znowu mnie połamało. kilka(naście!!! :o) lat temu, kiedy połamało mnie po raz pierwszy płakałam ze strachu - nie wiedziałam co się dzieje i bałam się, ze może już tak zostanie na zawsze. ;)
klika połamań później przychodzi już tylko rodzaj złości i rozczarowania.. znoooowu?? no nie..
no ale właśnie tak. ;)
znienacka zaczyna się człowiek obleczony na swoim własnym szkielecie czuć coraz niewygodniej, potem przychodzi do głowy głupio naiwne pytanie: znowu mnie połamało?
a potem refleksja, ze pytanie było głupie, a nie naiwne. Oczywiście, ze połamało!
kolejny etap, to ból, który na widok Ibupromu ucieka gdzie pieprz rośnie.. są jednak dwie atrakcje, które nie uciekają.. ;)
1. uczucie, jakby w kręgosłupie ktoś wiercił wepchniętym miedzy kręgi śrubokrętem
2. koszmarne poczucie maksymalnej niewygody w każdej przyjmowanej pozycji..
i tak jest dopóki nie pójdzie się do Karlosa – łotyskiego kręgarza-cudotwórcy, który kilkoma sprawnymi i silnymi ruchami wrzuca wszystkie poprzesuwane poza normy przyzwoitości dyski, az klekocze. i tego klekotania mojego własnego kręgosłupa boje się najbardziej. ustawianie kręgosłupa nie boli. ono CHRUPIE!!!!! i jakkolwiek bardzo starałabym się NIE MYSLEC O CHRUPANIU KREGOSLUPA, NIE MYSLEC O CHRUPANIU KREGOSLUPA, NIE MYSLEC O CHRUPANIU KREGOSLUPA, to oczywiście mi to nie wychodzi! ;)
i za każdym razem, przed wejściem do gabinetu Karlosa prawie sikam w majty ze strachu na nie-myśl o chrupaniu, a potem za każdym razem oddaje swój powichrowany kręgosłup w jego leczące dłonie i dziękuje matce naturze, ze stworzyła Karlosa.. i wiem, ze za rok – dwa lata do niego wrócę.. znów z żołądkiem rozwalonym od leków przeciwbólowych, znów ze strachem i znów, po 2-3 dniach od wizyty, już nie będę musiała leków brać..
od wizyty w ojczyźnie i u Karlosa dzieli mnie jeszcze 6 tygodni, więc zaczęłam szukać kogoś bliżej na jego kształt i podobieństwo, żeby nie musieć czekać aż tak długo.. kogoś polecanego, do kogo chodzi jakiś mój znajomy i mało że przeżywa, to jeszcze chwali..
kierowana szóstym zmysłem połamańca podeszłam w pracy do tubylki Ann i spytałam, czy nie zna kogoś od łamania w kręgosłupów, albo kogoś kto zna kogoś, bo ja cieeeeeerpię.
Ann odpowiedziała spokojnie..
- kręgarzy nie znam, ale mogę Ci polecić osteopatę czaszkowego.
- a jeśli ja potrzebuje kręgarza właśnie? bo czaszkę mam raczej w porządku.
- jak kręgarza, to nic nie poradzę. mnie sprawy kręgów już nie dotyczą. kilka lat temu mnie dotyczyły, ale mam to z głowy. wstawili mi w plecy kilka drutów i etażerkę. (i mrugnęła do mnie porozumiewawczo..)
A ja nie spytałam – jak to?
No bo jak spytać.. ;)
Ann się mną na tyle przejęła, ze podpytuje mnie, czy śrubokręt już wypadł, czy klikam dyskami jak się gwałtownie obracam i w ogóle zadaje pytania człowieka, który nauczył się głupoty wymyślać i opowiadać, żeby rozśmieszyć znajomych, samemu się zarazić ich śmiechem i odgonić ciemne myśli.
A ja szukam zaufanego cudotwórcy na miarę Karlosa i po cichu marze o tym jedynym dźwięku, który po strachu oczekiwania przynosi ulgę i wdzięczność.. nieskończoną..
Chrrrrrrrrr-klik-klik-klik-klik-klik-klik-klik...
PS. jesli ktos bedzie w bolu i potrzebie, chetnie sie podziele kontaktem do Karlosa.. on naprawde pomaga..
No comments:
Post a Comment