Tuesday, 12 April 2011

moje bieganie.. etap zaburzeń w związku

mojego romansu z bieganiem, jakby nie był namiętny, prawdziwym związkiem nazwać nie można. za dużo w nim rozstań i powrotów, za dużo zdrad dla zaspokojenia żądzy obżarstwa i lenistwa..

w styczniu, po prawie roku przerwy i kilku nieudanych próbach powrotu do dobrych zwyczajów, znienacka wróciłam do biegania. trochę sama zaskoczona sobą zaczęłam trzaskać godzinne pętelki, zygzaki i proste, biegać do pracy i z pracy i czuć, ze krew zaczyna mi żwawiej krążyć w moich zaspanych, niskociśnieniowych żyłach i tętnicach.. raz nawet, podczas najdłuższego biegu złapałam autentyczny biegowy 'chaj'.. podręcznikowy – jak w książkach i na www o bieganiu. Ten sam, który motywuje biegaczy na całym świecie do nakręcania kilku/kilkudziesięciu tysięcy dodatkowych kilometrów dziennie.. znienacka, po 50 minutach biegu zrobiło mi się tak dobrze, lekko i pięknie, że gdyby nie niebezpieczeństwo wytracenia się z boskiego narkotycznego stanu zadzwoniłabym do BB, Panny M i do Bibsztyla, żeby o tym opowiedzieć! :)

po ponad miesiącu regularnego biegania postanowiłam wyznaczyć sobie jakiś biegowy cel i przy okazji zmotywować się jeszcze bardziej. opętana miłosnym biegowym uniesieniem, mało że zapisałam się na maraton, to jeszcze się tym przed 'wszystkimi' pochwaliłam! :o
a tydzień później spadłam z roweru i koszmarnie obiłam sobie kolana.. uniemożliwiło mi to bieganie na całe dłuuugie 2 tygodnie.. no właśnie. i to było mniej więcej półtora miesiąca temu! ;)

dziś wieczorem miał nastąpić wspaniały przełom.
o 10tej, w relaksującej ciemności wieczoru, kiedy nic nie wytraca z biegowego skupienia, miałam założyć moje piękne asicsy i polecieć w cichy, skupiony świat mojego oddechu i spokojnych myśli..

i gdyby nie cała pizza pochłonięta na kolacje, to właśnie bym mijała drugi dok z barkami i jachtami, a za jakieś 5-7 minut bym biegła w stronę domu.. zmęczona, przeklinająca wszystkie poprzednie pizze, lody i eklerki z bitą śmietaną i szczęśliwa, że wreszcie ruszyłam obrastające tłuszczem litery..

no właśnie.. półtora miesiąca temu (i 3 i pół kilo sadła temu) wracałabym właśnie z biegu, czując, że dbam o siebie, o swoje zdrowie i ciało.. wracałabym zadowolona z siebie i uśmiechnięta.. ale że dzisiaj jest dzisiaj, a nie półtora miesiąca temu i że właśnie wtłoczyłam w siebie wielka margerittę, siedzę na krześle pojękując i zastanawiając się, po jaka cholerę ja wszystkim mówiłam, ze pobiegnę ten maraton????
ale ja go naprawdę przebiegnę. i mało że przebiegnę, to jeszcze zrobię to z dobrym czasem. to będzie czas poniżej ... (ciiiiii.. żeby nie zapeszyć..)
jutro zostawie rower w domu i pojadę do pracy autobusem.. wrócę biegiem. z moimi 3,5 kilogramami dodatkowego ciężaru do niesienia, z zadyszka, spoconym czołem i bladymi od wysiłku policzkami, jak gotowana szynka wciśnięta w moje 'seksowne' biegowe ubranko.. już nie seksowne zresztą.. dobiegnę i padnę.. ale dobiegnę!

chyba..
tyko, do której czesci zdania to chyba?

No comments:

Post a Comment