ze czwarty rok pod rzad nie uda mi sie spelnic tego samego magicznego marzenia..

juz sie z tego zawalonego swiata troche wygrzebalam, ale wciaz mnie nekaja bole w duszy.. BB powiedzial dzisiaj, ze jestem negatywna i ze on nie lubi podejscia, gdzie zamiast szukania rozwiazania robi sie z czegos ogromna tragedie..
ja nie do konca to rozumiem, bo rozwiazania szukam, dopytuje wysluzonych biegaczy o inne mozliwosci treningow, ale wszystko wskazuje na to, ze jednak tego maratonu, w tym czasie nie uda mi sie zrobic.. marzeniem/planem/postanowieniem nie byl jakikolwiek maraton w jakimkolwiek czasie. mial to byc maraton Szekspira przebiegniety ponizej 4 godzin, na angielskiej wsi, z twarza oslonieta daszkiem czapki od letniego juz prawie slonca, z plucami wypelnionymi swierzym powietrzem.
czy powiedzienie, ze to marzenie upadlo i sie nie spelni to bycie negatywnym? to realizm w moim odczuciu.
bylo ono konkretnie okreslone czasowo i geograficznie. jesli sie nie dokona, to koniec. jest nie spelnione.

BB powiedzial, ze nie szukam pozytywow.. cozz.... zlamany palec w stopie dla biegacza szykujacego sie do maratonu... jakies pozytywy? nie moge biegac, wiec sie nie bede meczyc. zaoszczedze pieniadze na bilet i dojazd na miejsce maratonu. w sumie mam farta, bo moglo byc gorzej. hura?

a Bibsztyl mowi pieknie: ogladasz filmiki o inspirujacych ludziach - stan sie inspiracja dla innych. jak sie palec zrosnie zacznij trenowac i pokaz sobie i wszystkim, ze niezaleznie od tej kontuzji spelnilas swoje marzenie..
ale moje marzenie to przebiegniecie tego maratonu w konkretnym czasie.. w czasie, do ktorego musialabym trenowac intensywnie, bo przekracza moje obecne mozliwosci sprawdzone na krotszych dystansach, i tak bardzo, jak chcialabym podpisac sie pod sugestia Bibsztyla, to przeciez ja nie pokaze nikomu, ze spelnilam swoje marzenie, bo ja w ten sposob mojego marzenia nie spelnie...

to, co na pewno rozumiem, to to, ze kazdy chcialby pomoc, a mojego 'problemu' (przepraszam: mojego wyzwania, mojej mozliwosci podjecia wyzwania? - brzmi lepiej?) chwilowo sie nie da rozwiazac.. czy tu tez jestem negatywna? czy moze nie widze jakichs rozwiazan..
to konkretne moje marzenie nie spelni sie w tym roku na pewno (uwaga, uzylam frazy potwierdzajacej, ze mysle negatywnie, bo z gory zakladam, ze sie nie uda (jak to BB powiedzial..).. a ja niczego nie zakladam. ja WIEM ze sie nie uda. ponizej 4 godzin bez intensywnego treningu nie pobiegne. zeby nie byc goloslowna spytalam juz 2 odwiecznych biegaczy. sa tak samo negatywni, jak ja! - napisalam prosbe o sugestie treningu rowniez na forum biegowym. czekam z nadzieja na nadzieje ;) )

przejrzalam liste pozniejszych maratonow.. tak, jak przez 4 minione lata, tylko ten jeden do mnie przemawia.. slysze jego wolanie.. coz.. moze to wolanie dotyczy przyszlego roku..

*** nie spedze mojego zycia myslac o tym, jakie mnie spotkalo nieszczescie, ale jak slysze o tym, ze nie szukam pozytywow i ze ktos nie lubi, jak sie nie szuka rozwiazan tylko robi z czegos tragedie, to mam mu ochote nakopac lewa noga tak, zebym kulala na obie.

ja nie prosilam o cofniecie czasu, zebym mogla nie zlamac tego glupiego, malego palca. nie prosilam tez o naprawienie mojego swiata.. po prostu powiedzialam, jak sie z tym czuje i jaki to ma wplyw na moje zycie. moze za dlugo o tym mowilam (tak powiedzial BB), ale to nie jest codzienna sprawa. to jest pierwsze zlamanie w moim zyciu. zlamanie, ktore zaprzepascilo (o negatywy!) spelnienie czegos, co mi sie nie udaje od kilku lat.
i jakos dziwnie zalozylam, ze bliskie mi osoby moga wysluchac jednego telefonu bez irytowania sie, zbijania tego, co ja czuje, zarzucania, ze nie szukam pozytywow i temu podobnych reakcji. i ze moga okazac zrozumienie, ze w MOIM swiecie stalo sie cos bolesnego DLA MNIE.

i pewnie, ze przezyje. i bede sie smiac, ale maratonu Szekspira pod koniec kwietnia 2013 juz nie pobiegne ponizej mojej magicznej czworki niezaleznie od tego, jak pieknie by bylo to zrobic, a potem wzruszyc sie, doznac szalonej radosci, dumy i satysfakcji i stac sie inspiracja dla innych i sila dla samej siebie.

moze w przyszlym roku sie uda..

