..piatkowy wieczor.. U2 w tle.. U2, ktore oboje kochamy, a ktorego oboje nie sluchalismy od wiekow.. "Joshua Tree".. U2 nieskonczenie boskie.. niezmiennie.
(kto mysli inaczej, niech spojrzy Kini w oczy i niech sam zacznie swoje rozprute tepym nozem cialo napychac nadzieniem, zeby je upiec i oddac psom na pozarcie! i niech udzwignie pogarde spojrzenia Kiniowych oczu.. pieknych i nieujarzmionych, jak bladozielone, pelne muszelek morze.. i cieple i zimne zarazem.. i bliskie i zawsze dalekie.. i zawsze dzikie i zawsze rozmarzone..
..i w takim klimacie Kiniowych oczu, z "Joshua Tree" w tle, dokonczylam jakies pol-rozzartowane zdanie i wciaz rozesmiana pobieglam do lazienki...
z resztka smiechu na ustach sciagnelam dresiki i gola pupa usiadlam na mokrej (urgh!) muszli toaletowej.. czyli na sedesie z podniesiona klapa!
i pomyslalam: $@%^@$@!!!!!
w politycznie poprawnym tlumaczeniu: kocham moje zycie, niezaleznie od podniesionej klapy toaletowej! :)
czyli, jakby powiedziala Mama Kasi: No do jasnej cholerki!!!!!
:D
No comments:
Post a Comment