w poniedzialek po Nowym Roku zaczelam czuc sie zle, we wtorek poszlam do pracy, choc czulam sie juz prawie tragicznie.. ostatni firmowy telefon mialam umowiony po 19stej.. zadzwonilam juz z domu i.. byl to ostatni telefon, jaki wykonalam przez nastepne kilka dni - stracilam glos. stracilam go zupelnie! jakby sie za cos obrazil i wyprowadzil do jakiegos innego gardla. jedyne na co mnie bylo stac to skrzypiace piski.
we srode przyszlam do pracy spozniona - wszyscy rozumieli to ze wspolczuciem kiwajac glowani..
w czwartek dojechalam o 11stej i zostalam wygoniona o czwartej..
w piatek juz nie dalam rady wstac z lozka..
caly weekend w domu, poniedzialek rowniez. w poniedzialek udalo mi sie dostac do lekarza.. po 2 godzinach rozdzierajacego kaszlu w poczekalni pojawilo sie okienko dla mnie - niezarejestrowanej..
dostalam antybiotyki (w kraju gdzie lekarze traktuja je jak wroga i ostateczna ostatecznosc!!), specjalny syrop na kaszel i poczulam sie troche lepiej psychicznie, ze mam potwierdzenie powagi sytuacji..
dzis jest juz troche lepiej. po calym tygodniu zazywania wszystkiego, co dostepne bez recepty.. i po jednym dniu na antybiotykach!
kaszle z czestotliwoscia raz na poltorej minuty zamiast raz na 40 sekund. kaszel jakby mniej rozpaczliwy jest tez.. idzie ku dobremu. do jutra rana oczekuje cudownego ozdrowienia!
a to co sie stalo niepokojacego, to rozbudzenie duszy..
szaleje we mnie kreatywnosc, jakby sie zerwala z lancucha. nie wiem w co rece wsadzic! szydelko, druty, malowanie, zszywanie swetra, a moze aktywniej? moze wypelnic pokoj jakims transowym lub buczacym w duszy drum'n'bass'owym kawalkiem i zaszalec sie w tancu do ostatniego kaszlniecia.. ;) a moze wlasnie spokojny jazz i udawanego partnera na mojej drewnianej podlodze?
z tego rozwirowania duszy niespokojnej w koncu zabralam sie za druty.. z wypiekami na policzkach robilam inspirowany tangiem i podpatrzonymi na roznych stronach internetowych pomyslami szalik i czapke z roza. komplet choinkowy dla M, ktora wciaz czeka na spozniony prezent od Swietego Mikolaja i ktora zupelnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka desperacka walke stoczylam z calym welnianym swiatem w poszukiwaniach winno-krwistej czerwieni na roze, ktora tak idealnie pasowalaby do czarnego plaszacza M zrzucanego z ramion tuz przed zajeciami z tanga..
ostatecznie z braku goracej czerwieni do plaszcza M bedzie musial pasowac fioletowy burgund..
szkoda, ze w wirze robienia na drutach kaszle sie tak samo okrutnie..
dobrze, ze mniej sie na to zwraca uwage.. ;)
i temperatura uspokaja sie troche.. a moze to nie temperatura sie uspokaja? moze to temperament?
No comments:
Post a Comment