*** a najmniejszy paluch mojej lewej stopy, wciaz obolaly i siny odpoczywa przyklejony plastrem do swojego  sasiada. powoli zaczyna sie zrastac, polamany biedak...

Monday, 28 January 2013

pamiec i zubry

mialam kilka ciekawych historii do opowiedzenia i od kilku dni codziennie przypominalam sobie, ze wieczorem usiade i wszystko opisze.
punkt kulminacyjny nastapil wczoraj. natchnelo mnie nieziemsko, ale postanowilam najpierw wstawic pranie, a potem pomyslalam, ze moze lepiej niech mi sie wszystko ulozy na spokojnie w glowie zenim usiade przed laptopem.. zabralam sie za czytanie ksiazki..

i naprawde nie pamietam, co to bylo! :o

linijki "Testu Psychopatow" Jona  Ronsona nalozyly sie na linijki moich mysli i zapadla ciemnosc..

nie ma.
zniknelo chyba raz na zawsze.

i zupelnie nie mam pojecia, o czym wtedy myslalam..
jedyne, co mi sie przypomina, to to, ze to "cos" bylo interesujace i ze bylam zadowolona z odkrywczosci mojej puenty!! kara za zadowolenie z siebie?? ;)

ale.. tak tylko chcialam sie tym podzielic, a jesli ktos mi wspoczuje i zaczyna z tego powodu lapac dolka, to zapraszam na poscieszenie do zubrow, saren, dzikow i sikor.. podzielilam sie tym linkiem juz ze znajomymi na facebooku i chcialabym, zeby jak najwiecej osob moglo go zobaczyc, bo to jedna z niewielu mozliwosci popatrzenia na dzikie lesne zwierzeta.. a dobrym trzeba sie dzielic.. :)

zapraszam...

zubry na zywo




Wednesday, 23 January 2013

prohibicja

no to koniec dmuchania nosa i kaszlania- wracamy do pisania.. nawet sie zrymowalo! ;)

***

w sobote spotkalam sie z Panna M i Babsi na spozniony lunch swiateczny.
tym razem, jako ze poprzednio to ja sie nie pojawilam, na mnie spoczelo (zaproponowane przez winna sama przez siebie zreszta) zadanie zorganizowania spotkania, a ze bylo jedno przesuperowe miejsce, o ktorym slyszalam wczesniej i nie udalo mi sie do niego jeszcze dotrzec, ucieszylam sie moim obowiazkiem! ;)

na lunch zaplanowalam wybor wloski lub azjatycki, na deser... tajemnicze drinki..

na miejsce przyjechalam przed czasem - zajrzalam do kuchni azjatyckiej - niezaleznie od informacji na www - zamkanieta w weekendy!
zajrzalam do kuchni wloskiej, w ktorej powiedziano mi przez telefon, ze jest otwarta w soboty - tak, otwarta, ale od 17stej!

no kuchnia mac! a tu dopiero dochodzi druga!

dobra - ostatni strzal - magiczne miejsce drinkowe w czesci restauracyjnej serwuje jedzenie - pojdziemy od razu tam.

spotkalam dziewczyny, zaprowadzilam do 'klubu sniadaniowego', odstalysmy 20 minut w kolejce i usiadlysmy przy stoliku. wic polega na tym, ze te restauracje (4 w Londynie) sa inspirowane czasami prohibicji - wystroj wnetrz jest genialny - stare stoliki, niektore drewniane, niektore sklejkowe, stara waga szalowa na ladzie, kilka swiatelek.. ludzie krzycza: prohibicja! ja krzycze: stolowka na dworcu w Siedlcach! (ta za moich czasow studenckich, oczywiscie, bo obecna jest obklejona pepsi, coca-cola i im podobnymi .. :( )

w pewnym momencie do restauracji wszedl niesamowity przystojniak. normalnie takie ciacho, ze z Panna M (na szczescie Bibsztyl nie przeczyta tego wpisu!) spojrzalysmy na siebie z blyskiem w oczach i zrozumieniem, jakiego tylko zaprzyjaznione kobiety i to tylko w specyficznych sytuacjach moga doznac. facet wygladal, jakby sie obudzil 15 minut temu, nalozyl dzinsy i sweter i wybiegl do pracy. norlanie, jakby sie prosil, zeby mu ten sweter zdjac, polozyc go spowrotem do lozka i przyniesc kubek goracego kakao.... bosko przystojny, nie uczesany. kelnerki go sciskaly na przywitanie.. hmm.. nic dziwnego! ;)
facet przyszedl i zaczal nalewac szampana w lampki ustawione na tacach, a kelnerki gdzies te tace wynosily... jakos duzo tego szampana.. w koncu pomyslalam: "a gdzie jest moja lampka ??? ha!!??"

