czasami patrzy sie na te sama beznadziejna sytuacje przez lata i wciaz sie wierzy, ze ona sie naprawi. mysle tu o sobie i o moich przyjaciolach. o przezyciach i o obserwacjach.
choc nie ma czynionych zadnych krokow w strone naprawy, nie ma dokonywanych zmian, nie dzieje sie nic, co by moglo dawac nadzieje, to jednak z jakiegos niezrozumialego powodu sytuacja wciaz znajduje sie w slepym punkcie.. w tym miejscu, ktorym nasze wewnetrzne oko intuicji i madrosci (!!!??) po prostu nie widzi!
gdyby takie rzeczy dzialy sie u naszych przyjaciol, mlodszych siostr/braci czy kuzynkom - sprawa by byla jasna, opinia zdecydowana. tymczasem nasze wlasne nasze oko slepo ignoruje wszelkie znaki na niebie i ziemi i pozwala nam isc w zaparte.
i tylko od czasu do czasu budzi sie wewnatrz wiekszy niz zwykle niepokoj, ktory pociaga za soba refleksje, ze chyba nie tak powinno byc.. z czasem czlowiek sie do niepokoju przyzwyczaja.
i nagle, ktoregos dnia staje sie cos, co przesuwa cala sytuacje troche w lewo lub troche w prawo i obraz pojawia sie w naszym polu widzenia.
i choc wciaz nie chce sie wierzyc w to, co sie widzi, choc tak bardzo chce sie wierzyc w to, ze wszystko sie jakos da podreperowac i ze to, co wyglada na stan permanentny okaze sie nim nie byc - zaczynamy sobie uswiadamiac, ze nadchodzi czas wielkiego przebudowywania.
i tak moze zakoncze ten wywod, a kazdy kto ma ochote moze dopasowac sobie jakas swoja historie do tych filozorii.. ;)
nie chce mi sie sprzatac, jak cholera. a chyba jednak musze.
z doswiadczenia wiem, ze to, co w takich sytuacjach czuje sie jak "niestety", po jakims czasie staje sie wyraznie odczuwalnym "naszczesciem"
;)
No comments:
Post a Comment