Bigosik dzis gotuje weganski.
Tak, jak mnie rzadko na gotowanie nachodzi, tak mnie dzisiaj naszlo. Przytargalam bialej kapusty, kiszona mialam w lodowce, suszone warzywa, przecier pomidorowy, przyprawy i magiczny skladnik, bez ktorego bigos smakuje zwykla gotowana kapusta...
...suszone puszczanskie grzyby.. Grzyby pachnace dziadkowymi skarpetkami (nie pytajcie mnie skad wiem, jak pachnialy skarpetki dziadka! ;) ), grzyby wolne i nieujarzmione, jak dziki zwierz z bialowieskich ostepow..
Wstawilam bigos na 2 godziny, wylaczylam, poszlam pobiegac, wrocilam i wstawilam ponownie.. Bigos bulgocze w garnku, Bibsztyl chrapie na sofie (a moze chrapie na kanapie! ;) ), a ja czytam blogi poswiecone minimalistycznemu podejsciu do zycia w tym maksymalistycznym komercyjnym swiecie i wdycham zapach jednego z najpiekniejszych slowianskich dziedzictw, przekazywanego mlodym przez nieskonczona ilosc pokolen... i jakos mnie tak rozrzwnilo tym bigosem, minimalizmem i odglosami w tle..
I tak go gotuje sobie, bigosa ze skladnikow podstawowych, i sie ciesze procesem, progresem i swiadomoscia zblizajacego sie celu..
I chyba wlasnie wpadam w bigosowy zen..
...w taki spokojny bigosowy blogostan, zeby bardziej po naszemu..
No comments:
Post a Comment