i doslownie minute pozniej podeszla do nas jedna z kelnetrek z taca. pochylila sie nad stolikiem i konspiracyjnym szeptem powiedziala, ze za 5 minut bedzie mala celebracja. jedna z ich kolezanek odchodzi po 4 latach pracy u nich i bardzo chcieliby, zeby wszyscy goscie z nimi wzniesli toast za jej zdrowie i powodzenie w nowej pracy.
 - is this ok? - szepnela
 - ok.. - odszepnelysmy rozchicotanym chorem..

jakies 3-4 minuty pozniej, zupelnie znienacka, chlopak ociagajacy sie z zamowieniem przy sasiedninm stoliku zaczal spiewac.. zaczal spiewac, potem wstal, a potem wstali jego czterej koledzy. wstali, dolaczyli do spiewania i kilka taktow pozniej na raz siegneli do swoich plecakow, wyciagneli z nich slomkowe kapelusze i wlozyli je na glowy.. zaspiewali dziewczynie 2 piosenki. dziewczyna wskoczyla na lade i wysciskala swojego prawie bylego szefa. oczy dziewczyny byly pelne lez, sala pelna wzruszonych chichotow i usmiechow.

toast: "for Lisa!!!!" "for Lisa!"

nagle, zapatrzona w jedno miejsce i na wpol sparalizowana czyms Panna M powiedziala na glos: "Aga, widzialam dwoje ludzi wchodzacych do lodowki!! Ja wlasnie widzialam, jak dwoje ludzi wchodzi do lodowki! Ja.."
"cicho!"
"ale ja widzialam..."
"cichOOOOO. Barbara jeszcze nie zauwazyla!"

spojrzalysmy na Babsi.. Babsi palaszowala sie swoj lunch..

"ciiiiicho.."
"czy to jest ten trik?"
"tak, to jest ten trik.. ;) "

kilka minut pozniej, kiedy Babsi byla w lazience a my placilysmy rachunek, spytalysmy kelnerke:
" czy moglybysmy zobaczyc sie z Merem Tchorzliwego Miasta?"

"prosze chwilke poczekac. zaraz po Panie przyjde"

po powrocie Babsi zdazylysmy jej tylko powiedziec, ze na obiecane magiczne drinki wchodzi sie tutaj dzieki wypowiedzieniu tajemnego hasla.. i ze to nie pop-kulturowy wystroj restauracji jest tu glownym nawiazaniem do czasow prohibicji!!!! ;D

kelnerka podeszla i poprosila, zeby isc za nia..

jako ze Panna M juz odgadla sztuczke powiedzialysmy Babsi, zeby szla przodem, za kelnerka..  i tu nastal kulminacyjny punkt spotkania...  na widok otwierajacych sie przed nia drzwi do lodowki Babsi, robiac najokraglejsze na swiecie oczy, zaczela piszczec z wrazenia!

a lodowka byla przejsciem do ukrytego w piwnicy pubu...

spotkanie poswiateczne udalo sie rewelacyjnie. nieczesto udaje sie AZ TAK!
Panna M rozbawiona i zadowolona, Babsi oczarowana..
a pozniej, na dodatek do dnia, dolaczyl do nas Bibsztyl, ktory wykorzystal te okazje, zeby spotkac sie z dziewczynami i.. z Merem Tchorzliwego Miasta.. ;)

a tu spiewajacy Panowie, Babsi z kamerka i usmiechem od ucha do ucha i.. magiczna lodowka w tle...


Tuesday, 15 January 2013

zombie

moja choroba dobiega konca. na szczescie. 
prawie cztery tygodnie meczarni, ktora juz niedlugo sie skonczy.

ale..

dzieki minionym 4 tygodniom wiem, jak sie czuje zombie..

zombie ma zimne stopy i ziemne dlonie, skore moze i ma ciepla, ale czuje zimno wewnatrz. zombie jest zmeczony. jest zmeczony i zly.. i jeszcze bardziej zly, poniewaz jest okrutnie zmeczony i jeszcze bardziej zmeczony wlasna zloscia.. zombie nie lubi siebie, ani nikogo innego.. 

zmeczenie zombiego powoli go zjada od srodka.. nie ma znaczenia czy zombie padnie ze zmeczenia teraz czy z chwile.. poza zloscia i zmeczeniem w zombim w zasadzie nie ma odczuc czy uczuc.. 

od czasu do czasu zombie musi przejsc jakis odcinek - moze do czajnika, moze do toalety, ale musi gdzies dojsc.. zeby dojsc do cely zombie zawsze wybiera najkrotsza droge i powoli przesuwa po niej zmeczone nogi.

jezeli na drodze zombiego ktos sie pojawi, zombie ma tylko jedna mozliwosc - zabic go lub zlikwidowac w sposob wykorzystujacy jak najmniej energii.. i isc dalej.. byle dojsc zanim padnie..

nie zabilam Bibsztyla, widocznie moja przemiana w chorobie nie byla ostateczna, ale ucierpial kilka razy..
zombiemu nie staje sie z usmiechem na drodze!