Thursday, 2 June 2011

rok ślubów

najpierw ślub w rodzinie królewskiej, pojutrze Julek i Piotrek, a we wrześniu BB.. ale rok!
właśnie wróciłam od chłopaków. poleciałam na piętro tylko na chwile, po marchewki i selera, które dostałam w przydziale do pocięcia w słupki. słupki miały być równe i nie za cienkie, żeby się dobrze maczały w dipach jako część startera..
pewnie, ze pomogę! ja nie pomogę? no przecież sama się o możliwość pomocy dopraszałam!
dopiero później uświadomiłam sobie, że te startery to na 70 osób! Sic! ;)
no więc poszłam na gore, żeby marchewki i selera przynieść do nas na dół i przygotować je na jutrzejszą całonocną produkcje słupków. w miarę równych, nie za cienkich, żeby się dobrze w dipach maczały..
drzwi otworzył mi Piotrek. z grobową miną powiedział: 'dobrze, ze nie przyszłaś godzinę temu' i błyskawicznie zniknął w kuchni. hi hi..
po dwóch minutach stałam obok niego przy piekarniku i na zmianę podawałam i zabierałam ścierkę. ;)

wczorajszy wieczor był starannie zaplanowany wokół pieczenia.. Julek pojechał witać znajomych, którzy przyjechali na ich ślub z bardzo daleka, a Piotrek został w domu, żeby na spokojnie upiec ich ślubny tort.
Piotrek piecze ciasta prawie doskonałe. doskonałe na miarę domowa, nie jak z restauracji, czy sklepu. piecze dobre, solidne domowe ciasta, takie, jakie robiły mamy w czasach mojego dzieciństwa, kiedy jeszcze ciasta piekło się w domu i każde dziecko wiedziało co to prodiż. Piotrek czasami eksperymentuje z japońskimi ciastkami z czarnej fasoli, czasami piecze coś według tradycyjnego przepisu, ale niezależnie od wszystkiego, Piotrka wypieki zawsze są bardzo smaczne. i właśnie dlatego Piotrek podjął się upieczenia ślubnego tortu.. a że Julek ma uczulenie na coś tam ze zbóż i produkty maczane są wykluczone, wszyscy przyklasnęli na domowego torta ślubnego, którego i Pan Młody będzie mógł zjeść bez niebezpieczeństwa spuchnięcia, czy nawet uduszenia się od ataku alergii na własnym ślubie. ;)
zapukałam do drzwi mniej więcej godzinę po tym, jak Piotrek latał z rekami w białkach jajek i nożem w reku ganiając wystraszonego kota, bo nagle mu się zaczęło wydawać, ze jak kogoś zabije to mu ulży. nic nie wychodziło, wszystko się spóźniało i w dodatku nagle uświadomił sobie, ze tort na 70 osób wcale nie jest tak łatwo upiec, bo nawet na ubicie piany z białek trzeba siły giganta. kota nie dogonił, brudnymi rękoma nie wykręcił też numeru do Julka i dzięki czemu nie zrobił mu awantury o nic (..powód by się na pewno znalazł.. ;) ), uspokoił się, postanowił, ze będzie piekł warstwy po 3 na raz (zamiast 8 na raz) i wtedy weszłam ja. :)
i tak wygląda ciut przydługa historia o tym, jak w zasadzie nic nie robiąc można zyskać miano najlepszej pomocy na świecie. ;)
warstwy już upieczone, wszystkie wyszły piękne i równiutkie, bo niby ja tak rewelacyjnie papier w foremkach poukładałam.. ;) na jutro zostało posklejanie ich kremami i dżemami i udekorowanie. Piotrek spokojny i zadowolony, Julek spokojny i zadowolony już w drodze do domu, ja niespokojna, ale zadowolona.. po zejściu na dół zobaczyłam, ze na prawie 3 godziny drzwi do mieszkania zostawiłam na 1/3 otwarte.. no przecież biegłam tylko po marchewki!.. :o
na szczęście wszystko jest w porządku (i wszystko jest w mieszkaniu.. uff..) , więc nie ma co się nad brakiem przezorności rozwodzić.. ;)



A marchewki będzie cięła w słupki mama Julka. Piotrek powiedział, że ja jestem asystentem piekarza a nie pomocą kuchenna! ;)

No comments:

Post a Comment