po ponad tygodniu w Walii i Kornwalii, po ponad godzinie przebijania się przez miasto wróciliśmy do domu..
Kornwalia jest przepiękna. kilka razy miałam wrażenie, ze jestem na zdjęciu w National Geographic. St. Ives, gdzie mewy wyrywają ludziom kornwalijskie pierogi z rak, St.Michael's Mount - zamek umieszczony na wzgórzu-wyspie, którą na zmianę przypływ Atlantyku odcina od lądu, żeby później jego odpływ odsłonił wyścieloną kocimi łbami dróżkę na dnie oceanu, którą głodni wrażeń turyści przemierzają w pospiechu, piaszczysta plaza otoczona stromymi ścianami klifów pełnych jaskiń.. pomimo, że był to urlop z Rodziną, a nie podroż z prawdziwego zdarzenia i tak czuję, jakbym przeżyła reportaż z National Geographic.. taka bajka, przy której od czasu do czasu trzeba się uszczypnąć w rękę, żeby pamiętać, że to nie sen..pokaże któreś z tych miejsc, jak tylko zgram zdjęcia na komputer
a jednak.. po przedarciu się przez zablokowane wypadkami i robotami drogowymi autostrady, a potem przez wąskie uliczki centrum Londynu, nagle poczuliśmy, że jesteśmy w domu.
doskonale odnalazłabym się żyjąc większość czasu w podróży i kusi mnie takie życie od zawsze, ale cieszę się, że spędzamy dziś spokojny wieczór przy wykładzie o poszukiwaniu inteligencji w kosmosie, praniu i grzebaniu w internecie
jutro do pracy, a w sobotę do Polski. już wiem, że po powrocie będę tęskniła za tym rozpodróżowanym życiem.. na szczęście tylko do września.. ;)
No comments:
Post a Comment