Tuesday, 19 March 2013

Wariatka

Ale szum, ale tłum
Czarna noc, biały rum,
Złote stosy pomarańczy.
Dudni dom dana da
Jak zabawa to zaba...
I wariatka dzisiaj tańczy.

Kto tu wlazł, ten tu Pan?
Jeszcze łyk jeszcze dzban!
I dzieciaków nikt nie niańczy.
Każdy ma na coś chęć,
Bo zabawa jest na pięć,
I wariatka jeszcze tańczy.

Szalona wiruje chusta
Szalone wirują usta
Otkaczałka, wariatka, ech
Nie patrzy do lustra

Czerwona na niej sukienka
Czerwona w sercu udręka
Otkaczałka, wariatka, ech
Przed losem nie klęka

Wódka już jeży włos.
Ej do bab, ej do kos!
Kto powiedział, że wystarczy?
Jeden już nie chce żyć,
Na ostatek prosi pić,
A wariatka jeszcze tańczy.

Taką to by na stos!
Na co jej durny los?!
Dajcie chłopcy ten kagańczyk!
Warkocz jej płonie już,
Dookoła złoty kurz,
A wariatka jeszcze tańczy.
Szalona wiruje chusta...

(Wariatka tanczy; Agnieszka Osiecka)

to wykonanie trzeba uslyszec w Piwnicy u Pana Michala na warszawskiej Starowce..
inna akustyka, lepsza niz na nagraniu jakosc dzwieku..

nie mialam czerwonej sukienki, ale przez jakies 2-3 lata te dzwieki miotaly mna pomiedzy krzeslami zapelnionej po brzegi sali.. i wciaz miotaja, choc juz nie tam.. :)

i jakos niezmiennie na mysl o wariatce przypomina mi sie wirujaca w rumunskiej piwnicy cyganka z powiesci Paolo Coelho "Czarownica z Portobelo" i jej krzyk: "Pochowajcie mnie na stojaco, bo cale zycie przezylam na kolanach!".. i cisza, ktora zapanowala po tym krzyku...

Monday, 18 March 2013

Sloneczniki Van Gogh'a

Kilka lat zycia dane mi bylo spedzic bllisko z Ewa.. ta znajomosc rozeszla sie - do dzis nie wiem dlaczego.. jakos tak.. ale cieplo zostalo.
Ewa kochala sloneczniki - perfumy i Sloneczniki Van Gogh'a.

Pare lat po rozpadzie tej przyjazni znalazlam sie w Londynie. W National Gallery szlam przez sale impresjonistow. Kiedy przystanelam na chwile, zeby spojrzec z daleka na obraz przede mna, zaczelam czuc cieplo uderzajace w moja twarz z lewej strony. Taja magiczna chwila - jedna z wielu, ktorych doznajmy w zyciu - przyciemniona sala, szepczacy ludzie, piekne obrazy na scianach i .. znienacka cieplo, energia ogrzewajaca lewy policzek, jakby ktos na mnie patzryl. Odwrocilam w lewo twarz.
Stalam na wysokosci ogromnego przejscia do drugiego pomieszczenia, a dokladnie na osi mojego ciala wisialy Sloneczniki. Sloneczniki Van Gogh'a. Jakkolwiek pretensjonalnie to nie zabrzmi zaczelam do nich isc z oczami pelnymi zoltego zachwytu.. W miare zblizania sie - oczami wilgotniejacymi od wzruszenia. Nie wiem, co jest w tym obrazie. Jest po prostu magiczny. Imponujacy i obezwladniajacy..
...jak choroba psychiczna, z ktora Van Gogh walczyl przez wiekszosc zycia.. W filmie The power of Art - Van Gogh, ktory obejrzalam przed chwila (dostepny na youtube) powiedziano, ze pomiedzy atakami choroby Van Gogh widzial swiat w najbardziej nasycony, wyrazny sposob. Tworzenie stalo sie czescia terapii. I ogromna frustracja, bo Van Gogh czul, ze tworzy dziela prawdziwe, moze nawet wielkie, a nikt ich nie chcial kupowac..

Van Gogh rozkochany w kolorze i teksturze, odchodzacy w ataki choroby i wracajacy z nich, zeby tworzyc dziela warte dzis sumy niebotyczne..

Po Van Gogh'u zostalo ponad 800 obrazow.

