Oscar jest malym zlotym labradorkiem z oczami jak czarne guziczki i z wciaz jeszcze wyzynajacymi sie zabkami.. Oscar zuje wszystko, co stanie na jego drdze, ze szczegolnym zamilowaniem do rak i stop przedstawicieli gatunku ludzkiego. Po 40 minutach szalenczego zucia i podgryzania - plastikowy kurczak, gumowy piszczacy hamburger, kolko, dwie pilki, kosc PLUS wszystkie rece, stopu, rekawy i buty, ktore nieopatrznie wejda w pole widzenia Oscara; Oscar powoli sie uspokaja (czytac: meczy!) i staje sie pluszowym misiem, ktory przytula sie do wszystkich i wzdycha z przyjemnoscia, kirdy sie go glaszcze po brzuszku.. potem, znienacka, Oscar zaypia w miejscu, w ktorym stoi lub lezy. Klebek szczeniecej radosci i milosci do swiata.
Bo nie trzeba byc psychologiem, czy znawca psow, zeby dostrzec, ze Oscar swiat kocha. Kocha swiat i wszystkich ludzi, ktorych zna; kocha swoje zabawki i czterdziestoletniego zolwia Pana Tommy'ego, ktory dolaczyl do rodziny jakies 25 lat temu i od dnia wprowadzki probuje uciec. ;)
Oscar kocha swiat, a swiat kocha Oscara. Bo jak nie kochac takiego pluszaka, ktory smialo, z rozpedu rzuca sie na wielkie czarne buty Bibsztyla, a potem chowa sie za czyjes nogi, bo boi sie kartonowego pudelka?
I patrze na Bibsztyla, ktory turla sie z Oscarem po podlodze, a potem spi z nim w objeciach..
I widze, ze za kilka godzin, kiedy opuscimy dom Oscara, wielki kawal doroslego i rozsadnego Bibsztylowego serca zostanie tutaj, przy maluchu, dla ktorego jedyna roznice miedzy droga szczenieca zabawka a kawalkiem sznurka stanowi to, czy sznurek lezy bez ruchu, czy ktos sie nim bawi.
Zlodziej ludzkich serc. Dobry duszek - Oscar. :)
Oscar zmeczony polgodzinnym radosnym atakiem na moje stopy...

No comments:
Post a Comment