Chcialabym moc zobaczyc je wszystkie, w porzadku chronologicznym. Przejsc od dumy i radosci, poprzez zalamanie, melancholie i chorobe psychiczna, az do smierci. I pochlic przed mistrzem glowe..

moje 2 ukochane obrazy ze slonecznikowej serii ..





i mniej slynny "jedzacy ziemniaki".. mniej slynny, choc rownie magiczny.. jeszcze sprzed czasow, kiedy Van Gogh rozkochal sie w kolorze..

Monday, 4 March 2013


Od tygodnia spogladam na kolezanke siedzaca naprzeciwko.
Slysze westchnienia, widze, ze od czasu do czasu jej wzrok gubi punkt zaczepienia w tym swiecie.. 
Cos sie dzieje. 
Cos ciezkiego.

Dzis przylapalam ja zapatrzona gdzies daleko w swiat za oknem..  Zauwazyla, ze skupilam na niej wzrok wzdrygnela sie i z powazna mina i wciaz jeszcze nieobecnym wzrokiem powiedziala: Piekny widok prawda…? Tak sie wlasnie zastanawiam, jak bardzo na codzien sie nie docenia, ze sie pracuje w tak pieknym miejscu. 

Spojrzalam za okno i powiedzialam: Tak..


A rozswietlony swiat za oknem wygladal, jakby go ktos lekko posypal popiolem...







Sunday, 3 March 2013

salatka owocowa

owoce w moim wykonaniu to jablka. czasami dla odmiany kupuje brzoskwinie lub nektarynki, czasami jakiegos melona czy ananasa, ale generalnie, codziennie jem jablka.

w sobote zostalam zaproszona na rolowanie sushi, a ze bylo to w dzielnicy, w ktorej mieszka wiecznie narzekajaca na slabe w porownaniu z Berlinem zycie socjalne Katrin, postanowilam umowic sie z nia na kawe, po drodze do "suszarni".

z kawy zrobil sie lunch, bo Katrin zaparla sie na calego, ze bedzie jej super przyjemnie, jezeli bedzie dla mnie mogla cos ugotowac. :)
no jezeli gotowanie dla mnie sprawi jej az taka przyjemnosc, to przeciez nie moglam sie dlugo opierac... ;)
udalo mi sie wynegocjowac tylko tyle, ze to ja zorganizuje deser.

po drodze do Katrin, w sklepie, lazilam pomiedzy namietnie necacymi lodami i czekoladami.. i choc rece mi drzaly na ich widok, w glowie panowal spokoj! ani to zdrowe, ani naprawde dobre (ostatni raz, po pierwszych kilku lyzkach, kiedy moje zapotrzebowanie na zywy cukier spadlo, w smaku zaczelam czuc cos tlustego i mdlego i, o zgrozo!, nie dokonczylam pollitrowego kubla, ktory kilka miesiecy temu  wchlonelabym bez mrugniecia okiem ;) ), ani weganskie! i choc na sobote dalam sobie totalna dyspense z weganizmu, jakos czulam, ze ilosc przeprocesowanego poddanego kilkunastu odmleczajacym obrobkom zawartego w nich mleka mi nie odpowiada. ufff.. bosko! widac juz  przystosowala mi sie glowa do mysli, ze jak poslodzone, odtluszczone, spulchnione i bezmleczno-mleczne, to jednak raczej nie! :)

no dobrze, ale jak nie to, to co?

i wtedy mnie olsnilo!

kilka razy w zyciu jadnam salatke owocowa, ale nigdy nie zrobilam jej sama. bedzie okazja potrenowac. :)

kupilam jablko, banana, mango, mandarynke i mala mieszanke orzechow i suszonych owocow. po dotarciu do Katrin szybko wszystko pokroilam i zostawilam w misce na czas obiadu, zeby puscilo soki. zanim dokonczylysmy pyszny lunch przygotowany przez Katrin, salatka byla gotowa i byla tak pyszna, ze pomimo rodzinnej porcji (okazalo sie, ze 4 owoce to za duzo na 2 osoby) nie moglysmy jej przestac jesc! :D

dzis powtorzylam eksperynemt: pol starego jablka, kawalek melona, ktory od tygodnia dojrzewal na oknie, swieza mandarynka i troche jagod kupionych na bazarku w ramach niedzielnego dogadzania sobie.

ja wiem, ze to brzmi smiesznie, ale to po prostu eksplozja smaku i witamin. z kazda kolejna lyzka pakowana do buzi czulam, jak moje szare komorki zaczynaly szybciej pracowac, a moje cialo budzilo sie do radosnej lekkosci i checi dzialania...

zakladam biale szaty i ruszam przez swiat glosic dobra nowine: jedzcie ludzie salatki owocowe! sa bossskie! :D